zadra-na-www

MATRONATY

Ksiądz i striptizerka
Paulina Szkudlarek   
22 stycznia 2014

Niedawno uwagę mediów przyciągnął ksiądz Adam Pawłowski, który postanowił walczyć ze zlokalizowanym na poznańskim Rynku klubem go-go. Zadaniem reklamujących klub hostess jest spacerowanie w pobliżu staromiejskiego ratusza i namawianie przechodzących mężczyzn, by weszli na drinka i striptiz. Strategia taka realizowana jest we wszystkich miejscach, w których znajdują się oddziały tego klubu, choć podobnie reklamują się też inne, o zbliżonym profilu. W Poznaniu hostessy – w mediach nazywane raczej „naganiaczkami” – zagadały do księdza, który tego dnia nie miał zewnętrznych dystynkcji swego stanu duchownego. Z pewnością nie pierwszy to zaczepiony ksiądz „w cywilu”, ten jednak nie szukał rozrywek erotycznych i nie udawał, że księdzem nie jest, co spłoszyło hostessy, a jemu samemu podsunęło pomysł. Pomysł na to, aby – cytuję jeden z licznych artykułów na ten temat – „doprowadzić do upadku jaskinię rozpusty”. Zaczął, już w sutannie, chodzić pod klub z „ewangelizującym” transparentem, zapasem różańców, niekiedy w towarzystwie innych osób, żeby rozmawiać z hostessami („Chodzi o to, by zająć im czas. Jeśli rozmawiają z nami, nie rozmawiają z potencjalnymi klientami”). Akcję pomógł nagłośnić wpis na jego blogu. Psującym interes pokojowym protestem, niemal okupacyjnym, irytował pracownice („naganiaczki” i striptizerki) oraz ochroniarzy. Ci ostatni „wychodzą, ale nie mają odwagi pogonić księdza”. Pawłowskiego zauważyły też media od „Frondy” po „Gazetę Wyborczą”. Trwa dyskusja. „Jedni mówią, że się lansuje, inni – że robi dobrą robotę”.

gogoPrzeprowadzano wywiady z księdzem oraz z właścicielami sieci klubów i ich pracownicami. Temu pierwszemu zależy na zamknięciu lokalu ze striptizem. Stara się zajmować czas hostess i być widocznym, bo jego sutanna działa na potencjalnych klientów zniechęcająco. To oni są jego celem: „Panie trudniej potępić, łatwiej zrozumieć. Choć oczywiście nie popieram tego, co robią i modlę się, by znalazły mniej uwłaczającą pracę”. Te ostatnie, wedle doniesień medialnych, niekiedy starają się Pawłowskiego ignorować, niekiedy próbują prowokować, zaciągać do środka na występ gratis, czasem też wyrażają swoją złość. I one, i klienci odwołują się do wolności („Niech ksiądz się zajmie głodnymi dziećmi, którym naprawdę dzieje się krzywda. Żyjemy w wolnym kraju!”, „Każdy sam wie, co jest grzechem, a co nie”).

Długa jest lista związanych z tą sprawą problemów wartych feministycznego namysłu. Rozpocznę jednak od społecznych. Za szokujący uważam fakt, że takie kluby działają w ścisłych historycznych centrach miast. Jest to zresztą przedmiot irytacji mężczyzn niemogących spokojnie przejść przez rynek czy określoną ulicę, zaczepianych i niezainteresowanych. Przeprowadziłam na ten temat mini-ankietę wśród zaprzyjaźnionych gejów. Zasmuceniu piętrowym utowarowieniem kobiet („mięso reklamuje mięso”) towarzyszyła złość na nagabywanie wtłaczające każdego (!) mężczyznę na pozycję domniemanego „psa na baby”. Jednak nie o wykluczaniu gejów chciałabym tu mówić, ponieważ przed podobną etykietą wzbraniają się niezliczeni mężczyźni heteroseksualni, nieposzukujący wątpliwych uciech. Frapują mnie te punkty w topografii miast.

O kontrowersyjnej stołecznej lokalizacji jednego z odnośnych przybytków Kinga Dunin napisała: „Pomysł umieszczenia klubu go-go w pobliżu kościołów na Trakcie Królewskim wydaje mi się całkiem trafny. Tam, gdzie od dawna istniało mieszczaństwo, umiejące naprawdę celebrować hipokryzję, przybytki erotyczno-rozrywkowe spychane były do oddzielnych dzielnic, oddzielane od kościołów i czczonych zabytków. Nowe polskie mieszczaństwo jest i z Kościoła, i z klubów go-go, niekoniecznie rozumianych dosłownie”. Felietonistka dorzuciła jeszcze ironiczny komentarz o umieszczeniu klubu „w prywatnej kamienicy, a własność prywatna jest święta i jest podwaliną cywilizacji. Święte obok świętego”. Działalność poznańskiego księdza trzymającego się wyznawanych zasad zaburza tę błyskotliwą analizę polskiej hipokryzji. Zarazem zwraca uwagę brak wydzielania „dzielnic czerwonych świateł”. Na naganianie do klubów erotycznych, często będących przykrywką do uprawiania prostytucji w ścisłym sensie (czy jest tak w przypadku opisywanej sieci, nie wiem), narażeni są wszyscy. Ksiądz Pawłowski wspomniał o „uwłaczającej pracy” kobiet. Także one same – te, do których dotarli dziennikarze – mówią o motywacji zarobkowej, w sytuacji braku innego satysfakcjonującego finansowo zatrudnienia. I hostessy, i striptizerki korzystają z młodości i zwykle konwencjonalnej urody, oferując rozrywkę mężczyznom często żonatym, przepuszczającym pieniądze należne całej rodzinie (w Polsce zdecydowanie dominuje model wspólnoty majątkowej małżonków). Widoczne na ulicach hostessy wykorzystują podatność niektórych przechodniów, osaczając ich fizycznie (nazwa „naganiaczka” jest uzasadniona) – są wynagradzane prowizyjnie: „za efekty”, za skuteczność.

Ten wywód zmierza w niepokojącym kierunku. Pamiętamy z pewnością okres „sex wars” w USA lat 1980. – niekoniecznie bezpośrednio, jednak wiedza o nim jest obowiązkowym punktem edukacji feministycznej. Stosunek do pornografii, prostytucji czy seksu w konwencji BDSM podzielił działaczki w sposób uznawany za koniec drugiej fali feminizmu. Grupy radykalnych przeciwniczek, tych głoszących, że porno to teoria, a gwałt to praktyka, stały się stronniczkami konserwatystów. Oczywiście, sprawa jest bardziej złożona, niż zezwalanie czy zabranianie określonych form praktyk seksualnych (czy to w formie sankcji prawnych na nie nakładanych, czy w tonie moralnego potępienia). Kluczowe są kwestie przymusu ekonomicznego i fizycznego, handlu kobietami, chorób przenoszonych drogą płciową. Ponadto „sex wars” są już częścią historii ruchu feministycznego.

Przypomina się heglowsko-marksowska maksyma o historii powracającej jako farsa. Jesteśmy już na innym etapie rozwoju świadomości oraz w sytuacji społeczno-politycznej niewyobrażalnej w USA przed trzydziestu laty. Nie możemy już sobie pozwolić na to, by być „pożytecznymi idiotkami” obyczajowych konserwatystów, szczególnie w Polsce, szczególnie dzisiaj. Ale jakie pole manewru ma feministka, która na przykład chce naśladować strategię księdza Pawłowskiego (by zająć naganiaczkom czas, by demonstrować z transparentami, a wreszcie: by przekonywać do swojego światopoglądu)? Rzecz jasna, choć powszechnie wiadomo, jak feministka wygląda, nie ma feministycznego odpowiednika sutanny, powszechnie rozumianego identyfikatora. Niemniej protestująca czy zniechęcająca klientów pod klubem go-go kobieta długo by tam nie postała. Nie mam pretensji do przedstawiciela Kościoła, że podejmuje coś w rodzaju interwencyjnej misji. Ubolewam, że to kolejne pole oddane przez feministki i inne społecznie wrażliwe osoby o poglądach prorównościowych. Oddane zarazem siłą bezwładu, jak i bez dyskusji, na przykład o wyższości działań systemowych nad spontanicznymi akcjami (albo vice versa).

A czy nam zależy? Czy w ogóle mamy szansę?

 

Komentarze  

 
#4 Anna L. 2014-01-26 22:19
Ewa Krzeszewska: mi chodzi o formę reklamy tej "instytucji".
Czyli golizna w środku miasta. To jest sekusualizacja kobiet i dzieci.
Ja się źle czuję, gdy mijam to miejsce.

Jakie konsekwencje ma wystawianie wizerunków kobiet w bieliźnie w witrynach.

Ano takie, że dziecko może spytać "Czy ta pani jest na sprzedaż".
Cytować
 
 
#3 Ewa Krzeszewska 2014-01-25 16:03
No tak, ale przecież chyba nie chodzi o to, by oburzac sie pornografię, tylko sprawdzi jak wyglada sytuacja kobiet tam pracujących i nie wykluczać ich ze społeczeństwa. Bo wykluczenie raczej im nie pomoże.
Cytować
 
 
#2 Ania M. 2014-01-24 14:30
I pytanie co dalej?
Do biskupa nie będę pisać. Bo nie.
Nie mam odwagi wejść do środka i deprymować klientów.
Zresztą, podobno do klubu kobiety - klientki nie są wpuszczane.
No nie mam odwagi tego sprawdzić.
Cytować
 
 
#1 Ania M. 2014-01-24 14:28
Osobiście mam problem w Lublinie. W sercu spacerowego deptaka, jest kamienica której okna są wyklejone zdjęciami kobiet w bieliźnie w erotycznych pozycjach.
Mnie to wkurza, bo mnie seksualizuje ponadto szpeci deptak.
Straż Miejska nie widzi nieprzyzwoitośc i (wg. art 141 kodeksu wykroczeń "Kto w miejscu publicznym umieszcza nieprzyzwoite ogłoszenie, napis lub rysunek albo używa słów nieprzyzwoitych ,podlega karze ograniczenia wolności, grzywny do 1 500 złotych albo karze nagany. )
Konserwator zabytków owszem uważa, że focie szpecą, ale nie może nic zrobić, bo zdjęcia są umieszczone .....od wewnątrz, a tam miejski konserwator nie sięga (a kamienica nie jest tzw. indywidualnym zabytkiem).
Pisałam do Pełnomocniczki Rządu, ds. równego traktowania. Ona skierowała sprawę do prokuratury e(art. 202 kk, rozpowszechnian ie pornografii), sprawa umorzona.
Pisałam do RPO - miało być pismo do Prezydenta Miasta.
Pisałam do lubelskich radnych, raczyli nie odpisać.
Cytować
 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

fio

© 2022. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www