zadra-na-www

MATRONATY

Ukobiecanie niepełnosprawnych
Paulina Szkudlarek   
13 czerwca 2014

Między Dniem Matki a Dniem Dziecka społecznym tematem numer jeden było macierzyństwo. Kwestia podjęta nie przymusowo i nie ze względu na świąteczne okoliczności, tylko z potrzeby dyskusji. Mam nadzieję, że potrwa do Dnia Ojca. Od dawna interesuje mnie tematyka nie(hetero)normatywnie rozważanej niepełnosprawności, dlatego proponuję zastanowić się nad macierzyństwem kobiet niepełnosprawnych.

Zachowałam sobie specjalnie numer „Wysokich Obcasów” z 17 maja. Są to łamy chętnie udostępniane i Magdalenie Środzie, i Agnieszce Graff, inicjatorkom dyskusji o macierzyństwie współczesnych Polek.

Specyfika dodatku do weekendowej „Gazety Wyborczej” polega na tym, że – w odróżnieniu od miesięcznika „Wysokie Obcasy Extra” – nie „sprzedaje” go jego okładka. Redakcja może pokazywać na niej nie gwiazdy czy celebrytki, a osoby dotąd szeroko nieznane albo zapomniane (od Haliny Poświatowskiej przez Christiane Amanpour po Karolinę Jonderko), albo – jak w przypadku, który mam na myśli – bohaterki reportaży pisanych w kluczu „zwyczajne-nadzwyczajne”. Taką okładkową bohaterką jednego z majowych wydań „WO” była Sara Łukawska. Nonkomformistka, która, jak wynika z tekstu, przez całe życie sprzeciwiała się niesprawiedliwej stereotypizacji społecznego wizerunku osób niepełnosprawnych. Ściślej: niepełnosprawnych kobiet. Wprawdzie ten tekst jest przedrukiem z antologii „Walka jest kobietą” pod redakcją Urszuli Jabłońskiej, jednak interesuje mnie prasowy kontekst. Na okładce materiał zapowiedziany jest nagłówkiem „Godność Sary”, a wewnątrz pisma: „Dziecko Sary”. Kulminacją dotychczasowej biografii Łukawskiej jest bowiem macierzyństwo.

Marc-Quinns-BreathNie kpię. Być może wbrew redakcyjnym intencjom widzę artykuł jako wielką pochwałę idei „rodzicielstwa nierodzonego”, adopcyjnego. Mógłby świadczyć o tym pierwszy akapit, w którym relacja z przebiegu ciąży podana jest z perspektywy współodczuwającej Łukawskiej („bolały ją piersi”, „musiała leżeć”, „pielęgniarka powiedziała Sarze, że dobrze pracuje oddechem”, „cały czas czuła, że dziecko wyszło z niej”, „po porodzie Sara nie miała okresu przez trzy miesiące”). Mam jednak wrażenie, że publikacja miała ukazywać indywidualny heroizm i determinację Łukawskiej, a w czytelniczkach wzbudzić podziw. Ja odczytałam jedynie kolejny przykład usilnego dopasowywania się osoby niepełnosprawnej do płciowego konserwatyzmu. Łukawska jest bowiem "kobieca". „Do tego kokieteryjna, uwodzicielska. I piękna. Zawsze ma (…) pomalowane usta”, „czerwona szminka, buty na obcasie”, „duże dekolty” itd. Żadnych dresów, rzadko dżinsy. Z uznaniem serwowane są w artykule uwagi o wzbudzaniu największego (w danym towarzystwie) zainteresowania mężczyzn, byciu rozflirtowaną i wyzywającą. Tak, wyzywającą. Na nic – najwyraźniej – feministyczne starania, by odebrać rację bytu temu słowu, jakże często pojawiającemu się w usprawiedliwieniach gwałcicieli. Na nic spóźniona o ćwierćwiecze polska publikacja „Mitu urody” Naomi Wolf. Kobieta poruszająca się na wózku funkcjonuje w innej rzeczywistości: liczy się dla niej „to, co się wiąże z atrakcyjnością”. Obozy rehabilitacyjne sprowadzone są w opisie do tego aspektu. Mniejsza o walkę o podtrzymanie czy zwiększenie możliwości ruchowych, mniejsza o zdrowie, to dobre dla mężczyzn. Tu ważniejsze jest nakładanie makijażu i malowanie paznokci jako droga ku pewności siebie i otwarciu na innych. Tu jest czas, by „poczuć się kobietą”. Warto posłuchać, co obozowe liderki opowiadają o mężczyznach, chociaż „o samym seksie dziewczyny za dużo nie rozmawiają”.

Kilka dni temu uczestniczyłam w I Ogólnopolskiej Konferencji dla Dorosłych z Wrodzonymi Wadami Serca, co było doświadczeniem pouczającym, ale i osobliwym. Nie zgłosiłam się na konferencję ze złośliwej chęci szukania dziury w całym, ale jako adresatka zaproszenia kierowanego „do pacjentów z wrodzonymi wadami serca, ich rodzin i przyjaciół”. Zainteresował mnie panel obejmujący trzy wystąpienia: „Ciąża u chorych z wrodzonymi wadami serca – zalecenia kardiologa” (kardiolożki, jak się okazało), „Antykoncepcja, ciąża – zalecenia ginekologa” oraz „Aktywność fizyczna, uprawianie sportu”. Wspólnym mianownikiem zestawiającym tematy pierwszy i drugi z trzecim powinno być – jak się zdaje – współżycie seksualne. O tym jednak nie było mowy, chociaż dla osoby chorującej na serce czy mającej wadę układu krążenia seksualne uniesienie i ekscytacja mogą stanowić groźbę np. migotania komór czy zawału.

Profesor ginekologii i położnictwa wypowiadał się bardzo kompetentnie i rzeczowo, nie pomijając kwestii kontrowersyjnych (np. przerastająca moje oczekiwania interesująca wypowiedź o stentach jajowodowych jako metodzie sterylizacji). Ani słowa o etyczności tabletki „dzień po”, za to informacja dla mogących potencjalnie ją wziąć kobiet leczących się kardiologicznie, jakie wskaźniki trzeba potem skontrolować badając krew. Był to jednak wyjątek, szczególnie chlubny w zgiełku po ogłoszeniu listy deklarujących wiarę lekarzy. Ogólnie, podobnie jak w przypadku biografii Sary Łukawskiej, potrzeba macierzyństwa była bowiem zakładana jako pewnik. „Gdy się okazuje, że kobieta nie może mieć dziecka, to bardzo trudna sytuacja i zawsze kobieta bardzo ciężko to przeżywa” – usłyszałam. Kobieta – pamiętajmy – zwykle latami walcząca o zdrowie albo wręcz o życie. Oczywiście, nie każda pacjentka kardiologiczna i naczyniowa jest w tak ciężkim stanie, ale głównym, wskazanym zresztą przez wspomnianego ginekologa, problemem jest brak informacji. Chore, dla których ciąża i poród oznaczają pięćdziesięcioprocentowe, jeśli nie wyższe, ryzyko śmierci, mogą się o tym od swoich lekarzy nigdy nie dowiedzieć! Czują się kobietami i nie znają, nie widzą powodu (!), dla którego miałyby nie zachodzić w ciążę.

Są kobiety „wpadające” w tak wysokie ryzyko w sytuacji, gdy nawet aborcja jest niebezpieczeństwem równie śmiertelnym, jak kontynuowanie ciąży czy poród (innymi słowy, gdy do ciąży nie wolno było dopuścić). Niektóre decydują się na ryzyko ze specyficznie pojmowanego altruizmu, z egoizmu lub z automatyzmu przyswojenia sobie narzuconej normy brzmiącej i grzmiącej: kobieta powinna być matką, macierzyństwo to pełnia prawdziwej kobiecości. Nic dziwnego zatem, że wtedy widzą w dziecku oczywiste i naturalne (!) dopełnienie kokieterii, uwodzicielstwa i piękna manifestującego się w czerwonej pomadce, eleganckich butach i cieniach na powiekach, a w nieporównywalnie mniejszej mierze z konsekwencji prowadzenia życia seksualnego.

Poczucie przynależności płciowej osób niepełnosprawnych jest w naszych realiach wciąż zaburzane. Zapewne dotyczy to zwłaszcza tych poruszających się na wózkach inwalidzkich. Toalety publiczne oznaczane są konwencjonalnymi piktogramami: kobieta, mężczyzna, bezpłciowa osoba na wózku. Zauważmy, że przymus podziału żeńskie–męskie jest specyficzny dla przestrzeni publicznych. W domach z jakiegoś powodu okazuje się zbędny. Wiem, że pomysł destabilizacji genderowej toalet publicznych jest jeszcze bardziej utopijny, niż zrobienie czegoś sensownego z tym nieszczęsnym trzecim, bezpłciowym piktogramem. Dlatego zachęcam na początek do destabilizacji myślenia o osobie, do jakiej ten piktogram się odnosi. Dlaczego niepełnosprawna ma gorliwie dostosowywać się do tych standardów kobiecości, które jej niechorująca sąsiadka, współlokatorka czy znajoma ma prawo uważać za opresyjne? Dlaczego ma „wyzywać” głębokim dekoltem i czerwienią warg, jak gdyby były to jedynie słuszne wyznaczniki atrakcyjności? Dlaczego na obozie rehabilitacyjnym nie ma jej zależeć na tym, by spodobać się nie facetowi, o którego pod okiem Sary przygotowuje się walczyć, a raczej koleżance z turnusu?

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

fio

© 2022. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www