zadra-na-www

MATRONATY

Co widać na kanałach
Beata Kozak   
30 września 2013

Statystyczny Polak nie czyta książek, ale za to podobno średnio przez cztery godziny dziennie ogląda telewizję. A statystyczna Polka? Nie wiadomo. Z braku laku postanowiłam więc wczuć się w statystycznego Polaka i zorientować się, co też tak bardzo przygważdża go do fotela, kiedy już z piwkiem w garści zasiądzie wieczorem przed telewizorem.

Rzadko konsumuję ofertę telewizji, nie mam czasopism z programem telewizyjnym, więc byłam zdana na skakanie po kanałach. Zawsze to jakiś ruch. Skaczę więc z pilotem w ręce, aż się zdyszałam, ale w końcu trafiłam na film, który obejrzałam do końca. Nie od początku, więc nie wiem, jaki miał tytuł, kto go nakręcił i po co. Chociaż nie, po co go nakręcono – łatwo się domyslić. Żeby był fun. Dla niektórych.

Film opowiadał o czwórce fajnych kumpli, około 30-letnich facetów, którzy pojechali z Los Angeles do Las Vegas, żeby spędzić tam szalony kawalerski wieczór. Jeden z nich jest pantoflarzem, drugi mężem i ojcem, trzeci stukniętym kawalerem, czwarty panem młodym in spe. Wynajęli w hotelu luksusowy apartament, na dobry początek wypili po kieliszku – i tu cięcie. Budzą się w kompletnie zdemolowanym apartamencie, w łazience jest tygrys, w szafie niemowlak, a jednego z ich czwórki nie ma w ogóle. Okazuje się, że poprzedniego wieczoru przez pomyłkę zamiast tabletki ecstasy wszyscy czterej połknęli pigułkę gwałtu i dlatego żaden z nich nie pamięta, co się tej nocy działo. Skąd to niemowlę w szafie i tygrys w łazience? Dlaczego jednemu z nich brakuje przedniego zęba, drugi chodzi bez majtek, a trzeci był w nocy w szpitalu? Chłopaki próbują odnaleźć czwartego kumpla, bo przecież czeka na niego przed ołtarzem jego narzeczona. Krok po kroku odkrywają tajemnicę minionej szalonej nocy. Porządnicki dentysta ożenił się po pijanemu z „dziwką” i dał jej drogocenny pierścionek, który jego babka ocaliła z Holocaustu, mąż i ojciec też nieźle zaszalał. Film jest pełen śmiesznych numerów, momentami można się wręcz śmiać w głos. Są pościgi, wypadki, imponujące bryki, jest inteligentna satyra na kryminały i filmy akcji z ich obowiązkowymi szablonami. Oczywiście, chłopaki wracają na ślub w ostatnim momencie, wszystko jest super, panna młoda wyrozumiała i kochająca, wesele świetne, a dentysta-pantoflarz dzięki meskiej przygodzie w Las Vegas zrywa w końcu z tą wredną babą, która go zdominowała. Na koniec chłopaki oglądają zdjęcia, które zachowały się w aparacie fotograficznym jednego z nich. Widać na nich pijanych mężczyzn w burdelu – czy mówiąc bardziej po polsku: w agencji towarzyskiej – płacących młodym kobietom za seks, rozrabiających uroczo, demolujących pół miasta. Koniec filmu. Chłopaki były urocze i w ogóle odjazd, a najbardziej rzucało się w oczy, jak im wszyscy wszystko wybaczali, klepali po plecach i ich uwielbiali. Ojciec panny młodej pożyczył przyszłemu zięciowi swojego ukochanego, wypieszczonego mercedesa na wyjazd do Las Vegas, zaklinając go, żeby na niego uważał – auto wróciło niemal całkowicie zniszczone, ale uroczemu panu młodemu włos nie spadł z głowy. Mąż i ojciec, największy hulaka i pijak w tej kompanii, wraca z uśmiechem do swojej ślicznej żony i nie mniej ślicznego synka – ani słowa pytania, gdzie był. A ja, statystyczny Polak przed telewizorem, wiem przecież, że wrócił z burdelu. I jestem bardzo zadowolony, bo ten rozrywkowy film mówi mi: chłopaki są super, chłopakom wszystko się wybacza, chłopaki mogą wszystko, bo są po prostu the best. Czy byłby możliwy film opowiadający o podobnych wyczynach czwórki 30-letnich kobiet, z podobną beztroską wymową, nakręcony żeby bawić, a nie potępiać brak odpowiedzialności, infantylizm, zdrady i kłamstwa? Zatytułowano by go pewnie „Wyczyny szalonych dziwek” i skończyłby się ich zamordowaniem, samobójstwem lub innym nieszczęśliwym wypadkiem. Ku przestrodze.

Ale pewnie akurat trafiłam na apoteozę chłopackiej fajności, może zaraz wskoczę w kanał z innym klimatem. Może trafię na jakiś film, w którym kobiety nie będą robiły tylko za tło dla wspaniałych facetów, może też będą miały coś do powiedzenia.

O, proszę bardzo, polski dokument, więc będzie ambitnie. Para starszych osób, mąż i żona, oboje ok. 70-letni, siwi, szczupli. Mówią, że co roku w grudniu wylatują z Polski do Indii, żeby spędzić parę miesięcy w cieple. No i statystują w bollywoodzkich filmach. O, ciekawe. Dopiero po jakimś czasie orientuję się, że mówi prawie cały czas mężczyzna, mimo że jego opowieść dotyczy obojga. Kobieta dochodzi do głosu tylko w dwóch scenach: kiedy siedzi na fotelu u indyjskiego fryzjera i opowiada, że lubi się tu strzyc, i kiedy rozmawia z mężem o planowanych zakupach. Film jest dość nużącą sekwencją scen, w których oboje witają się z kolejnymi indyjskimi reżyserami Bollywoodu, gawędzą z nimi i pytają o jakieś role dla siebie. A raczej – gawędzi, pyta i opowiada w kółko mężczyzna. Kobieta siedzi obok i przez wiekszość czasu się uśmiecha. I to mimo że jeśli już coś może powiedzieć, mówi konkretnie, inteligentnie i ciekawiej niż jej mąż, który głównie ględzi, opowiada banały i wciąż te same historyjki o sobie. Dlaczego to on jest tu kreowany na główną postać? Może był jakiś powód, może starszy pan jest wnukiem Piłsudskiego albo wynalazcą koła? Nie wiem, bo znudził mnie ten androcentryczny festiwal jednego aktora (statysty) i przełączyłam na inny kanał. W nadziei, że może zobaczę w końcu – patrz płonne nadzieje po poprzednim filmie. 

I znowu polski film, „Yuma” z zeszłego roku. Żeby nie przedłużać – bo inteligentne czytelniczki i obeznani z polskimi filmami czytelnicy świetnie wiedzą, że spodziewać się po polskim filmie czegoś innego niż męskiego uwielbienia dla męskiej męskości, to mówiąc taktownie: naiwność – głównymi bohaterami są oczywiście młodzi mężczyźni, no bo kto w końcu jest najciekawszy, najfajniejszy, najwartościowszy, najbardziej wart otoczenia go kultem i apoteozy w dziełach sztuki? Oczywiście, że mężczyźni. Młodzi, starzy, krzywi, prości – jak leci, byleby byli mężczyznami. Kobiety pałętają się w tle, w większości przypadków są pokazane jako głupie puszczalskie. Tak jest też w „Yumie”. Jeśli ktoś pisze pracę na gender studies, na socjologii czy psychologii, o gwałcie jako akcie przemocy i zemsty mężczyzny na kobiecym ciele, które symbolizuje całe zło świata – polecam „Yumę”. Dwaj młodzi bandyci mają za sobą pewne bardzo upokarzające doświadczenie i żeby je odreagować, napadają dziewczynę swojego kumpla (wolałaś, dziwko, Szwaba, zamiast być z naszym kolegą, Polakiem), wywożą ją do lasu, gwałcą, a w końcu wloką na dyskotekę, gdzie bawi się ich kolega, odrzucony swojego czasu przez dziewczynę, i rzucają mu ją pod nogi jak skopanego psa. To był tylko epizod i wątek poboczny, akcja filmu toczy się dalej – ale o dziewczynie nie ma już mowy. Nie jest ważna, przecież to nie o nią tu chodzi, została tylko użyta, bo chłopaki musiały pokazać, jakie są zdeterminowane, silne, bezwzględne i męskie. Śmierć młodych bandytów została pokazana poetycko, patetycznie, pięknie, w feeriach rozpryskującego się szkła i klejnotów. Zgwałcona dziewczyna? A kogo to obchodzi, co z nią dalej było?

Chyba już wiem, dlaczego statystyczny Polak tak bardzo przysysa się do telewizora. Przecież telewizor bez przerwy kładzie mu do głowy, że on, mężczyzna, jest centrum wszechświata i że za natury rzeczy wszystko kręci się wokół niego. Podejrzewam, że statystyczna Polka, jeśli ma jakiś instynkt samozachowawczy, trzyma się od telewizji z daleka. Ewentualnie ogląda poczciwe seriale, które są najwyraźniej mniej mizoginiczne.

 

Komentarze  

 
#5 S. 2013-10-02 23:55
Horyzont osobisty nie równa się badaniu socjologicznemu na próbie reprezentatywne j i prezentującemu wyniki ilościowe, czy nawet etnograficznemu .
Cytować
 
 
#4 Małgorzata Stadnik 2013-10-02 19:50
Julio, mam znajomych z kręgów LGBT, wielbicieli Palikota, ludzi z wykształceniem od podstawowego do profesury, dresów, recydywistów, maniakalnych katoli, rzesze kibiców, fanów Rydzyka, kosmetyczki, mechaników, marynarzy, dyrektorów, freelancerki, matki, żony i kochanki i tak dalej, więc biorę pod uwagę szerokie horyzonty :)
Cytować
 
 
#3 Julia 2013-10-01 18:18
@Małgorzata
Moi znajomi w większości to ateiści o poglądach lewicowo-libera lnych i osoby LGBT, czy wobec tego mma z tego wyciągać wniosek, że to dotyczy całej Polski?
Cytować
 
 
#2 Małgorzata Stadnik 2013-10-01 16:23
Nie wierzę w te statystyki - zdecydowana większość moich znajomych nawet NIE MA telewizora, ponieważ uważają, że jest niepotrzebny. Moi rodzice też niewiele oglądają, u nas w domu lecą mecze, wiadomości i jeden program muzyczny, więc nijak to się nie przełoży na 4 h dziennie, nawet jeśli zliczyć całą czwórkę lokatorów do kupy.
Cytować
 
 
#1 Anna M. 2013-10-01 11:46
No, i smutno i straszno.
Jestem świeżo po lekturze „Pochodzenie kobiety” E. Morgan. I takie refleksje..
Ludzie to gatunek w okresie przejściowym, to naczelne budujące dominację przez popis. Samcze popisy mają wieloletnią (w milionach lat) tradycję.
Pytanie, co jest popisem, a co patologią.
Popis „zobacz jak ustawiłem swoją samicę, mogę się puszczać, a ona i tak mnie przyjmuje z otwartymi ramionami”; „zobacz jak spacyfikowałem samicę.”
Komu to imponuje ? Mnie nie. Dla mnie to patologia.
I chyba większość ludzi przyjmie w.w.(opisane w filmach), popisy z zniesmaczeniem, a nie z oklaskami i wiwatami.
Nie zostało mi przez popis udowodnione, że dany osobnik jest wart wysokiej pozycji w hierarchii stada.

A pod drugie, czy opozycja „my” i „oni”, coś buduje?
Zamiast się irytować, nie klaszczę. Nie ma nic gorszego, dla showmena, niż zimna publiczność.
Cytować
 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

fio

© 2022. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www