zadra-na-www

MATRONATY

Zapatrzeni w bicepsy
Beata Kozak   
15 czerwca 2013

Ot, taki sobie tekścik w „Wyborczej” z ostatnich dni maja – a jaki solidny ładunek socjobiologii. Jedna ósma strony, na której autor ładuje nam do głów wyświechtane półprawdy i zdezelowane teorie stworzenia świata, pochodzenia człowieka itp. Jak wiemy, świat i ludzi stworzył w ciągu sześciu dni starszy pan z białą brodą, a ludzie to w połowie płeć silna, racjonalna i twórcza oraz – niestety, no cóż, tak jakoś głupio wyszło, może dla kontrastu – druga płeć, zmajstrowana z kawałka kości tych pierwszych, głupiutka, histeryczna i z natury skłonna do życia z nosem w garach. Inna sfatygowana teoria, która wciąż jeszcze pokutuje w podręcznikach szkolnych, a nawet w „naukawych” programach telewizyjnych, mówi, że dzięki swojej sile fizycznej mężczyźni zawsze, od zarania dziejów, dominowali i rządzili, zapewniali wszystkim wkoło przetrwanie, polowali, budowali i w ogóle byli, są i będą alfą i omegą, podstawą rozwoju ludzkości.

W ten anachroniczny nurt myślowy wpisuje się jedna ósma strony, na której dziennikarz „Wyborczej” opowiada o najnowszych odkryciach i teoriach naukowców. „Dziesiątki tysięcy książek, miliony pomysłów, projektów i koncepcji. Idee inspirują, zapładniają wyobraźnię, zmieniają rzeczywistość. Kręcą światem. Co tydzień prezentujemy te, które nas uwiodły”. Co uwiodło dziennikarza „Wyborczej”?

Fragment artykułu zatytułowany „Karki rządzą” (dystans do przedstawianego tematu?) sprowadza się do socjobiologicznego przekonania, że światem zawsze rządzili mężczyźni, bo są silniejsi – i teraz, w dobie internetu, wirtualnej chmury i wideokonferencji, jest dokładnie tak samo. Bo to naturalne i niezmienne. Jest to logika zbliżona do antyfeministycznego pseudoargumentu, który mówi, że równouprawnienie kończy się w momencie, kiedy trzeba wnieść szafę na dziesiąte piętro. Otóż duńscy i kalifornijscy uczeni ruszyli na odsiecz tytułowym karkom i po zmierzeniu muskułów oraz przebadaniu społecznego i materialnego statusu kilkuset mężczyzn z Danii, Argentyny i Stanów, doszli do jakże przewidywalnego wniosku, że „tym silniejszym wiedzie się lepiej”. Według nich związek między dużymi rozmiarami ciała a agresją (która już od dawna jest w naszych ponowoczesnych społeczeństwach wartościowana pozytywnie) dowodzi wyraźnie, że wyrośnięte, muskularne samce mają lepsze szanse i świetnie sobie radzą nie tylko w dżungli i na bokserskim ringu, ale także w ministerstwach i świecie internetu. „Większa siła fizyczna „rozjątrza” cię do ostrzejszej walki o własne interesy. Jeśli jesteś większy i silniejszy od rywala, zwykle osiągasz swói cel bez konfrontacji”.

Rozejrzyjmy się. Czy światem rządzą napakowane karki z siłowni za rogiem? Zgodnie z przytoczonymi wnioskami z badań – powinny, bo przecież są duże i silne, wbiegłyby z szafą na dziesiąte piętro kurcgalopkiem, bez zadyszki, rycząc po drodze kibolskie przyśpiewki. Ale czy muskularni i żylaści dźwigacze ciężkich mebli, zatrudnieni na umowie śmieciowej przy przeprowadzkach, mają jakikolwiek wpływ na media, na parlamentarne obrady, uchwały, ustawy i inne decyzje? Raczej niewielki. A może taki wpływ mają potężni w barach ochroniarze z pobliskiego klubu nocnego albo z supermarketu? Raczej nie. Często są wynajęci do pracy przez cherlawego, średniego wzrostu właściciela dyskoteki, którego status społeczny i ekonomiczny jest zdecydowanie wyższy niż status jego umięśnionego i agresywnego ochroniarza. A wysoki, postawny, potężnie zbudowany policjant z pałką, pistoletem i kajdankami u boku, hełmem na głowie i tarczą z pleksiglasu – może to on rządzi? Tak na serio, nie na metrze kwadratowym chodnika, na którym jego przełożony kazał mu właśnie stać, tylko całościowo – czy rządzi w mieście, w państwie, w jakiejś ogólnoświatowej organizacji z Brukseli, Nowego Jorku albo Tokio? Oczywiście, że nie. O tym, czy będzie miał pracę, jaka to będzie praca, ile będzie musiał płacić podatku i za co, decydują osoby, które często są w podeszłym wieku, szczupłe lub otyłe, całymi dniami siedzą w fotelach w różnych parlamentach i innych wysokich urzędach, a siłę fizyczną mają taką, że ochroniarz lub inny wyrośnięty zawodnik mógłby kilka z nich wziąć na barana i pobiegać z nimi po ulicy. Mówi się na tych fizycznych słabeuszy – decydenci. O zgrozo, są to często kobiety, i to niekoniecznie bokserki, sztangistki lub robotnice-olbrzymki z gromadą dzieci na ramionach, lecz filigranowe, niewysokie panie w drogich kostiumach. Decydenci są często cherlawi. Niektórzy z nich mają za to na swoich masywnych biurkach urządzenie z atomowymi guzikami, a naciśnięcie jednego z tych guzików może zniszczyć cały świat. Ile fizycznej siły potrzeba do wyciągnięcia palca i naciśnięcia guzika?

„A jak to jest u kobiet?” – dziennikarz przypomina sobie kilka linijek przed końcem tekstu, że ludzkość składa się nie tylko z mężczyzn. „One rywalizują stosując inne, mniej bezpośrednie formy przemocy. To broń często groźniejsza od bicepsów”. Witaj, socjobiologio, jak nudno znowu cię widzieć. Kobiety to nie my, to „one”. No i jako one, jako element obcy w tej socjobiologciznej układance, stosują metody, które są oczywiście – jakże by inaczej – inne. Zastanawiające jest jednak, dlaczego to nie kobiety rządzą światem, skoro kobiece formy przemocy są groźniejsze od bicepsów? Wygląda na to, że cała prościutka konstrukcja panów naukowców rozpada się jak domek ze znaczonych kart. Nie tylko dlatego, że badania prowadzono na przedstawicielach trzech nacji, które niekoniecznie są reprezentatywne dla wszystkich mieszkańców i mieszkanek Ziemi, a mimo to uogólnia się ich wyniki i odnosi je do wszystkich. (Ciekawe, jak wypadłoby porównanie siły fizycznej i statusu ekonomiczno-społecznego Holenderek i mężczyzn z biednej chińskiej prowincji lub drobnych Wietnamczyków z dobrze odżywionymi, zdrowymi i wpływowymi Niemkami lub postawnymi kobietami z Senegalu, które rządzą w swoich wspólnotach.)

Czyżby więc to nie siła fizyczna, wysoki wzrost i agresja miały największe znaczenie dla rozwoju kultury i cywilizacji, tylko coś tak „niemęskiego”, niepatriarchalnego, niezwiązanego z bicepsami ani nawet tricepsami, jak altruizm, współpraca i pomaganie sobie nawzajem? A także fachowa wiedza w ważnej dziedzinie, elastyczność i kreatywność? W odniesieniu do pradawnych ludzi hasło brzmi „łowiectwo i zbieractwo”. Łowiectwo – czyli przysłowiowy mamut, na którego polowali podobno tylko mężczyźni, a zbieractwo - wspólne przeczesywanie łąk i lasów w poszukiwaniu jadalnych roślin. Wystarczy wyobrazić sobie ilość mamutów i ilość roślin na kilometrze kwadratowym, a następnie zestawić z tym omawiane „rewelacje” współczesnych socjobiologów, żeby dojść do prostego wniosku, że gloryfikacja pradawnego męskiego łowiectwa służy podtrzymaniu mitu o niezwykłej wadze fizycznej siły i agresji – przy całkowitym ignorowaniu podstawowego znaczenia wspólnoty i współpracy.

Czy niedługo dowiemy się, że naukowcy odkryli włos z brody Pana Boga albo ogryzek jabłka z raju? Jeśli nawet, to nie z nami takie numery.

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

fio

© 2022. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www