zadra-na-www

MATRONATY

Poród
Marta Stefaniak   
01 maja 2013

Wbrew oczekiwaniom, zaczerpniętym z książek i filmów, na izbie przyjęć Mokotowskiego Szpitala Położniczego było bardzo cicho. Nikt nie krzyczał ani nie jęczał. Kobiety czekające na przyjęcie siedziały spokojnie. Niektóre rozmawiały półgłosem ze swoimi partnerami, inne posapywały lekko, splatając ręce na wielkich brzuchach. Od czasu do czasu z pokoju położnych wychodziła energicznym krokiem schludna, biało ubrana pracownica szpitala prowadząc za sobą mały orszak: ociężale stąpającą pacjentkę, przebraną już w obszerną, nocną koszulę, a za nią męża dźwigającego wypchaną torbę. Drzwi oddziału otwierały się przed nimi – i tylko wtedy, przez krótką chwilę, dawały się słyszeć odległe krzyki.

Te dalekie głosy nie tyle niepokoiły Renatę, ile zwiększały jej ekscytację. Wyczekała się już dostatecznie długo, lęki, rozterki i wątpliwości miała już dawno za sobą. Przy tym końcówka ciąży dała jej mocno w kość, więc jedyne czego pragnęła, to przejść już na drugą stronę.

Odszukała wzrokiem Pawła stojącego pod ścianą pośród innych mężczyzn – wszystkie krzesła zajmowały kobiety. Wyczuł jej spojrzenie, odwzajemnił je i uśmiechnął się do niej krzepiąco. Spakowana torba stała przy jego nogach.

Tymczasem pokój położnych opuściła kolejna ciężarna w towarzystwie męża i pracownicy szpitala.  

- Pani Renata Barwinek! - zawołała kobieta w białym fartuchu, wychylając się ze środka.

Renata podniosła się ze stęknięciem, spojrzała przyzywająco na męża i ruszyła ku drzwiom. Paweł podniósł szybko torbę i poszedł za żoną.

- Pani siądzie na tym krzesełku – poleciła energiczna położna – Poproszę dowód osobisty, dowód ubezpieczenia, kartę ciąży i ostatnie badania.

Renata miała już wszystko przygotowane. Położyła plik papierów na biurku. Położna zaczęła spisywać potrzebne dane, od czasu do czasu rzucając lakoniczne pytania w stronę pacjentki.

- Wody o której zaczęły odchodzić?

- Ostatnia morfologia jest?

W końcu podsunęła Renacie formularz do podpisania i zwróciła się do Pawła:

- Pan pomoże żonie przebrać się, tutaj, za tymi drzwiami.

Sama podniosła słuchawkę telefonu i powiedziała:

- Gosia? Przyjdź no tu do nas po pacjentkę.

W ciasnej łazience Renacie nie było zbyt wygodnie i z trudem utrzymywała równowagę balansując najpierw na jednej, a potem na drugiej nodze, kiedy zdejmowała spodnie. Musiała się opierać z całych sił na ramionach Pawła. Wreszcie udało jej się przebrać w nową, flanelową koszulę, białą w fioletowe kropki, i wsunąć bose, napuchłe stopy w gumowe klapki. Na koniec związała włosy z tyłu głowy i uśmiechnęła się do męża.

- Już – powiedziała.

- Idziemy? - zapytał, także próbując się dzielnie uśmiechnąć, choć kąciki jego warg drżały ujawniając, że wcale nie czuje się dzielnie ani dziarsko.

- Idziemy – kiwnęła głową.

Wrócili do pokoju położnych. Tyłem do biurka, przyciskając do brzucha teczkę z papierami, stała tam już niewidziana przez nich wcześniej kobieta z plakietką przypiętą do białego fartucha. Była bardzo wysoka i zapewne z tego powodu garbiła się trochę. Miała wyraźnie zaznaczone kości policzkowe i wargi układające się w serduszko, dzięki czemu na jej twarzy nieustannie zdawał się formować sympatyczny półuśmiech.

- Państwo gotowi? - zapytała – No to idziemy. Ja się będę od teraz panią zajmować.

Wyszli we trójkę z pokoju. Renata nigdy jeszcze nie była jako pacjentka w szpitalu. Czuła się zażenowana, trochę jak odmieniec, a trochę jak wybranka, kiedy w swojej koszuli nocnej i klapkach na bosych stopach szła przez izbę przyjęć, gdzie wszyscy inni ludzie mieli na sobie normalne ubrania: spodnie, bluzki i sukienki.

Ale przekroczywszy próg oddziału znalazła się nagle w innej rzeczywistości, tak jakby przeszła przez czarną dziurę prowadzącą do innego wszechświata. Lampy paliły się tu znacznie jaskrawiej, korytarze wydawały się o wiele czystsze, zniknęli prawie wszyscy mężczyźni. W tutejszym świetle jej flanelowa koszula nocna zmieniła się naraz w zwykły, nierzucający się w oczy strój, za to dżinsy i T-shirt męża zaczęły wyglądać cudacznie i wyzywająco. Krzyki, które do izby przyjęć docierały odległe i stłumione, tutaj brzmiały o wiele głośniej i wyraźniej.

Położna otworzyła drzwi do małego pokoju.

- Zapraszam – powiedziała.

Pokój wydawał się mieć niewiele wspólnego z jaskrawo oświetlonym korytarzem i resztą szpitalnej rzeczywistości za progiem. Tu panował przytulny półmrok, a krzyki znowu stały się przytłumione i dalekie. Na podłodze leżała wielka, kolorowa piłka do skakania, taka sama, jaką Renata kupiła siostrzenicy na piąte urodziny; w jednym kącie do ściany były przymocowane sportowe, drewniane drabinki, a w drugim znajdowała się czyściutka, zachęcająca wanna. Jedynie spory fotel pod oknem robił szpitalne wrażenie: obity brązowym skajem, połyskujący metalowymi drążkami i obstawiony monitorami połączonymi przez rurki i przewody.

- Proszę się tutaj na razie położyć – poleciła jej położna – A pan niech siądzie na tym krześle – zwróciła się do Pawła.

Renata ze stęknięciem wspięła się na fotel. Położna podłączyła ją do aparatu KTG.

- Tutaj – pokazała na mały ekranik – pokazuje się siła skurczy.

Stała przez pewien czas obserwując monitorek, a potem oznajmiła z wahaniem:

- Wody już dość dawno odeszły, a skurcze są ciągle bardzo słabe. Myślę, że dobrze będzie podać oksytocynę.

Wyszła z pokoju, a po chwili wróciła ciągnąc za sobą stojak z kroplówką. Znalazła żyłę na dłoni Renaty i wbiła w nią igłę. Plastikową, krętą rurką zaczął spływać przezroczysty płyn.

Po krótkiej chwili Renata odczuła skutki preparatu. Skurcze nasiliły się i stały się znacznie wyraźniejsze. Nigdy wcześniej z jej ciałem nie działo się nic podobnego. Przypominało to bóle, które dziewięć miesięcy temu pojawiały się u niej co cztery tygodnie. Ale kiedy tamte, rozmazane i mdlące, ćmiły godzinami bez większej przerwy, to skurcze, jakie teraz odczuwała, były ostre i rześkie, wyraźnie osiągały swój szczyt, po czym opadały i w zdumiewający sposób na chwilę znikały zupełnie.

- No, chyba się zaczęło na dobre – powiedziała położna – Odłączę już panią od KTG. Najlepiej będzie, jak pani wstanie i pokołysze się trochę na piłce.

Z pomocą Pawła Renata zsunęła się z fotela. Usiadła na wielkiej, wygodnej piłce i spróbowała poruszać się na niej tak, żeby łagodzić ból spowodowany przez skurcze. Szybko znalazła odpowiedni rytm, jakby z podziwu godnym, ukrytym dotąd talentem nauczyła się nowego tańca, w którym własne ciało jej partnerowało. A krótki moment, kiedy zastygała nieruchomo ściskając z całych sił rękę męża, był po prostu jedną z figur w owym tańcu. I gdy ta chwila mijała, Renata myślała z zachwytem: “A więc to tak wygląda. Tak właśnie to się dzieje”.

Położna siedziała naprzeciwko niej przyglądając jej się życzliwie, wstawała, wychodziła na krócej lub dłużej, wracała. Kiedy zostawali sami, Paweł zwracał ku żonie kochającą twarz i pytał troskliwie, z pełnym winy współczuciem.

- Jak się czujesz?

- Nie tak źle – odpowiadała lakonicznie Renata, wiedząc, że nie jest i nigdy nie będzie w stanie opowiedzieć mu o tańcu, o zachwycie, o zdumiewających właściwościach odkrytych we własnym ciele.

Skurcze nasilały się jednak coraz bardziej, a przerwy pomiędzy nimi robiły się tak krótkie, że Renacie zaczęło brakować tchu w tym tańcu, myliły się jej kroki i przestawała nadążać. Po raz pierwszy od chwili, kiedy weszła do tego pokoju, przyszło jej na myśl, że może potrzebować znieczulenia. Jeszcze nie w tym momencie, ale za jakiś czas, jeśli straci kontrolę nad przyśpieszającymi skurczami. Położna poruszyła się na swoim krzesełku.

- Zbadałabym teraz panią – powiedziała – A potem może poleżałaby pani w ciepłej wodzie?

- To pomoże? - spytała Renata i zaczerpnęła powietrza przed nadchodzącym skurczem.

- Pomoże - obiecała położna.

Renata wspierając się na ramieniu męża znowu wdrapała się na fotel i pozwoliła się zbadać, starając się przy tym nie stracić panowania nad bólem. Paweł tymczasem napełniał wannę ciepłą wodą. Potem pomógł żonie wstać z fotela, rozebrać się i wejść do kąpieli.

- Muszę iść do innej pacjentki, ale u pani to jeszcze chwilę potrwa – oznajmiła położna – Gdyby coś nowego zaczęło się dziać, proszę mnie wzywać.

Wyszła, zamykając cicho drzwi za sobą. Siedząc w wannie pełnej ciepłej wody, Renata spróbowała znowu, pomagając sobie głośnym dyszeniem i stłumionymi okrzykami, załapać rytm, o wiele już szybszy i ostrzejszy, tańca, który objął we władanie jej ciało. Pośród tych starań jej wzrok natrafił na bladą, nieszczęśliwą twarz Pawła. Uśmiechnęła się do niego i nagle zwinęła się cała, czując raptowne cięcie nowego bólu. To był ostry, przenikliwy ból, zupełnie inny niż skurcze odczuwane do tej pory. Wytrącił ją z równowagi i nie pozwalał złapać tchu. Próbowała nad nim zapanować, wpasować go jakoś w dotychczasowy rytm, ale nie mogła. Przed oczami zaczęły jej latać czerwone płatki. Wreszcie ogarnęło ją twardniejące szybko podejrzenie, że ten nowy ból nie ma nic wspólnego z naturalnym rytmem prowadzącym ku pełnej chwały kulminacji. Potęgował się bardziej i bardziej, aż poczuła jak jej własne zęby przecinają skórę na jej wardze.

- Wezwij położną – wystękała do Pawła.

- Ale co się dzieje? - zapytał z trwogą mąż – Za bardzo boli?

- Wezwij położną! - jęknęła głośno.

Nie wiedziała, czy to woda w wannie robi się czerwona, czy też płatki przed jej oczami zbijają się w jedną czerwoną płachtę. Jakaś lina musiała pęknąć, a ona ześlizgiwała się w dół po stromej ścianie. Pośród tego zamętu pojawiła się nadspodziewanie wyraźna myśl: przecież kobietom zdarza się umrzeć podczas porodu.

Naraz, poprzez ból i oszołomienie, doszedł ją głos położnej, która widocznie zjawiła się w pokoju:

- Możemy podać znieczulenie, jeśli pani naprawdę potrzebuje. Ale najpierw muszę panią zbadać.

Potem nad swoimi nogami, bardzo blisko, zobaczyła stężałą twarz tej kobiety. Usłyszała jej cichy głos:

- Matko Boska.

Pokój zalało jaskrawe światło i zaroiło w nim się od ludzi. Wyciągali Renatę z wanny, układali na przytoczonym łóżku. Paweł krzyczał coś do kogoś histerycznym głosem, a tymczasem inny głos, stanowczy, choć zdenerwowany, mówił do niej szybko:

- Pani Barwinek, musimy przeprowadzić operację, żeby ratować życie pani i dziecka. Proszę podpisać, że się pani zgadza.

Ktoś podsunął jej przed oczy formularz, ktoś włożył jej w dłoń długopis i poprowadził rękę. A potem nad jej głową zaczęły uciekać w tył panele na suficie korytarza i rozbłyskać jedna po drugiej jaskrawe jarzeniówki. Słyszała krzyki krzyżujące się ponad nią:

- Szybciej, cholera, szybciej! Ona się zaraz wykrwawi!

- Masz jej grupę krwi?!

- Pani Barwinek, czy pani mnie słyszy? Czy pani mnie słyszy?! Proszę nie zasypiać!

Łóżko zatrzymało się wreszcie i nowy głos, spokojniejszy, bardziej opanowany, powiedział do niej:

- Teraz podam pani znieczulenie. Choruje pani na serce?

- Nie – odparła z trudem, starając się nie jęczeć.

- Na nerki, cukrzycę?

Pokręciła głową, zaciskając zęby.

Sufit zaczął jej wirować przed oczami, a ból – o, jak rozkosznie! – odpływać coraz dalej.

- Chyba tracę przytomność – powiedziała na głos.

    ***

- Pani Barwinek, proszę się obudzić! Niech się pani obudzi!

Renata z wysiłkiem odkleiła powieki od oczu. Pochylała się nad nią chuda, zdecydowana twarz pielęgniarki.

- Widzi mnie pani? Słyszy mnie pani?

- Tak – chciała głośno odpowiedzieć Renata, ale udało jej się tylko odszepnąć.

Leżała przez parę sekund nieruchomo, podczas gdy w jej głowie – jak powietrze wpuszczone do próżni – rozwijało się szybko wspomnienie tego, co się zdarzyło, zanim straciła przytomność. Jednocześnie wracało jej poczucie własnego obolałego ciała. Naraz uświadomiła sobie ze strachem, że coś się w nim zmieniło. Sięgnęła ręką do miejsca, gdzie wcześniej znajdował się wydatny, napięty brzuch. Ze zgrozą taką, jak w sennym koszmarze, znalazła tam tylko niewielką i luźną wypukłość.

- Dziecko! - krzyknęła, próbując się poderwać – Co się stało z dzieckiem?!

Pielęgniarka zręcznie i szybko przytrzymała ją na łóżku.

- Pani dziecko jest żywe i zdrowe – powiedziała z naciskiem – Niech się pani o nie na razie nie martwi. Musi pani dojść do siebie. Miała pani bardzo poważną operację.

Renata poczuła się skrajnie wyczerpana, senna i głodna. Pozwoliła swojemu ciału rozluźnić się bezwładnie, podczas gdy inni wieźli je przez długi korytarz, przebierali w czyste ubranie i układali w pościeli. Za jakimś oknem mignęła jej atramentowa ciemność. Musiał być już środek nocy. Pozwoliła się nakryć obleczonym w świeżą poszwę kocem i natychmiast po tym zasnęła.

Kiedy się znowu zbudziła, pokój, w którym leżała, napełniało dzienne światło i powietrze pachnące poranną rześkością. Na podłodze leżała słoneczna plama. W nogach jej łóżka, na fotelu, siedział jej mąż i czytał jedną ze swoich książek o żeglarstwie.

- Paweł! - zawołała go cicho i skrzypliwie, bo gardło miała gorzkie i zaschnięte.

Poderwał się od razu, zrzucając książkę na podłogę i nachylił się na Renatą z bolesnym, łzawym uśmiechem.

- Boże – powiedział – co my przeżyliśmy...

Renata oblizała spieczone wargi.

- Gdzie jest dziecko? - zapytała.

- Wszystko z nią w porządku – zapewnił mąż – Jest nakarmiona, ubrana...

- Przynieś ją do mnie – powiedziała Renata.

- Ale wiesz, ona śpi, niedawno była karmiona...

- Przynieś ją do mnie! - krzyknęła Renata, na nowo ogarnięta poczuciem zgrozy jak z sennego koszmaru, na którą jedynym ratunkiem było przekonać się na własne oczy, że dziecko naprawdę istnieje.

Mąż odwrócił się i wtedy dopiero Renata zobaczyła, że w pokoju pod ścianą stoi plastikowe łóżeczko na kółkach. Paweł sięgnął w głąb niego i ostrożnie, niezdarnie wydobył małe stworzenie w białym ubranku. Złożył je koło żony. Niemowlę nie otworzyło nawet oczek. Renata uniosła się na łokciu, wpatrując się w zaczerwienioną buzię, w skurczony nosek, w zaciśnięte piąstki. Dziecko miało na sobie śpioszki, które sama mu przygotowywała i małą czapeczkę na włoskach posklejanych niewymytą krwią.

Renatę zalała fala wzruszenia. To nie była żadna macierzyńska miłość, żadna ślepa namiętność. Te uczucia miały się pojawić w swoim czasie. W tamtej chwili Renatę przepełniały tylko tkliwość i współczucie dla tej małej nieznajomej, cichej, milczącej towarzyszki, która razem z nią przyszła z krainy, gdzie śmierć i życie, stojąc ponad cienką linią, patrzą sobie w twarze i podają ręce.

 

Komentarze  

 
#1 Robert 2013-06-03 13:29
Bardzo ładne i wzruszające ...
Cytować
 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

fio

© 2022. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www