zadra-na-www

MATRONATY

Liberalizm na walentynki
Paulina Szkudlarek   
13 lutego 2014

Niedawno modny był trend czytania i wyłuskiwania „śmiesznych” wątków z prawicowej publicystyki. Uważam te rzeczy raczej za straszne, niż zabawne, ale dochodzę do wniosku, że sama w tym samym celu czytam prasę zwaną liberalną. Co na walentynki proponują nam „Wysokie Obcasy” (nr z 8 lutego 2014)?

Aktualna okładka: czarno-białe zdjęcie skromnie i swobodnie ubranej kobiety w średnim wieku, podpisanej niczego mi niemówiącym nazwiskiem. Cenię takie wizerunki kobiecości, zarazem mam świadomość, że „Obcasy”, dodatek do głównego wydania „Gazety Wyborczej”, mogą sobie pozwolić na podobne ekstrawagancje, w odróżnieniu od („kobiecych”) pism sprzedawanych oddzielnie. W przypadku tych ostatnich okładki muszą być bardziej glamour. Postać z okładki, Esther Vilar, jest pisarką dotąd w Polsce nieznaną. Jej portret uzupełniają wypowiedzi, jakich bohaterka udzieliła przy okazji niedawnego (grudniowego) pobytu w Polsce, w ramach Europejskiego Roku Obywateli. Przez gospodarzy została przedstawiona jako „autorka dzieł z pogranicza filozofii, socjologii i etyki oraz powieści i dramatów. Ważna i ceniona postać światowych dyskusji i polemik”.

Stepford-WivesVilar jest… hm… antyfeministką. Rozgłos zdobyła w roku 1971 publicystyczną książką „Tresowany mężczyzna”. Ze względu na zabarwienie słów użytych w języku hiszpańskim proponowałabym raczej wersję z nutą staroświecczyzny: „Mąż poskromiony”, co jest w tym kontekście nie bez znaczenia. Autorka usiłowała odwrócić bieg czasu, cofnąć zdobycze feminizmu. Jest we dług niej zbędny, bo kobiety nie są opresjonowane. Wyłuszczone zostaje to w tytule artykułu: „To my wyzyskujemy mężczyzn”. Streszczona przez dziennikarkę logika wywodu wygląda następująco: mężczyzna pracuje i żywi rodzinę – kobieta nie, i zależy jej „zawsze tylko na pieniądzach mężczyzn”. Wybiera jak najlepiej zarabiającego, by wegetować luksusowo w charakterze pasożyta w zamian za „możliwość czasowego korzystania z […] waginy” – albo wybiera „formę bytu właściwą mężczyźnie” (czyli samodzielne utrzymywanie się, jak zgaduję).

Omawiana publikacja jest pierwszą z kilku o podobnej wymowie. Nie przetłumaczono ich na język polski. Nie jestem szczególnie zainteresowana lekturą pochodzącego sprzed ponad czterdziestu lat antyfeministycznego pamfletu. Należy jednak zadać sobie pytanie, skąd obecne zainteresowanie osobą Vilar.

Z artykułu dowiadujemy się, że jest to książka napisana dla mężczyzn, ponieważ – jak podkreśla dzisiaj Vilar – „wszyscy o nich zapomnieli”. Jednocześnie to książka „przede wszystkim dla kobiet, a nie przeciwko nim” – tak deklaruje w innym miejscu rozmowy. Z tekstu wnoszę, że prawdą jest raczej to pierwsze. Zapytana, czy widziała kiedyś, jak na lotnisku czy dworcu ktoś czyta „Tresowanego”, przypomina sobie lot z Argentyny, podczas którego jakiś współpasażer „w środku nocy czytał i się śmiał. To było wspaniałe uczucie”. A feministki?

„Feministki obrzuciły panią za tę książkę zgniłymi jajami – mówię, a Vilar się uśmiecha. Wszystko robiły – wspomina. – […] W bibliotece w Monachium cztery młode kobiety zawlokły mnie do toalety i tam ciężko, do krwi pobiły”. Mężczyzna z poczuciem humoru, zaangażowany w lekturę podczas międzykontynentalnej podróży kontra zapalczywe, nienawistne i niebezpieczne feministki. Cóż dodać? Uważam, że przemoc jest zła, nie załatwia niczego.

Zostawmy na chwilę Vilar, przekartkujmy „Wysokie Obcasy”. Pamiętajmy o walentynkach! Kilka stron dalej opublikowano tekst o marzeniach trzech mężczyzn. Na pytanie, co im się tak naprawdę w kobietach podoba, odpowiedzieli fotograf, dziennikarz i deklarujący się jako feminista menedżer, w różnym wieku, żeby było bardziej reprezentatywnie. Podobanie się mężczyznom jest oczywiście niesamowicie ważne, więc temat został też skomentowany przez eksperta. Nie ma on dobrych wiadomości. Ze względu na „bardzo silny imperatyw społeczny, że facet ma […] myśleć o kobiecie i jej potrzebach” i tresurę (sic!) politycznej poprawności, na pytanie o ogólne upodobanie czy doraźne wrażenie „da on raczej odpowiedź, która ją zadowoli, niż powie prawdę”. Prawem dygresji dodam, że podstawowa prawda i o kobietach, i o mężczyznach, według eksperta sprowadza się do tego, że „każdy z nas w sytuacjach łóżkowych przede wszystkim chce osiągnąć orgazm i będzie do tego egoistycznie dążył”. On, kupując sobie za gotówkę i za politycznie poprawne deklaracje „możliwość czasowego korzystania z kobiecej waginy”. Nie byle jakiej: udekorowanej. Starcie egoizmu kobiecego z egoizmem męskim trwa.

A co z Esther Vilar? Rzecz jasna, nie da się czytać wszystkiego, i jeszcze dokładnie pamiętać treść, jednak nie przypominam sobie, żebym w toku feministycznych lektur natrafiła na tę autorkę przywołaną jako punkt odniesienia, czy to krytykowaną, czy chwaloną. Na myśl przychodzi mi natomiast niedawny artykuł Pawła Wiktora Rysia „Antygenderowy katechizm”. Autor dowodzi w nim, że polska kościelna krucjata przeciw widmu genderu krążącemu po Europie (ściślej, po Unii Europejskiej) ma określone merytoryczne źródło. Jest nim publikacja „Globalna rewolucja seksualna. Likwidacja wolności w imię wolności” fetowanej przez rodzimych konserwatystów i katolickie media niemieckiej socjolożki Gabriele Kuby. Ryś wylicza nawet, które jej pomysły i metafory zostały przejęte przez antygenderystów i uznane za prawdy nieledwie objawione.

W ten sposób łatwo ustanowiony został naukowy i moralny autorytet. Sytuacja w przypadku Kuby i w przypadku Vilar wydaje mi się analogiczna, ale główna różnica polega na medium. Często publikacji potencjalnie kontrowersyjnych materiałów towarzyszą edytoriale wyjaśniające politykę redakcji. Vilar podana jest czytelni(cz)kom bez żadnego komentarza. Należy przyjąć do wiadomości, że odważna autorka, nie bacząc na niebezpieczne konsekwencje, rzuciła wyzwanie wojującym feministkom, odniosła sukces wydawniczy i jest nadal czytana – nawet po czterdziestu latach. Nie znają państwo „Tresowanego mężczyzny”? Okładkowy autorytet nie przekonuje? W tekście otrzymujemy wsparcie ze strony samych Stanisława Lema i Roberta Stillera, doprawdy, cenionych socjologów.

Zatem wszyscy poskromieni mężczyźni dążą do orgazmów, więc łożą na kobiety finansowo i spolegliwie dobierają słówka, jakie ich żony i kochanki chcą słyszeć. W tym światooglądzie nie istnieją geje, feminiści ani zwolennicy partnerstwa. Także wszystkie kobiety są siebie warte, choć najwidoczniej dzielą się na głodne komplementów pasożytki i agresywne feministki. Gabriele Kuby przekonuje czytelnicze grono „Gościa Niedzielnego”, Esther Vilar głosi backlash w „Wysokich Obcasach”. Oto liberalna lekcja na walentynki.

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

fio

© 2022. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www