zadra-na-www

MATRONATY

Babcie w nas
Magdalena Piekara   
10 czerwca 2013

Niedawno ukazała się książka Aleksandry Domańskiej „Ulica cioci Oli”. Autorka jest wnuczką, która zadaje pytania o przeszłość rodziny, a dokładniej, o przeszłość swej babki, Żydówki urodzonej na początku XX wieku w Oświęcimiu, a zmarłej na rok przed tragicznymi wydarzeniami marcowymi. Na dodatek tytułowa ciocia Ola, czyli Helena Kozłowska (w zasadzie Bela Frisz) była komunistką i w latach 50. została wysoko postawioną urzędniczką partyjną. Książka zapowiada się więc ciekawie. Bo jak zrozumieć wybory babki, babki odległej, tajemniczej, babki, która z pewnością nie powiedziała o swej przeszłości wiele – bo nie chciała, nie mogła, nie potrafiła. Babki, która z nieznanej stała się intrygująca, bo kiedy z inicjatywy IPN i jednej radnej postanowiono nazwę ulicy jej imienia zlikwidować, uznając jej istnienie za formę „szacunku dla ideologii komunistycznej i jej reprezentantów”, to wtedy właśnie wnuczka postanowiła zacząć zadawać pytania o przeszłość swej przodkini. Co spowodowało, że Helena została komunistką? Jak komunistka i Żydówka po wojnie mogła godzić się na niszczenie własnych ideałów? A może uznawała stalinizm za część rewolucji i godziła się z nieuniknionymi ofiarami? Jak kobieta tak waleczna i dzielna, kobieta, która formowała oddziały AL, po wojnie nie chciała, a może nie mogła się sprzeciwić narastającemu terrorowi, klaskała na zjazdach, podpisywała papierki?

Każda z nas nosi w sobie nienapisaną książkę o własnych babciach. Może nie każda z nich ma tak ciekawą biografię jak Helena Kozłowska, a może wręcz odwrotnie? Co wiemy o swoich babkach? Nawet te z nas, które były wielbicielkami historii rodzinnych i siadały często na małym stołeczku przy kolanach starszej pani, domagając się opowieści o przeszłości, o dawnych czasach, cóż wiedzą? Znają tylko opowieść przystosowaną dla dzieci, swoistą „editio purificata”, fabułę oczyszczoną z większości rzeczy trudnych, wątków mocno niedydaktycznych albo uznanych za szkodliwe dla młodej słuchaczki. Sama doskonale pamiętam, że gdy moja babcia mówiła mi o śmierci swoich trzech córek, w zasadzie przytaczała tylko fakty, zawsze te same: czas i wiek. Dopytywana zawsze kończyła opowieść, by nie wyjść poza ramy, poza granicę, którą sama sobie wytyczyła.

Oglądamy fotografie. Co wiemy? Czy znamy historię ich nieszczęśliwych miłości? Co wiemy o bólu codziennego doświadczenia? O trudnościach? O namiętnościach? O pożądaniu? O zdradzie? O aborcji? O gwałcie? O pierwszym orgazmie? O oczach pełnych łez? Czy to łzy szczęścia? A może bólu i rozpaczy? Patrzymy na nasze babki w lustrze, codziennie, wycieramy po kąpieli ich fragmenty ciała w naszym ciele, które niczym patchwork poskładane jest z części przodków. Mam brzuch po babci, mam jej oczy.

Codziennie coś może przypominać te kobiety. Gdy umrą, zaczynają zacierać się w pamięci, nieruchomieją niczym fotografia. Już nie pamiętamy głosu, zapachu, pozostają jedynie wrażenia, wspomnienia, detale. A co z babkami nigdy niepoznanymi? Patrzymy na nie w nas i nawet o tym nie wiemy, tylko czasem uwaga kogoś z rodziny przypomina, że nasze ciało wcale takim do końca własnym nie jest. Zadajemy pytania, takie same jak Zbigniew Herbert:

lecz po kim mam podwójny podbródek

po jakim żarłoku gdy cała moja dusza

wzdychała do ascezy dlaczego oczy

osadzone tak blisko

Nigdy nie poznałam drugiej swej babci. Zmarła, gdy miałam kilka lat, gdy ledwo przestałam nosić pieluchy. Nie pamiętam nawet jej twarzy, znam tylko rodzinne anegdoty i zdjęcia. Nigdy nie dane mi było zadać pytań, wysłuchać odpowiedzi. Nie znam nawet tej ocenzurowanej wersji, układanej specjalnie dla wnuczki. Drugą babcię – Mariannę – znałam dobrze. Mieszkała ze mną, wychowywała mnie, prała mi misie, robiła szydełkowe sukienki dla lalek. Kazała mi głośno czytać, kolekcjonowała moje rysunki. Śpiewała mi, gdy byłam chora, masowała obolałe nogi. Patrzyła znad okularów. Co naprawdę o niej wiem? Czego nigdy mi nie powiedziała? O co nigdy nie zapytałam? I nie zapytam, bo już nie mogę.

Patrzę na naszą wspólną fotografię. Idziemy razem, ja i ona (ja trzymam w ręce „Świat Młodych” ona – torbę plażową, w której obok ręczników i łopatki zawsze była bułeczka i coś do picia). Jest lato w Międzyzdrojach. Pamiętam różne rzeczy: jej sukienkę plażową, bo nie uznawała kostiumów kąpielowych, jej loczki a la Hugo Kołłątaj. Nie słyszę jej śmiechu, nie czuję zapachu, nie pamiętam tembru jej głosu. Jej fragmenty zostały w moim ciele, ale to za mało. To stanowczo za mało. Chciałabym kiedyś napisać o niej książkę. Czy będę potrafiła? Czy mam odpowiednią ilość materiału? Kto mi pomoże rozstrzygnąć wątpliwości? Jednego jestem pewna. Jestem jej wnuczką.

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

fio

© 2022. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www