zadra-na-www

MATRONATY

Wyjątkowy konkurs
Magdalena Piekara   
27 sierpnia 2013

Polska prasa, z właściwą sobie quasi-dokładnością, doniosła kilka dni temu o konkursie piękności, który odbył się w Jerozolimie. Wybory nazwano „Miss Holokaustu”, co sprowokowało internautów do mało wybrednych komentarzy w stylu: „To teraz wybierzmy może Miss Auschwitz”, albo „Żydzi to straszni antysemici”. W rzeczywistości „The Jerusalem Post” i inne izraelskie media mówiły o wyborach, których nazwę można przetłumaczyć jako: Miss Piękna Ocalałych z Zagłady (tych, które przeżyły), co zdecydowanie zmienia kontekst. Jednak nie mam zamiaru pisać o niedociągnięciach i nadużyciach polskiej prasy, czyli jej dniu codziennym i krwi, którą się żywi.

Zdumiałam się własną reakcją na tę wiadomość. Z jednej strony nie znoszę, nie popieram i neguję ideę konkursów piękności. Zaczynając od tych amerykańskich z wyfiokowanymi kilkulatkami, które własne mamuśki szprycują przed występami różnymi specyfikami. Występami dzieci, które brutalnie można określić „pokazem dla zblazowanego pedofila”. Gwiazdą takich występów jest chociażby tłuściutka Honey Boo Boo, której cała rodzinka czerpie profity z konkursów prężenia się przed jurorami małej dziewczynki w jedwabiach, na szpilkach i w pełnym makijażu. Nie podobają mi się także konkursy piękności kobiet dorosłych. Kiedy je oglądam, czuję rosnące zażenowanie spowodowane głupimi odpowiedziami na pytania o pokój na świecie, pracę charytatywną i miłość do wszystkich. Nie wspominając już o problemach kandydatek (kandydatów) z wysłowieniem się.

Po prostu nie podoba mi się idea konkursu, którego celem nadrzędnym jest oglądanie ludzi (męskich konkursów też to dotyczy) i ocenianie ich ze względu na walory fizyczne. Doskonale zdaję sobie sprawę z faktu, że starożytna Grecja także kochała pięknych olimpijczyków, a Fidiasz w rzeźbach ukazywał napięcie ich mięśni i harmonijne rysy twarzy, ale to jednak nie jest to samo. W przeciwieństwie do współczesnych miss i misteriów piękności, atleci z Grecji coś potrafili, a tłum kochał ich właśnie za umiejętności.

Zajmowanie się wyglądem ludzi przybiera czasem formy kuriozalne. Na przykład odchudzona parlamentarzystka albo modnie ostrzyżona lub w nowych ubraniach staje się znacznie bardziej interesująca dla tabloidów i telewizji śniadaniowych, niż posłanka sumienna, pracowita i niezbyt modnie ubrana. Podobnie, jak Państwo doskonale wiedzą, dzieje się z wypowiedziami feministek, gdzie często punktuje się wygląd, ubiór, zagląda pod spódnicę/ lub spodnie, doszukując się włosów na łydkach. Nieważne co mówi, ważne jak wygląda. Nie chcę przez to powiedzieć, że istnieje prosta zależność między konkursami piękności, a atakami na feministki, bo to byłoby śmieszne. Chcę jedynie podkreślić fakt nadmiernego zwracania uwagi na fizyczność, ze szczególnym uwzględnieniem młodości (jako wartości) i narzucenia pewnego wzorca wyglądu, który wyprodukowany przez patriarchat, dotyka kobiety, ale i mężczyzn nie oszczędza. Dlatego właśnie nie lubię konkursów piękności, które dla mnie są najwyższym stopniem postrzegania człowieka wyłącznie przez jego fizyczność. I proszę, niech mi nikt nie opowiada o działalności charytatywnej missek, które jeżdżą po całym świecie i zbierają gotówkę na głodujące dzieci (goryle we mgle, sieroty z domów dziecka, czy przeszczepy rodzinne – niepotrzebne skreślić). Może jestem cyniczna, ale jakoś mnie nie zachwyca rozkosznie wytapetowana pani w klinice dla dzieci z rakiem, której fotografowie robią zdjęcia, gdy swą wypielęgnowaną dłonią głaszcze je po łysych główkach. To show, w którym dzieciprzy okazji dostają kasę (jeśli dostają). Oczywiście, nie jestem aż taką radykałką, żebym chciała zabronić uczestnictwa i produkcji takich konkursów (poza tymi dziecięcymi – tu jestem bezlitosna). Chcesz, występuj, chcesz – organizuj, ale ja patrzę na to z niechęcią.

Natomiast w przypadku konkursu Miss Piękna Ocalałych z Zagłady mam zgoła inne uczucia. Wybór 94-letniej Shoshany Kolmer jest czymś innym, aniżeli wyłącznie nagrodzeniem idealnego piękna, spełniającego wymogi, które tworzy nasza kultura. Jak napisała Barbara Engelking we wstępie do książki „Na łące z popiołów. Ocaleni z Holokaustu”: „Holokaust – epoka zmierzchu – jest szczeliną w historii świata. Należy do odmiennego porządku, odmiennej rzeczywistości. Czy można ją opisać tak, by stała się zrozumiała? [...] Nie można opisać życia w czasie wojny językiem w czasie pokoju. Jego kategorie okazują się całkiem bezużyteczne dla rozumienia porządku tamtego świata”. No właśnie, dlatego może nam się nie podobać organizowanie konkursu Miss Ocalałych, bo widzimy jakąś nieprzystawalność śmierci zagazowanych, zastrzelonych, zabitych łopatami, widoku ciał przykrytych papierem w getcie do imprezy w Jerozolimie, gdzie starsi ludzie, nie tylko świadkowie (a raczej nieszczęśni uczestnicy), fetują, jak mogłoby się wydawać, to że przeżyli. Komunikują dość bezwstydnie: mnie się udało. Trudno nam zrozumieć użycie współczesnego języka, szczególnie języka popkultury, gdy mówimy o Zagładzie. No to jak mówić? Przecież milczeć nie możemy.

Shoshana w 1939 roku miała dwadzieścia lat. I przeżyła. To, że może zostać Miss Ocalałych z Zagłady, jest prztyczkiem w nos losu, historii. Gdy stoi dziś, uśmiechnięta, w otoczeniu kilku tysięcy ludzi, przypomina nam, że ocalała. Ma na ręce numer 80277. Jej żywe ciało jest nie tylko sposobem na ukazanie pamięci o tamtych, którzy zginęli, ale też dowodem na zwycięstwo życia nad śmiercią. Shoshana żyje. Jej żywe, pomarszczone ciało starej kobiety świadczy o trwaniu Żydów, a także o jej osobistym prze-trwaniu, o możliwościach, wyborach, czasie, na który składały się chociażby codzienne herbatki z przyjaciółkami. O tym samym świadczy obecność na sali syna Shoshany. I to jest piękne. Dlatego właśnie, wśród tysięcy wyborów missek, ten jeden konkurs wydaje mi się istotny. Ważny. Znaczący.

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

fio

© 2022. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www