zadra-na-www

MATRONATY

Przepraszam, że jestem lesbijką
Paulina Szkudlarek   
09 maja 2014

Pisząc felieton niezostawiający suchej nitki na promocyjnym spocie KPH i koalicji Partnerstwo dla Związków „Najbliżsi Obcy” zdawałam sobie sprawę, że ściągnę na siebie krytykę. Niegrzecznie jest odstawać od politycznie poprawnego konsensusu. Bezpieczniej jest pisać o kolejnej seksistowskiej kampanii reklamowej. O, to tematyka stosowna nawet na stronę główną Onetu, głównonurtowa. A jakim cudem do głównego nurtu weszła? By sparafrazować moją adwersarkę, oto co się stało: zaczęto o tym mówić. W środowiskach feministycznych. Obiecuję, że następnym razem napiszę o reklamach, tymczasem podejmę jeszcze jedną próbę wyjaśnienia, dlaczego uważam, że nie wszystko jest z tym wprowadzaniem związków partnerskich takie oczywiste, jak chciałaby Magdalena Piekara.

Wprawdzie w mojej analizie skojarzeń, jakie mogą (ale nie muszą!) zostać wywołane poprzez „Najbliższych Obcych” skupiłam się na filmiku, nie na polityce KPH, teraz jednak odmaluję pełniejszy obraz.

1964Zaprezentowana w spocie wizja może być krytykowana z dwóch niehomofobicznych punktów widzenia. Obydwa z nich łatwo odnieść do słów Piekary, w których zapewnia, że kampania „Najbliżsi Obcy” nie jest skierowana do niej: „ja od dawna wiem, że związki partnerskie są potrzebne. Ba, potrzebne... Niezbędnie konieczne i tyle”. Kiedy półtora roku temu odbywała się w Sejmie pseudodebata dotycząca propozycji ustawy o związkach partnerskich, na wielu portalach i blogach prowadzonych przez środowiska i osoby zainteresowane tematyką LGBT i polityka prorównościową pojawiła się tabela zestawiająca te – i tak odrzucone – propozycje z instytucją małżeństwa. Co z tego wynika? To, że projekt mający relatywnie największe, wynikające z parlamentarnej arytmetyki, szanse zatwierdzenia, dawałby parom formalizującym związki partnerskie śmiesznie mało. Oraz to, że instytucja związku partnerskiego jest kwestią negocjacji: praw i obowiązków partnerzy mogą mieć więcej lub mniej, swoisty jest też ich dobór – jedne tak (np. dziedziczenie), drugie nie (np. adopcje). Dlatego wiele osób sprzeciwia się wprowadzeniu związków partnerskich do prawodawstwa, bo domagają się równości małżeńskiej dla par nieheteroseksualnych (pamiętajmy, że instytucja związku partnerskiego miałaby służyć również parom różnopłciowym, czyli zwiększać mozliwość prywatnych wyborów ludziom, którzy mogą też wziąć ślub). Taka równość byłaby już nienegocjowalna: wspólna definicja małżeństw dla wszystkich zlikwidowałaby dyskryminację. Jeśli zaś chodzi o przeszkody konstytucyjne, sejmowi przeciwnicy związków partnerskich widzieli je także na drodze do wprowadzenia którejkolwiek z proponowanych zimą 2013 roku ustaw. Ja też jestem zwolenniczką pełnej rzeczywistej równości małżeńskiej, niezależnie od mojej i mojej partnerki woli, by z takiego prawa skorzystać.

Wątpliwość co do ewentualnych ślubnych planów, jakkolwiek na wyrost by one nie były, zrodziła się we mnie za sprawą drugiego stanowiska w sposób niehomofobiczny kwestionującego ideę uprawomocnienia związków partnerskich i rozszerzenia formuły małżeństwa na pary tej samej płci. To pogląd – najkrócej mówiąc – queerowy, postrzegający takie regulacje prawne jako przemoc normalizacji i wkluczenia, stosowaną w imię liberalnego humanizmu (w gospodarczych realiach neoliberalizmu). Posługuję się tu sformułowaniem Tomasza Sikory, innego krytyka spotu „Najbliżsi Obcy”, wypowiadającego się z tej właśnie, wywrotowej perspektywy.

Od lat żyję w stabilnym, monogamicznym związku partnerskim nie de iure, ale de facto. Filmik promocyjny odnosi się do mojej sytuacji. Jestem reprezentowana przez jego bohaterkę czy tego chcę, czy nie chcę, choćby dlatego, że regularnie zadawane jest mi pytanie, czy – gdyby formalizacja była prawnie dostępna – poślubiłabym moją towarzyszkę życia. W moim tekście zaproponowałam wiązkę tropów interpretacyjnych, unikając jasnej identyfikacji. Piekara odebrała moją personę – mnie jako felietonową postać mówiącą – jako feministkę. Cóż, skoro to nie wszystko. Nie pijam kolorowych drinków, nie modlę się i nie potrafiłabym odegrać, że to robię, a co gorsza, nie jestem subtelna, słodka i urocza, ale jestem lesbijką.

I tu problem. Powyższej okoliczności nigdy przed moją polemistką nie ukrywałam, nie mam skrupułów, by występować pod imieniem i nazwiskiem. Piekara poukrywała swoich nieheteroseksualnych przyjaciół pod inicjałami – to rozumiem, bo musiałaby te wszystkie osoby pytać o zgodę na wymienienie imion. Przemilczała też mający polityczne znaczenie i silnie wpływający na mój odbiór spotu „Najbliżsi Obcy” fakt dotyczący mojego życia prywatnego, co z kolei tłumaczę sobie wymogami politycznej poprawności. Nie wypada kogoś outować, prawda? Tak samo nie wypada kręcić nosem, gdy jakaś organizacja robi coś „w słusznej sprawie”. Wprawdzie bycie „przedstawicielką gatunku” nie czyni mnie bardziej kompetentną (tu niestety musiał mi wystarczyć doktorat z semiotyki kultury), ale bardziej zaangażowaną i przejętą tematem – owszem.

Nie mieszkam we wspomnianej z uwagi na kampanię „It’s Time” Australii ani – dajmy na to – Norwegii. W sytuacji, gdyby organizowano referendum w sprawie wprowadzania związków partnerskich, nie zastanawiałabym się, jaki oddać głos, podobnie jak miałabym gotową odpowiedź, gdyby zagadnął mnie uliczny ankieter. Ufam jednak, że nie gdzie indziej, jak na łamach „Zadry” jest miejsce na to, by podzielić włos na czworo.

Polemistka zarzuciła mi, że „tropiąc stereotypy sama wpadła[m] w ich zdradzieckie sieci”, ponieważ w opisie bohaterki spotu napisałam o urodzie „podobającej się mężczyznom”. Po pierwsze, cudzysłów powinien zasugerować, że odnoszę się do konwencji kulturowej. Po drugie, cudzysłów powinien zasugerować, że mam świadomość, iż twórcy filmiku również się do niej odnieśli. Zapewniam, że nie jest to tożsame ze „stereotypem”, podpowiem też chętnie, jaka to konwencja. Ukazanie lesbijki jako pięknej zgodnie z billboardowym i shutterstockowym gustem zostało wykorzystane właśnie po to, by uzyskać efekt zaskoczenia, a pośrednio – by zagrać na nosie maczoizmowi uosobionemu w figurze przeciętnego heteroseksualisty (w moim felietonie reprezentuej go bokser). Bohaterka ma być piękna, „za ładna na lesbijkę” (to słowa nie tylko cytujące jeden konkretny komentarz po spotem, ale też oddające ducha wielu innych). Kryterium „oceny” jest tu tzw. passing, uchodzenie za – w tym przypadku mimowolne lub nie uchodzenie za heteroseksualistkę: „taka ładna a lesbijka los jest złośliwy” (Monika Mostowik).

To, jaką urodę kultura preferuje u kobiet, widzę na ulicach i w mediach – średniowieczne i barokowe wizerunki kobiecego piękna trafiają się tylko na reprodukcjach wykorzystywanych w reklamach muzeów (pod tym względem jako mieszkanka Krakowa jestem uprzywilejowana). Czy świadomość obowiązywania konwencji piękna jest równoznaczna z ich aprobowaniem? Ponadto Piekara twierdzi, że związki są nawet nie tyle potrzebne, co niezbędne tu i teraz. Dlaczego zatem miałabym się odnosić do konwencji obowiązujących w jakimkolwiek miejscu i czasie innym niż ten, w którym kampania „Najbliżsi Obcy” ujrzała światło dzienne?

Nie bez powodu kilka razy powtórzyłam ten tytuł. Czy naprawdę określenie „obcy” tak doskonale przystaje do mówienia o parze lesbijek?

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

fio

© 2022. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www