zadra-na-www

MATRONATY

(Nie)feministka Elżbieta Bieńkowska
Beata Kozak   
27 listopada 2013

Różne cuda są na świecie. Już Szekspir wytykał filozofom, że im się to czy tamto nie przyśniło. Są latające ryby, bajery w smartfonach i faszyści hajlujący nie tylko w krajach o bądź co bądź faszystowskiej przeszłości, takich jak Niemcy czy Włochy, ale także w krajach takich, jak Polska. Są także feministki, które uważają, że nimi nie są. Może istnieją też górnicy, którzy po fedrowaniu na przodku wychodzą z kopalnianej windy cali czarni na twarzy od węglowego pyłu i wypowiadają się do mikrofonu: „No, ale górnikiem to ja nie jestem, co to to nie”? Albo wędkarze, którzy całymi latami moczą wędkę w rzece, a potem szczerze, od serca, zapewniają, że są, dajmy na to, alpinistami i z wędkarstwem nie mają absolutnie nic wspólnego?

bienkowskaElżbieta Bieńkowska, awansowana na stanowisko wicepremierki, powszechnie szanowana i wychwalana ministra rozwoju regionalnego, na pytanie dziennikarki, czy jest feministką, odpowiada: „Nie, zdecydowanie nie”. Chciałoby się odruchowo zacytować standardową feministyczną mantrę o korzystaniu z praw i możliwości, które sobie i wszystkich tym dzisiejszym „zdecydowanie-nie-feministkom” wywalczyły wiele lat temu pierwsze feministki. Które się wtedy jeszcze niekoniecznie tym słowem określały, były raczej sufrażystkami, bojowniczkami o prawa kobiet, emancypantkami. Owszem, można odczuć pewną przykrość i zażenowanie, może nawet wkurzenie, kiedy po raz kolejny słyszy się, jak robiąca karierę kobieta dystansuje się od ruchu społecznego, który dziesiątki lat temu powstał właśnie po to, żeby miała prawo tę karierę zrobić i żeby nikt nie mógł pięścią lub drwiną odesłać jej z powrotem do kuchni. Ministra Bieńkowska uzasadnia swoje niebycie feministką rzeczowo i precyzyjnie: jest „zdecydowanie przeciwna aborcji na życzenie, ale za dofinansowaniem in vitro i uregulowaniem związków partnerskich”. (Prawda, jak pięknie brzmi bałamutna zbitka słowna „aborcja na życzenie”? Kojarzy się z „przystankiem na żądanie”, ale to inny kaliber.)

Jednak przy bliższym oglądzie niefeminizm ministry Bieńkowskiej zaczyna się kruszyć i chwiać w posadach. Elżbieta Bieńkowska dostrzega istnienie szklanego sufitu, czyli utrudnień, na jakie natykają się kobiety w swojej karierze zawodowej, ale sama go nie doświadczyła, o nie. Co to to nie. Przypomina to standardowe zaklęcia kobiet, które lubią zapewniać, że w życiu! w życiu! nie zetknęły się nigdy z żadną dyskryminacją, ani jej nie zauważyły w swoim otoczeniu, ani nigdzie, no po prostu nic, nigdy, nigdzie. Ministra Bieńkowska podaje jednak jeden malusienieczki, tyci-tyci przykład szklanego sufitu, z którym skonfrontowała się osobiście. W czasie rozmowy, która miała zadecydować o jej przyjęciu do Krajowej Szkoły Administracji Publicznej, zadano jej sakramentalne pytanie o to, jak zamierza pogodzić karierę z zajmowaniem się dziećmi. Przyjęli ją dopiero za drugim razem, kiedy na to samo pytanie zareagowała – uwaga – jak feministka zdająca sobie świetnie sprawę z tego, że pytanie jest dyskryminujące i seksistowskie. „Czy państwo pytacie też tych wszystkich panów, którzy zdają ze mną, czy mają co zrobić z dziećmi?” – zapytała w roku 1994 przyszła wicepremierka. Oj, nie wypada tak agresywnie i nietaktownie wprawiać komisji egaminacyjnej w zakłopotanie. To przecież pachnie jakimś feminizmem. A skoro się nie jest feministką, takie kompromitujące feministyczne akcje z przeszłości powinno się może jednak skrzętnie ukryć, bo przecież w każdej chwili może nadejść ekskomunika za stosowanie genderu w praktyce.

W dodatku prasa donosi złośliwie, że doświadczenia 30-letniej wówczas Elżbiety Bieńkowskiej ze szklanym sufitem zaskutkowały brakiem szklanego sufitu w ministerstwie, którym kieruje. Zarobki kobiet i mężczyzn są w jej urzędzie podobno jednakowe, nie wolno pytać kandydatek do pracy o ich plany rozrodcze ani o to, jak zamierzają godzić pracę zawodową z życiem rodzinnym. I wszyscy wiedzą, że to właśnie pani Bieńkowska ma na sumieniu pomysł na filmik reklamujący równe traktowanie w miejscu pracy. Jeśli to nie jest ukąszenie feministyczne, to co to jest? Zwykła ludzka przyzwoitość? No tak, czyli właśnie feminizm.

A z kolei stosunek niefeministki Bieńkowskiej do parytetów to „raczej nie”. Uzasadnienie tej ostrożnej odmowy jest jednak tak słabe, że właściwie nie ma sensu zawracać sobie nim głowy. „Spotkała w różnych instytucjach wiele kobiet, których sama by nie zatrudniła”, jak opisuje stanowisko pani Bieńkowskiej wobec parytetu Aleksandra Klich w „Wyborczej” z minionego weekendu. Hę? A kto powiedział, że wszystkie kobiety są kompetentnymi i świetnymi pracowniczkami? Niektóre z nich są głupie i leniwe, podobnie jak głupi i leniwi są niektórzy mężczyźni – czyżby przez wszystkie lata swojej kariery w urzędach i instytucjach min. Bieńkowska spotykała tylko i wyłącznie męskie ideały? Argument do skasowania. „W pracy najważniejsze są predyspozycje i kompetencje, a nie płeć” – o, no i znowu ta feministyczna gadka. Skoro płeć nie jest w pracy ważna, to skąd szklany sufit, o który to właśnie kobiety rozbijają sobie głowy? I skąd zalew pracowników w garniturach, a nie w garsonkach? Ot, zagadka.

Więc jak to w końcu jest? Górnik z czarną od węgla twarzą jest górnikiem czy baletmistrzem? Wędkarz ze świeżo złowionymi rybami w siacie jest wędkarzem czy jednak alpinistą? I jak reagować na przysięgi górnika, że tańczy w balecie? Popukać się w czoło wobec oczywistych faktów czy mając przed sobą baletmistrza z kilofem i w górniczym kasku, uszanować jego prawo do czucia się tym, kim chce?

Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha, kto ma wyciągarkę do wyciągania wniosków, niech je wyciąga. Trzeba się chyba pogodzić z istnieniem na świecie naprawdę wielu cudów. Z górnikami, którzy mówią o sobie per baletmistrz, z wędkarzami, którzy nie dostrzegają, że mają w ręce rybę, a nie garść śniegu z Himalajów. Mamy jednak prawo do własnego odbioru tego, co widzimy i słyszymy. Kiedy min. Bieńkowska organizuje pracę w swoim urzędzie tak, że znika z niego dyskryminacja kobiet – działa więc w stu procentach feministycznie – a jednocześnie zapewnia, że zdecydowanie feministką nie jest, filozofowie Szekspira, a razem z nimi my, feministki, mogą tylko pokiwać głowami. Albo pokręcić nimi z zadziwieniem. Cuda, panie, feministyczne cuda.

 

Komentarze  

 
#4 Kazik 2013-12-06 20:14
"Widziales w Polsce kiedys takie karykaturalne feministki jak je opisujesz?"
Heh, jak żyję, to nie - i wiele osób też nie, choć zapierają się, że tak typowa feministka wygląda. To nie jest moja opinia, tylko szkodliwy (i wciąż żywy) stereotyp, który należy zwalczać.

"Ja bym wolala zeby ludzie mysleli samodzielnie, a nie zeby ma nich wplywac piarem."
To by było fantastyczne, jednak nie można lekceważyć potęgi, jaką są media i opinia publiczna. Oczywiście możemy machnąć ręką i się obrazić na "gópie ludzie, nie ma z tymi pachołkami patriarchatu co gadać" - ale po co? Chcemy tworzyć sobie elitarne bagienko i się barykadować, czy stać się powszechnie szanowanym ruchem, którego opinii warto słuchać? Nie ma bata, trzeba krok po kroku poprawiać nasz wizerunek dla dobra spraw, o które walczymy. Jasne, że zadowoleni wszyscy nie będą, ale wierzę, że w ten sposób można przekonać wiele osób.

Z wyrazami szacunku
Kazik
Cytować
 
 
#3 Lilianna 2013-12-05 23:22
Hmm, piar. A mi sie wydaje, że ludzie powinni myslec, a nie tylko dawac sie prowadzic na sznurku PRu jak barany. Widziales w Polsce kiedys takie karykaturalne feministki jak je opisujesz? Ja nie. Polskie fem sa raczej grzeczne, nawet manify są spokojne. Ja bym wolala zeby ludzie mysleli samodzielnie, a nie zeby ma nich wplywac piarem. Zeby sie nie dawali szczuc mediom i kosciolowi. A jakas grupa idiotów plci obojga ktora widzi wszedzie rowrzeszczane jędze zawsze bedzie, bo częsc ludzi widzi to co im pasuje albo co im sie sugeruje.
Cytować
 
 
#2 Kazik 2013-12-05 21:06
Nie dziwnego, że się nie przyznaje, skoro feministka w Polsce nadal postrzegana jest jako tłusta, rozwrzeszczana jędza z wąsem, która wszystkich facetów potopiłaby w szambie (a feminista to w ogóle dziwo rzadkie jak jednorożec w ciapki). Wielu moich znajomych na hasło "feminizm" reaguje parsknięciem albo złością, a gdy przycisnąć ich bardziej, okazuje się, że na ten temat mają pojęcia tyle, co nic. IMO największa "zasługa" w tym mediów.
Feminizmowi w Polsce potrzebny jest dobry PR, im szybciej, tym lepiej.

Z wyrazami szacunku
Kazik
Cytować
 
 
#1 Bogumiła 2013-11-28 00:03
Może Elżbieta Bieńkowska jest po(st)feministk ą. Skoro nie musi już walczyć o to, co feministki dla niej i dla innych ludzi wywalczyły, może być po(nad) to... Chociaż... skoro tak bardzo jej zależy na tym, by nie przyklejać jej etykietki feministki, może jeszcze nie wszystko, co ważne, zostało osiągnięte? Na przykład to, by większość ludzi przyjęła, że feminizm to po prostu zwykła ludzka przyzwoitość, jak to pięknie w tekście ujęto.
Cytować
 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

fio

© 2022. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www