zadra-na-www

MATRONATY

Polemika: Ktoś obcy-nieobcy
Magdalena Piekara   
06 maja 2014

Paulina Szkudlarek krytycznie interpretuje spot promujący ideę związków partnerskich pt. „Najbliżsi obcy”. Mnie też ten filmik nie zachwycił – może dlatego, że nie znoszę prześwietlonych zdjęć. Lub dlatego, że rozpoczął się od ujęcia piersi opiętej różową piżamką i tym samym skierował moje myśli w stronę jakże oczywistego „szczucia cycem”. Film ten nie powiedział mi niczego nowego, ale zdaję sobie sprawę, że nie jest przeznaczony dla mnie, bo ja od dawna wiem, że związki partnerskie są potrzebne. Ba, potrzebne... Niezbędnie konieczne i tyle.

hm3Autorka prowadzi nas w swoim felietonie szlakiem własnych skojarzeń, oferuje ciąg odniesień, które są dla niej oczywiste, wynikają jedno z drugiego, w sposób – jak mogłoby się wydawać – logiczny i jednoznaczny. Czy rzeczywiście?

Gdy zaczynam ze studentami rozmowy o interpretacji, zawsze powtarzam: skojarzenia są twoje własne i właśnie tobie zapach świeżo skoszonej trawy może się kojarzyć z pierwszym pocałunkiem. Mnie zaś zapach skoszonej trawy może przywoływać obrazy zupełnie inne. Przepraszam, jeśli ostatnie zdania zabrzmiały protekcjonalnie, ale chociaż w tekstach felietonów pozostawiamy wyraziste piętno autorskiego „ja”, to jednak niektóre rozpoznania pisarskie mogą być nadinterpretacją, zamknięciem się na możliwości tekstu (w tym filmowego, a nawet reklamowego).

Szkudlarek pisze, że bohaterka spotu jest szczupłą blondynką, w typie „podobającym się mężczyznom”. Tropiąc stereotypy sama wpadła w ich zdradzieckie sieci. Czy naprawdę tak należy oceniać mężczyzn? Czy podobają im się wyłącznie szczupłe blondynki? Mogę jedynie odpowiedzieć powiedzonkiem mojej babci Marianny: „jedni wolą małe czarne a drudzy duże rude, a są tacy, którym w ogóle nie dogodzisz”. Nie jestem więc pewna rozpoznania Szkudlarek. Jest to uproszczenie dotyczące obowiązującego wzorca piękna (dodam, że heteronormatywnego), mocno zakorzenione w naszych głowach. Najwidoczniej tak mocno, że wpływa na feministyczną felietonistkę. W jakim celu je podtrzymywać, zgadzać się z nim, potwierdzać je?

Autorka pisze też, że chciałaby spotu reklamowego z kimś „mniej pięknym”. A co to znaczy? Mężczyźni zaręczający się w australijskim spocie (który przytacza) to jakieś brzydaki? Uroda i jej kanony nie są proste. W średniowieczu preferowano wysokie czoła i wypukłe brzuszki. W renesansie przezroczystą skórę z zaznaczonymi wyraźnie żyłkami. Z pewnością kanony urody męskiej i kobiecej są różne, zmieniają się cały czas, są zależne od terytorium, czasów, „wdrukowanych” społecznie wzorców, a nawet podświadomości. Skąd wiemy o tych, które „obowiązują” w Australii? A jak jest w Moskwie teraz, a jak było sto lat temu? A na Bałkanach? Rozumiem, że polska felietonistka odnosi się do swojskich realiów. No właśnie, ale czy realiów? Przeszkadza jej oczywistość wyboru w naszym spocie, przy czym jakoś nie dostrzega tej samej oczywistości (o ile ona istnieje) w filmie zagranicznym. Nie znam całej kampanii reklamowej z antypodów, ale w takim razie mam pytanie: czy tam też były filmy z osobami „mniej oczywistymi”? Kto jest oczywisty, a kto mniej oczywisty? Dla mnie oczywiste w tym kontekście są osoby, które znam. B. i B. – policjantka i dyrektorka w korporacji. S. i B. działaczki społeczne, robią tak wiele, że aż nie wiem od czego zacząć. R. i T. – naukowcy. T. i K. – wykładowca akademicki i księgarz. To są związki, którym ustawa przyniosłaby korzyści. To są osoby, którym kibicuję. W różnym wieku, różnie wyglądające. O nich myślę, gdy oglądam ten film. Dla mnie ich historie są „oczywiste”, bo ich znam, bo z nimi rozmawiam, z niektórymi mam zaszczyt się przyjaźnić.

Na koniec uwaga o języku. Paulina Szkudlarek pisze: „Prawodawstwo mówi o osobach (np. prawnych czy prywatnych), zaś „osoba” jest rzeczownikiem rodzaju żeńskiego. Słowa w rodzaju męskim pozwalają męskiemu widzowi stawiać się w roli zrazu niewidzialnego „kogoś”, partnera”. – No tak, ale spot reklamowy nie odnosi się do prawodawstwa. Jego narracja jest osobista, pierwszoosobowa, skupia się na stanach emocjonalnych i wrażeniach. Zgadzam się, że język polski preferuje formy męskie. Powoli się to zmienia, a przykładem jest choćby wielka batalia o żeńskie końcówki w nazwach zawodów. Coraz mniej osób protestuje, że są one „nienaturalne”. Nawet Rada Języka Polskiego orzekła, że każdy może używać takich końcówek, jakie uważa za stosowne, a język, można żartobliwie powiedzieć, że i tak zrobi swoje.

Rzeczywiście, w prawodawstwie używamy określenia „osoba”. Ale w języku mówionym, a z takim mamy do czynienia w filmie reklamowym o związkach partnerskich, jakiej formy użyć? Czy powiemy (tak, żeby było naturalnie): Budzę się z obcą osobą? To właśnie brzmi jak zeznanie do policyjnego protokołu. Raczej użyję formy: „z kimś obcym”. To zdanie jest zresztą bardzo ciekawe. Bo raczej oczekujemy formy: budzę się obok kogoś obcego. Ale nie, tu mamy: „z kimś obcym”. Czyli budzimy się razem, ale jesteśmy dla siebie obcy / obce. I ta forma intryguje. Dlaczego budzę się razem, z uśmiechem, ale z kimś obcym? Budzimy się razem, więc skąd ta obcość? Mnie właśnie to zdanie i taka a nie inna jego forma zaintrygowały. Kogoś innego – nie musiały. Ja jestem filolożką, wyczuloną na słowa. Być może ktoś inny w ogóle nie zwróci uwagi na taki początek spotu. Myśli każdego i każdej z nas są osobiste, indywidualne. Nota bene, w całym ostatnim akapicie specjalnie żongluję formami „osoba” i „ktoś”. Właśnie po to, żeby pokazać, w jaki sposób one występują lub mogą występować w języku polskim. Gdy mówię, że w czasie wakacji zakochałam się, to mówię, że zakochałam się w kimś. Nie mówię, że zakochałam się w pewnej osobie. I jedna i druga forma w języku polskim nic nie mówią o rodzaju człowieka, w którym się zakochałam. Potem mogę dodać, że zakochałam się w pulchnej blondynce z Houston albo w wysokim okularniku z Chicago. Dopiero wtedy będzie wiadomo, co stało się w moim życiu. Życiu człowieka, życiu osoby, życiu kogoś, kogo znacie.

Być może jesteśmy zauroczeni i zauroczone możliwościami języka angielskiego, możliwościami słowa „person”. Nie wiem, bo nie znam angielskiego, ale moja intuicja filologiczna (proszę potraktować to sformułowanie jako żart) podsuwa właśnie taką interpretację. Niestety, angielski i polski nie są podobne. Nie da się łatwo kopiować pewnych konstrukcji. Po prostu należy czekać i obserwować, a język – powtórzę, co powiedziałam wcześniej – da siebie radę.

Opowiem anegdotę o momencie, gdy moja przyjaciółka chciała „wyjść z szafy”. Część z nas już wiedziała, a ona, trochę skrępowana, chciała podzielić się swoim przeżyciem z całą grupą. Zwróciła się więc do koleżanki, która właśnie weszła i rzekła:

- Wiesz, zakochałam się w kimś.

- No w kim?

- Ma imię na „S”.

- Sebastian?

- Nie, Sabina.

- Uf, całe szczęście, że nie Siergiej – odrzekła znajoma, której nie można nazwać rusofilką.

Ta może niezbyt poprawna politycznie historyjka pokazuje, w jaki sposób się komunikujemy. Czy zwracamy uwagę na rodzaj słowa, które ma nam pomóc w komunikacji? Nie, po prostu go używamy. Jeśli zaczniemy mówić o „kimś” – „osoba”, żeby podkreślić rodzaj żeński, to nie będziemy mogły użyć słowa – „człowiek”. Bez przesady.

A film o związkach partnerskich? Jednych przekona, innych – nie. Bez względu na to, jakie osoby będą w nim występowały: młodzi mężczyźni, starsze kobiety, starsi mężczyźni, młode kobiety, łysi, brunetki czy bruneci. Najważniejsze, żeby o tym mówić. A jak się już zacznie, na pewno znajdzie się wreszcie właściwą formę. Jak się mówi, to zaczyna się dziać. Kamyczki zaczynają sunąć po zboczu, a potem już nikt nie zatrzyma tej lawiny. Tego nam życzę. Dziania się wynikającego z mówienia. Różnymi sposobami.

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

fio

© 2022. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www