zadra-na-www

MATRONATY

Co ma zwierzę do genderu?
Justyna Włodarczyk   
12 marca 2014

W dniach 12-14 marca w Instytucie Badań Literackich PAN odbywa się pierwsza w Polsce międzynarodowa konferencja o animal studies, czyli studiach nad zwierzętami. A konkretnie o humanistycznym odczytaniu relacji ludzi i zwierząt w nauce, sztuce, literaturze, filozofii i kulturze popularnej. Pozyskanie grantu na konferencję i zaproszenie wybitnych naukowców zza granicy to ogromny sukces organizatorek tego przedsięwzięcia. Najwyraźniej jednak nie dla wszystkich.

„Fronda” i „Nasz Dziennik” jeszcze przed rozpoczęciem konferencji opublikowały artykuły szkalujące ideę konferencji i samych studiów nad zwierzętami. Co ciekawe, w obu artykułach przewija się wątek porównywania animal studies do gender studies. Tytuł artykułu zamieszczonego na stronie internetowej „Frondy” 5 lutego tego roku brzmi „Gender to pryszcz! Animal studies…”. Z kolei dwa dni później „Nasz Dziennik” w artykule „Gdy nauka zwierzęceje” argumentuje, że animal studies to kolejne narzędzie deprawacji, jeszcze gorsze od gender. Co więcej, „Nasz Dziennik” postrzega animal studies jako kontynuację gender studies: „genderyści” najpierw będą uczyć chłopców chodzić w sukienkach, a potem uprawiać zoofilię.

piesekW gronie osób zaangażowanych w Polsce w animal studies zawrzało. W odpowiedzi na absurdalne zarzuty „Frondy” i „Naszego Dziennika” na profilu konferencji na Facebooku pojawiły się rzeczowe argumenty starające się udowodnić „naukowość” animal studies: fakt istnienia akademickich czasopism z tej dziedziny indeksowanych przez listę filadelfijską, badań empirycznych prowadzonych w najlepszych ośrodkach naukowych na świecie itd. Tymczasem Instytut Badań Literackich PAN wydał oświadczenie, w którym stara się od porównania z genderem wyraźnie odciąć, podkreślając wkład w animal studies badaczy z uczelni katolickich i istnienie nurtu teologii ekologicznej, a także przywołując postać św. Franciszka z Asyżu. Rzeczywiście, animal studies to pojęcie na tyle szerokie, że znajduje się tam miejsce dla badaczy o naprawdę bardzo różnych poglądach – na przykład dla radykalnej feministki-wegetarianki Carole Adams i dla Temple Grandin, która zajmuje się projektowaniem humanitarnych ubojni dla zwierząt gospodarskich przeznaczonych na rzeź. Tym, co łączy te dwie badaczki, jest zadawanie sobie pytania o etyczny wymiar wykorzystywania zwierząt jako jedzenia, chociaż udzielane przez nie odpowiedzi są skrajnie różne.

Wydaje mi się jednak, że próby przekonania „antyanimalistów” racjonalnymi argumentami są skazane na niepowodzenie, podobnie jak przekonywanie „antygenderystów” o braku zagrożenia ze strony wszechmocnego genderu. „Nasz Dziennik” nie prezentuje postawy otwartości poznawczej i gotowości do dialogu, tylko odruchowy i w tej chwili jeszcze mało przemyślany sprzeciw. Skąd bierze się ten odruch sprzeciwu? Skąd w ogóle te absurdalne zarzuty pojawiające się wobec tematu, który wydaje się naprawdę mało kontrowersyjny? Ot, zwierzątka. Nawet organizatorzy konferencji byli zaskoczeni reakcją „Naszego Dziennika”. Więc skąd to porównanie zwierza do genderu w polskim prawicowym dyskursie?

Artykuł zamieszczony we „Frondzie” jest zilustrowany zdjęciem człowieka trzymającego na rękach szczeniaczka. Głowa człowieka jest poza kadrem, widzimy tylko jego/jej niebieską koszulkę i polakierowane na niebiesko paznokcie. Brak wyraźnych drugorzędnych cech płciowych. Człowiek jest więc w pewnym sensie bezpłciowy. Może być seksualnie nijaką kobietą (brak piersi), może być zniewieściałym mężczyzną (pomalowane paznokcie). Gest, którym przytula szczeniaka, jest natomiast gestem kojarzonym z rodzicielską, a zwłaszcza macierzyńską troską. I tutaj właśnie pies jest pogrzebany.

W swojej książce „Rykoszetem” (2008) Agnieszka Graff analizuje przedstawienia kobiet na okładkach najpopularniejszych polskich tygodników w pierwszych latach XXI wieku. I tak wśród okładek mamy kobietę przytulającą do piersi torebkę, co symbolizuje przedkładanie przez kobiety kariery nad macierzyństwo, kobietę przytulającą do piersi nienaturalnie małego dorosłego mężczyznę, co z kolei odzwierciedla próbę kobiecej dominacji nad płcią przeciwną, emaskulację (pozbawienie cech męskich) polskiego faceta przez nadopiekuńczą żonę/matkę, kobietę przytulającą plastikową lalkę itp. Wszystkie te przedstawienia łączy sugestia, że polskie kobiety kierują swój instynkt macierzyński w nieprawidłowym kierunku. W połączeniu z tematem niżu demograficznego, również obecnego na okładkach tygodników z tego okresu, interpretacja serii okładkowych przedstawień kobiet narzuca się sama: zamiast rodzić dzieci, zajmują się czym innym. „Wynaturzają” więc swój naturalny instynkt macierzyński. Nie da się ukryć, że w popularnym postrzeganiu roli zwierząt domowych funkcjonują one również jako zastępcze dzieci. Absolutnie nie twierdzę, że jest tak w rzeczywistości, ale że jest to częsty zarzut ze strony przeciwników zwierząt domowych. Dlatego fotografię z „Frondy” można by uznać za kolejną okładkę z analizowanej przez Graff serii. Zamiast rodzić dzieci – kobiety zajmują się zwierzętami domowymi. Swój naturalny instynkt opiekuńczy kierują na mało produktywne tory; mało produktywne, bo nie przyczyniające się do zwiększenia przyrostu demograficznego. Innymi słowy, w prawicowym dyskursie „Naszego Dziennika” zwierz jest podobny do genderu w swoich hipotetycznych skutkach, czyli w zmniejszeniu liczby zdrowych polskich dzieci. Zwierz, tak jak i gender, może zachęcić kobietę do porzucenia jej kobiecych obowiązków.

A co z mężczyzną? Zakładając, że postać trzymająca na rękach szczeniaka jednak jest mężczyzną – jest on zdecydowanie sfeminizowany, a jego feminizacja jest wynikiem relacji ze zwierzęciem, relacji opartej na opiece i trosce, a nie na dominacji. Nie jest to w końcu policjant z psem służbowym w kolczatce, ale facet z polakierowanymi na niebiesko paznokciami przytulający szczeniaczka. Skutki przytulania zwierza są więc analogiczne do praktyki przebierania chłopców w sukienki. Relacje ze zwierzętami, promowane przez animal studies, mają doprowadzić do redefinicji relacji człowiek-zwierzę z opartej na dominacji i przydatności do takiej, która jest troską o dobro innego. A więc do tego, co z feministycznej perspektywy można określić mianem kryzysu tradycyjnej męskości.

Stąd już tylko krok do zoofilii. Donna Haraway w swojej książce „When Species Meet” (Spotkanie gatunków) mówi – pół żartem, pół serio – że zaangażowanie kobiet w środowisko kynologiczne można postrzegać jako przeciwstawianie się obowiązkowej heteronormatywności i przymusowi reprodukcji. Podkreślam: pisze to pół żartem, bo wie doskonale, że dla wielu kobiet, które rzeczywiście są zaangażowane w relacje ze zwierzętami, nie jest to forma świadomego sprzeciwu, ale po prostu realizowania tkwiącej w nich głęboko potrzeby kontaktu z innym, który nie jest człowiekiem. Jednak właśnie to lokowanie uczuć w przedstawicielach innego gatunku otwiera u „antyanimalistów” klapkę z napisem zoofilia. Miłość w dyskursie „Naszego Dziennika” musi być powiązana z przynajmniej potencjalną reprodukcją, której w relacji człowiek-zwierzę brakuje. Ewentualnie może być jej skutkiem, jak w relacji rodzic-dziecko. Pomysł, że można kochać przedstawiciela innego gatunku podobnie, jak (a może bardziej niż) innego człowieka, chociaż przecież nie będzie z tego korzyści związanych z przedłużeniem gatunku, jest po prostu niewyobrażalny i dlatego trzeba go określić jako dewiację seksualną. Tę samą klapkę z napisem „zoofilia” otwiera również rozszerzenie dyskursu praw człowieka (który, swoją drogą, nie jest ulubionym dyskursem dziennikarzy „Naszego Dziennika” – chyba że jego podmiotem są tzw. dzieci nienarodzone) na inne gatunki, przekroczenie granicy różnicy gatunkowej. „Nasz Dziennik” nie jest w stanie zrozumieć, że mówienie o prawach zwierząt niekoniecznie oznacza chęć zawarcia małżeństwa z kozą.

W sprawie zwierząt wypowiadał się również ksiądz Rydzyk. Warto przypomnieć jego kategoryczny zakaz spania z psem w jednym łóżku. O zakazie donosił „Fakt”, cytując wypowiedź Ojca Dyrektora: „Oczywiście psa trzeba szanować, ale jego miejsce wiadomo gdzie jest, a nie w łóżku pana. Boże! W tym samym pokoju!”. Układ sypialniany – pies w budzie, człowiek w łóżku – ma odzwierciedlać naturalną hierarchię stworzenia, którą rzeczywiście animal studies jako dziedzina kwestionuje. Gdzieś w tle zakazu Rydzyka słychać echo groźby zoofilii, no bo wiadomo przecież co się w łóżku robi.

Oczywiście, moje streszczenie prawicowej interpretacji animal studies opiera się na spłyconym odczytaniu podstawowych założeń tej dziedziny, podobnie zresztą jest absurdalna definicja terminu gender według księdza Oko opiera się na uproszczonym zrozumieniu założeń gender studies. To jednak w niczym nie zmienia siły dyskursu „antygenderowego” a dyskurs „antyanimalistyczny” jest do niego nie tylko podobny, ale również pochodzi z tych samych środowisk. Dlatego może zamiast odcinać się od porównywania zwierza z genderem warto je przeanalizować, żeby zrozumieć, że genderowcom i zwierzolubom potrzebna jest koalicja.

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

fio

© 2022. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www