zadra-na-www

MATRONATY

Co widać w lustrze

Ewa Schilling, Lustro. Wybór opowiadań, Infopress, Kraków 1998.

Po drugiej stronie lustra

Kiedy kilka lat temu pisałam o nieobecności lesbijek w polskiej kulturze (mówimy o symbolicznym wymiarze obecności - wyjaśnienie dla tych, którzy bawili się wówczas wizją lesbijek w czapkach-niewidkach), nie przypuszczałam, że zacznie się to zmieniać tak szybko. Zbiór opowiadań Ewy Schilling zatytułowany Lustro jest jednym z głosów, które przerwały ciszę. Ma zatem swoje niezaprzeczalne plusy - jako jedna z pierwszych oryginalnie polskich prób literackiej artykulacji doświadczenia lesbijskiego i, co więcej, jako próba, która w pewnym stopniu uwzględnia perspektywę feministyczną (to już zupełna rzadkość). Poniekąd więc nie wypada się czepiać. Ale "słuszny" temat i najszczersze nawet chęci nie są jeszcze czarodziejską różdżką, zdolną ciąg powiązanych gramatycznie słów zamienić w tekst. Temat i chęci nie zastąpią literackiej alchemii, która przetwarza zapis doświadczenia w wypowiedź symboliczną. Doświadczenie Ewy Schilling nie dostąpiło utekstowienia, alchemia literatury pozostała dla niej niedostępna. Dlatego jej Lustro widzę w kategoriach artystycznej porażki.

Wymiary tej porażki wyznacza przede wszystkim jednokierunkowość wyobraźni, która zawsze, od czegokolwiek by zaczęła, dotrze w końcu do jednego, zawsze tego samego punktu: miłosnego spotkania dwóch kobiet (niby dobrze, a jednak źle). Dążąc do swego celu, wyobraźnia Ewy Schilling przebiega w pośpiechu niewyraźne ścieżki jakichś zdarzeń, jakichś losów, jakichś ludzi, przy których zatrzymuje się zaledwie na mgnienie sekundy, zbyt krótkie, by można było coś z nich zrozumieć, zapamiętać czy polubić. Pochłonięta swym biegiem do mety narratorka nie znajduje czasu na to, by zanurzyć się w język, by usłyszeć jego mowę i strukturę lub choćby pobyć przez chwilę wśród tworów własnej wyobraźni. Nie ma też czasu na to, by zrozumieć siebie w tym wszystkim; nie pyta siebie, co tu robi, w niecodziennej przestrzeni znaków; dlaczego i po co się w niej znalazła. Zapisana w jej opowiadaniach pogoń za ulubioną sceną przypomina strukturę narracji właściwą produkcji pornograficznej, gdzie również wszystkie drogi prowadzą - na skróty - do Rzymu. Nie szkodzi, że w odróżnieniu od pornografii tutaj mniej jest o seksie, a więcej o uczuciach, bo nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że właśnie z powodu zubożonej, jednokierunkowej wyobraźni zaczyna się robić śmiesznie, choć autorka tego nie planowała.

W opowiadaniu "Urodziłam się 26 września" niezamierzony komizm sięga zenitu. Główna bohaterka, Olga, jest mężatką. Z pierwszych zdań wynika, że poślubiła satrapę Andrzeja, którego bestialstwo polega na tym, że prześladuje swą żonę z powodu placków ziemniaczanych. Andrzej bowiem ich nie znosi. Do tak zarysowanej płaszczyzny konfliktu, która w dalszym ciągu stanie się osią polsko-rosyjskiego konfliktu kultur, dochodzą kolejne szczegóły, tym razem o znacznie bardziej ponurej wymowie, dające się streścić w sloganie "wróci w nastroju na seks". W tym miejscu (czyli już na pierwszej, drugiej stronie) zaczynamy rozumieć, że za chwilę (najdalej za dwie strony) musi pojawić się w życiu Olgi jakaś Bożena, Małgorzata czy Katarzyna. Zaczynamy też dopuszczać do świadomości natrętne pytanie, co też doprowadziło naszą młodą i wykształconą bohaterkę do tak żałosnej sytuacji, czyli do małżeństwa z Andrzejem, a raczej z jego karykaturą. Za parę stron Bożena istotnie się pojawia, zajeżdżając pod blok Olgi swoim polonezem (wieczny problem z akcesoriami z Lustra - czy to oznaki luksusu, czy raczej symbole kontestacji?). Jednak do końca nie poznamy motywacji kierujących Olgą, która o swoim małżeństwie mówi, że nie wie, jak to się stało. Równie nieprzekonujące są motywacje powodujące Olgą, gdy wiąże się z Bożeną (żeby było prościej, ta ostatnia wprowadziła się do mieszkania obok) i nagle uznaje, że rozwód z Andrzejem jednak jest możliwy, choć do tego czasu w prawodawstwie polskim jako żywo nic się nie zmieniło. Przejście Olgi z mieszkania do mieszkania, od Andrzeja do Bożeny, wygląda tak, jakby cielę zmieniło właściciela. Do tej pory reguły życia dyktował Oldze Andrzej, teraz robi to Bożena. W tej sytuacji nie ma znaczenia, jakie to reguły: czy odgórnie zadekretowane podporządkowanie, czy odgórnie zadekretowana równość, bo i tak z tej równości wyłazi nierówność. Taka nierówna relacja między kobietami, odbijająca strukturę patriarchalnego małżeństwa, często powtarza się u Ewy Schilling. I nikt nie zgadnie, czy to krytyka, idealizacja, czy proste odwzorowanie. Zdecydowanie zbyt wiele tych niezręczności jak na jedną pisarkę.

Niezrozumienie natury języka literackiego oraz braki warsztatowe całkowicie niweczą dające się zauważyć starania autorki o nadanie jej opowiadaniom wymiaru symbolicznego. Choćby tak pracowicie rozwijana, zwłaszcza w drugiej części zbioru, poetyka lustrzanych odbić, od której wzięła tytuł cała książka. Mniejsza o lustrzane konotacje, bo autorka nie wydaje się ich świadoma i nie przywiązuje większej wagi do narosłych znaczeń; z niczym też nie polemizuje. Fascynuje ją lustro jako takie, sam fakt przeglądania się w sobie dwóch kobiecych twarzy, lustrzane odbicia znanych kiedyś osób w osobach innych. Lustro to ustawione jest między dwoma światami, między życiem i śmiercią, między jawą i snem; łączy ze sobą odległe epoki i miejsca, a także bliskie sobie, choć nieznane osoby. Jest w tym pewien pomysł, tylko że autorka podaje nam go w dziesięciu podobnych do siebie odsłonach, z których każda następna jest bardziej irytująca od poprzedniej. Gdziekolwiek i kiedykolwiek toczyłaby się akcja opowiadania (a wybór scenerii jest w tej książce naprawdę duży), wiemy jedno: zaraz pojawi się druga kobieta i będą się w sobie przeglądać. Czytając Lustro myślałam z nostalgią o literaturze, która odkrywa i zaskakuje, a nie powtarza bez końca ten sam motyw. Chyba że motyw ten stanie się artystyczną obsesją, ale lustrzaność w Lustrze jest jak na obsesję trochę za mało głęboka. Nadaje się za to świetnie na oręż dla homofobów, którzy dzięki Ewie Schilling będą mogli umocnić się w przekonaniu, że homoseksualizm jest odwrotną stroną narcyzmu.

Alicjo, czy nigdy nie byłaś ciekawa, co jest po drugiej stronie lustra? Czy nie myślałaś, żeby wyzwolić swą wyobraźnię i uczuciowość, by wypłynęły na szerokie wody i zaczerpnęły powietrza? Trzeba pisać literaturę, a nie literaturę wykluczenia. Aby zarówno same lesbijki, jak i problematyka lesbijska znalazły swoje miejsce w kulturze, potrzebna jest wewnętrzna przestrzeń wolności - również wolności od b y c i a lesbijką. Zwłaszcza dla pisarki jest to rzecz podstawowa. Potem można już czytać, czytać, czytać. A jeszcze później być może coś napisać

 

fio

© 2022. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www