zadra-na-www

MATRONATY

Kraków z dziewczyną w kieszeni
Katarzyna Turaj-Kalińska   
02 sierpnia 2013

W związku z pobytem tzw. zagranicznych gości zaplątał mi się w domu informator na lipiec i sierpień 2013 – „Kraków in your pocket”. Cała cykliczna seria „Europe in your pocket” wydawana jest gdzieś na Litwie i Bóg wie, kto z niej czerpie zyski w globalnym świecie. Tak, czy siak, należą mu się, bo broszurki obfitują w ważne, dobrze zredagowane informacje i są pod pewnymi względami lepsze od niejednego z osławionych przewodników National Geografic czy Lonely Planet.

Na fali patriotycznej euforii wywołanej zachwytami moich znajomych nad Krakowem i Polską – widokami, zabytkami, hotelami, żarciem, piciem, ogólną schludnością, perfekcyjną organizacją lepszą od niemieckiej a nawet szwajcarskiej, wreszcie last but not least cenami – zaczęłam sobie od niechcenia przeglądać ową książeczkę z atrakcjami stałymi i terminarzem imprez. Dowiedziałam się z niej mnóstwa rzeczy, których, mieszkając ostatnio z dala od rodzinnego miasta, śledzić nie jestem w stanie. Bo naturalnie wciąż mamy Wawel z Grobami Królewskimi Bijącymi na Głowę Westminsterskie, Fotogeniczne Sukiennice z Bursztynowo-Srebrno-Drewnianymi Pamiątkami, z którymi Śmieciowo-Plastikowy Chłam z Paryskiego Montmartre’u Równać się nie Może, a także Jeden z Trzech na Świecie Olejnych Obrazów Leonarda i cud na miarę piramid egipskich – Średniowieczne Podziemne Pałace Wykute w Soli z Misternymi Detalami. Ale też przybyło nam bez liku nowoczesnych, hipermultimedialnych muzeów takich jak choćby Podziemia Rynku czy Fabryka Schindlera. Ponadto mamy mnóstwo nowych restauracji, knajpeczek i kafejek o dowcipnych nazwach serwujących rarytasy z całego globu i rodzime. Dosłownie - manna z nieba złożona naprzemiennie z pierogów, sushi, tandoori, pizzo-pasto-antipast, dziczyzn, bigosów, krwawych befsztyków i wege-cudeniek zalewanych do wyboru – wyborową, wódeczką od Baczewskiego, Chopinem, Orkiszem, Miodulą, Warką, Żywcem, Harnasiem... Nie wpominając o Kredensie Krakowskim z jego staroświecko opakowanymi Galaretkami Pensjonarek, Pralinami Siódme Niebo czy Skórką Pomarańczową w Czekoladzie Deserowej, którą Rejentowa Teodora Łuszczyńska Chandrę Leczyła itd. itp.

Idę o zakład, że największe stolice Europy nie mają tylu tak niebanalnych rzeczy, zwłaszcza w przeliczeniu na jednostkę powierzchni. A w każdym razie tak zmyślnych, zabawnych i najczęściej w dobrym guście.

Potem dosłownie zakręciło mi się w głowie od wymyślnego repertuaru tutejszych i przyjezdnych zespołów teatralnych i muzycznych – od tego m.in. że spodziewamy się tu wkrótce nie tylko Parady Lajkonika i Bóg wie czemu Festiwalu Piosenki Francuskiej o Grand Prix Edith Piaf, ale i Krystyny Jandy przedstawiającej Danutę Wałęsową, a do tego jednego ze słynnych jazzowych braci Marsalisów (saksofonisty Branforda) i cudownej Orkiestry Glenna Millera, o której nawet nie wiedziałam, że wciąż pod tym samym szyldem istnieje.

Wymieniłam pierwsze z brzegu atrakcje, a są ich krocie pod każdym numerem każdej uliczki Starego Miasta z przyległościami. To wszystko „Kraków in the pocket” z wdziękiem porządkuje z pomocą mapek. Ponadto zmieściły się w nim zadziwiająco wyczerpujące opisy historycznych miejsc, kalendarium od średniowiecznych początków Polski do Euro 2012, słowniczki potraw (m.in. bigos, golonka, ale też... zapiekanka, z rozpędu chyba określona jako „drunk food” zamiast „junk food”), trunków, obyczajów, anegdot etc. I może trzeba było po prostu nie grzebać w nim zbyt dogłębnie, ja jednak bywam w takich czynnościach obsesyjna i szukam aż znajdę – dziurę w całym.

Zajrzałam więc w końcu do zajmujących pół stroniczki rozmówek – „Language Smarts”. Boki zrywać, bo prócz pisowni, podana jest ta straszna polsko-chińska wymowa: „Doh-veet-zen-ya”, „Jen-koo-jeh”, „Pseh-pra-sham”. A co jeszcze powinien umieć wymówić cudzoziemiec prócz zwrotów grzecznościowych? Spytać o dworzec i lotnisko, a także toaletę. I koniecznie: „Dvah peevah prosheh!” A do tych dwóch piw, zapewne tym samym tonem: „Yes-tesh-pee-enk-nah”, „Ko-hahm-chuh” oraz „Prosheh za-byesh mnyeh doh doh-moo”.

Bo na cóż tysiącletnia kultura, imponująca historia, piękne widoki, pyszna kuchnia, eleganckie sklepy, gustowne suweniry, gdyby za tym wszystkim nie krył się ostateczny cel turystyki – dziewczyna, która przy pierwszym spotkaniu da sobie postawić piwo, wyznać miłość i zaprowadzi najpierw do toalety, a potem może nawet zabierze do domu. Doh! Doh! Doh!

A może się czepiam? Przecież w podróży każdy człowiek robi się kochliwy, a stworzony do emancypacji język angielski nie rozróżnia płci. To tylko ta seksistowska polszczyzna-chińszczyzna tak wszystko zaraz demaskuje.

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

fio

© 2022. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www