zadra-na-www

MATRONATY

Czas płomieni

Sara Maitland jest znaną pisarką brytyjską, związaną z ruchem kobiecym. Publikuje powieści i opowiadania, których tematem są przeżycia i koleje losu kobiet. Jest też autorką wydanej w roku 1983 książki A Map of the New Country, w której opisała relację między feminizmem a chrześcijaństwem

W długie zimowe wieczory dom staje się nie do zniesienia. Jest zbyt ciasny, zbyt zadymiony i zbyt pełen moich mężczyzn, mojego męża i synów. Ich ciała zdają się olbrzymie; kiedyś spojrzałam na nogi jednego z chłopców, ciągnące się, jak mi się nagle wydało, przez pół izby, i pomyślałam, że kiedyś były podwinięte wewnątrz mnie - i zrobiło mi się niedobrze. Kiedy zaczynam mieć takie myśli, muszę wyjść.

Zazwyczaj chodzę do kościoła. Dziś wieczór jest mi zimno, gdy idę przez wieś, złe tchnienia wiatru dopadają mnie i kąsają po kostkach. Ale zimno precyzyjnie określa każde załamanie mojej skóry, tak że czuję krawędzie, granice mojego ciała, i dzięki temu jestem sama.

W kościele panuje cisza. Ogromny krucyfiks, cierpienie, złamany bólem Jezus zawieszony wysoko ponad stopniami prezbiterium ginie w ciemności, jego agonia miłosiernie niewidoczna. A jednak są dwa zródła światła. W oddali, wysoko na ołtarzu, miga płomyk tabernakulum; on zawsze tam jest, patrzy, czeka, słucha, i nie możemy przed nim uciec. Tu nisko, znacznie bliżej, jest Dziewica, pani ukoronowana słońcem, lśniąca światłem świec zapalonych przez kobiety takie jak ja. Klękam u jej stóp. "Matko, matko, Święta Mario Matko Boża, pomóż mi, błagam, matko". Ale gdy wymawiam te słowa, przychodzą łzy, i kiedy spoglądam na nią przez łzy i płomienie świec, wydaje mi się, że płonie, języki ognia liżą jej bose stopy. Ona płonie, uśmiecha się, płonie i zaczynam krzyczeć.

Głośno. Matko droga, spraw, żeby nikt nie usłyszał. Ale ona nie wysłucha mojej modlitwy, 

bo spaliłam własną matkę. Zdradziłam ją i spłonęła, a ja tańczyłam wokół stosu. Widziała mnie, zrozumiała i przebaczyła. A więc nie mogę sobie przebaczyć. 

I nie mogę wyznać tego grzechu, bo mnie też spalą. Będą mnie torturować i złamią mnie tak jak ją. Potem mnie spalą.

Kościół jest pusty, tym razem. Jest tu tylko ona i ja. Matka i córka. Jak przedtem.

Figura Dziewicy jest z malowanego drewna. Trzyma syna trochę niezgrabnie - tak mi się wydaje, w końcu nosiłam na rękach trójkę własnych. Przypadkowe pochylenie tej pogodnej głowy 

i wypadłby z jej ramion; powinna opuścić go niżej, by siedział okrakiem na jej biodrze, tak jak nauczyła mnie moja teściowa, jak uczy się każda matka. Staram się myśleć tylko o tym, o niebezpieczeństwie, jakie grozi Synowi Bożemu w jej objęciach; i o tym, jak łatwo jest dziecku wypaść nawet z najbardziej kochających ramion. Ale krzyk nie ustaje, i podczas gdy pozornie pogrążona jestem w modlitwie, płaczę i wspominam.

To było daleko na południe stąd, w znacznie przyjemniejszej dolinie. Potem przeniosłam się na północ. Mój dawny proboszcz pomógł mi znaleźć nowe miejsce; najpierw pracowałam u jego przyjaciela, który jest tutejszym księdzem. To wyglądało na rozsądne rozwiązanie. Oczywiście nikt nie wiedział, co zrobiłam, ale zapewne byliby zadowoleni, nawet gdyby wiedzieli. Jednak nasz proboszcz chciał, abym odeszła, bo córka czarownicy jest zawsze w niebezpieczeństwie. W małej wiosce ludzie mają dobrą pamięć. Następnym razem to możesz być ty.

Nie chcę o tym pamiętać; nie chcę też pamiętać wypełnionej dymem chaty, tych ogromnych, wymagających mężczyzn ani tego, że czuję się zawsze obca, na obcej ziemi. Jest bardzo niewiele rzeczy 

w moim życiu, które chcę pamiętać, ale chociaż koncentruję się na niepewnym ułożeniu dziecka i powtarzanym łańcuchu modlitw, nie mogę zapomnieć, że w myślach widziałam ją płonącą, widziałam płomienie stosu, a jej oczy wydały mi się oczyma mojej matki. 

Czasami próbowałam znaleźć usprawiedliwienie tego, co jej zrobiłam. To, co ona zrobiła, było obrazą Pana Boga. To był ostateczny grzech - tak okropny, że nie wymieniano go nawet w kościele, gdzie każdy wyobrażalny i niewyobrażalny grzech był wymieniany. Grzech tak ciężki, że nawet nie wiedziałam, że to grzech. Bóg chciałby, żeby spłonęła. Ale nie usprawiedliwiam się już więcej, bo nawet gdyby tak było naprawdę, to nie dlatego to zrobiłam, nie dla większej chwały Bożej. Nie, wcale nie.

Wymazałam to z pamięci, ale widzicie, to wraca. Wraca, gdy najmniej się tego spodziewam, gdy myślę, że jestem bezpieczna, jak tutaj, modląc się w kościele, najpobożniej, spoglądam w górę i widzę płomienie i moją własną matkę w ogniu. 

Ona często wydawała się płonąć, moja matka. Było w niej coś nieokiełznanego. Śmiała się 

ze wszystkich i z siebie. Jej włosy były wielką masą splątanych kędziorów i nie miała zwyczaju ich przygładzać. Była wdową - tak mówiono, chociaż jako dziecko słyszałam też co innego, jak to się dzieciom zdarza. Nie pochodziła z tamtej wsi, ale z innej, bardziej na zachód, od strony gór. Nigdy nie mówiła o swoim dzieciństwie ani o tym, kim i gdzie wcześniej była. Była koronczarką; bardzo zręczną koronczarką, i kochała tę pracę. Nasza chata nie była utrzymywana w czystości, to jej nie obchodziło, mojej matki - nie tak jak mnie, która walczę z dymem i długimi zabłoconymi nogami, i skąpą, zagraconą przestrzenią, aby utrzymać mój dom w czystości; która nie kładę się w nocy - pomimo że mąż woła mnie do łóżka - aby czyścić, polerować, szorować. Potrzebuję, aby dom był czysty i uporządkowany, nie to co moja matka, która podnosiła ładne przedmioty jak dziecko i zostawiała je dookoła, aż pokrywały się błotem i kurzem. Tylko jeden kąt izby był czysty i to właśnie tam mieścił się jej warsztat; jej poduszka do wyrobu koronek, z setkami drobnych szpilek lśniących jak klejnoty, a wokół nich lniane nici, wybielone i związane w węzły, które były siećmi pajęczymi, kwiatami, wieńcami i obrazami wyrastającymi magicznie znikąd; z poduszki zwisały lśniące orzechy, błyszczące kamienie i polerowane kościane klocki. To piękna rzecz, dobrze używana poduszka do wyrobu koronek, a ona była bez wątpienia najlepszą koronczarką, jaką znałam. Tu na północy nie wyrabiają zbyt dużej ilości koronek; jedną z niewielu rzeczy, które przywiozłam ze sobą, ponieważ wiedziałam, że za nic nie chciałaby, żeby zginęła, był welon, który zrobiła mi do pierwszej komunii. Cała wieś mi go zazdrościła, z jego świętą hostią i różami, kwiatami jabłoni i małymi fiołkami. Może to był właśnie początek naszych kłopotów, bo właśnie wtedy ludzie zaczęli mówić, że to nie przystoi, żeby biedna wdowa, jeśli rzeczywiście była wdową, wystawiała swoją córkę na pokaz w koronkach jak jakąś damę, na oczach całej wsi. Kobiety jej nie lubiły, bo nie dbała o to, co mówią, i rzadko z nimi plotkowała. Czasem wieczorami mężczyźni przychodzili do naszej chaty, chcąc albo ją pocałować, albo się z nią ożenić i zabrać jej śliczną poduszkę i pieniądze, które zarabiała, do własnych domów. Ale ona nie pozwoliłaby na to, śmiała im się prosto w twarz. Mężczyźni też jej nie lubili, bo śmiała się z nich i lekceważyła. 

Aby robić koronki, trzeba mieć bardzo dobre oświetlenie; toteż nie pracowała przez wiele godzin dziennie, choć było jeszcze oczywiście przędzenie, płukanie i zbieranie lnu; ale gdy podrosłam, dużo jej w tym pomagałam. Jednak kiedy nie pracowała, wczesnym rankiem i o zmierzchu, wychodziłyśmy śpiewając na pola, i ludzie uważali to za swawolę, ponieważ musieli codziennie na tych polach pracować. Teraz wiem, jaka to ciężka praca być rolnikiem, ale wtedy oczywiście nie wiedziałam; wiedziałam tylko, że chodziłyśmy śmiejąc się i śpiewając, podczas gdy inni pracowali i narzekali.

Umiała też opowiadać historie, moja matka. Pamiętam to. Kiedy próbowałam opowiadać je moim synom, wychodziły niezdarne i bez polotu. Nie wiem, gdzie robiłam błąd, poza tym, że dla niej ich opowiadanie było radością. Opowiadała mi je dla swojej własnej radości i dla mojej, jeśli chciałam z nią tę radość dzielić, podczas gdy ja opowiadałam, żeby uspokoić chłopców, gdy nie mogłam już dłużej znieść ich wrzasków; to pewnie co innego niż opowiadać z radosnym zamiłowaniem. Czasami, gdy byłam mała, inne dzieci też przychodziły słuchać, a w słoneczne wieczory między sianokosami a żniwami przychodzili nawet dorośli, i matka śpiewała i opowiadała historie. Wtedy na chwilę zapominali, że jej nie lubią, tak bardzo im się podobały jej opowieści.

Może przedstawiam ją jako kobietę łagodną i ustępliwą. Nie była taka. Wszystko, co dotąd 

o niej powiedziałam, to prawda, ale była też twarda i zawzięta. Zanim skończyłam osiem lat, przędłam dla niej, i nie tolerowała nawet najdrobniejszej skazy we włóknach; mówiła, że to obraza dla niej, dla jej pracy i dla mnie samej. Przędzenie lnu rani palce, nie tak jak przędzenie wełny, które przychodzi mi teraz łatwo i bez skupienia, gdy wykonuję swą codzienną pracę. Nigdy nie przędłam lnu odkąd... umarła.

W mojej własnej głowie dochodzę do tego z takim ociąganiem, tak powoli. Tylko myśl o tym, jak ciasno i głośno byłoby teraz w chacie, i że każdy z nich chciałby czegoś ode mnie, w ogóle mnie tutaj trzyma. Nie mogę przerwać modlitwy. To jedyne miejsce wytchnienia. Ale tutaj, u stóp Matki, nie mogę się oprzeć wspomnieniom, a one wszystkie wiodą do tego samego punktu, do tańca płomieni i mnie tańczącej. "Tańcz, na Boga, tańcz" - powiedział stary proboszcz, który, jak myślę, zawsze nam dobrze życzył - "tańcz i uśmiechaj się albo ciebie też spalą". Nie wiedział, co zrobiłam, ale myślę, że naprawdę szanował moją matkę; ta opieka nade mną, najlepsza, na jaką mógł się zdobyć, była dla niej. I "tańcz" - nalegał wzrokiem i dłonią, stojąc jak najdalej od nich. Spojrzałam na moją matkę i całe to gorąco 

i nienawiść znikły, i wiedziałam, że ona wie i rozumie i chce, żebym tańczyła i uśmiechała się i nie spłonęła. Stawałam się kobietą. Gdy pływałyśmy w rozlewiskach strumienia, matka żartowała z mojego nowego ciała, nie złośliwie, z uczuciem, ale z dzieci w tym wieku nie trzeba żartować. Nawet moich synów chroniłam przed docinkami ich ojca i braci, gdy byli w tym wieku. Matka i ja byłyśmy zawsze razem. Ponieważ ludzie we wsi byli niepewni w stosunku do niej, byli też niepewni w stosunku do mnie. Byłam więc trochę odcięta, trochę na uboczu i nie miałam przyjaciółki. Ale nie czułam takiej potrzeby ani nie uważałam tego za stratę, bo miałam ją, moją matkę, i ona czyniła mnie szczęśliwą.

Wtedy przyszła Margaret. Wkroczyła do wsi drogą na zachód, z tobołkiem przerzuconym przez ramię. Mówią, że zatrzymała się na dziedzińcu i węszyła jak pies. Mówią, że trzy razy obróciła się wkoło i kreśliła znaki na ziemi lewą stopą. Mówią, że wpatrywała się w starego Szymona z zamkniętym prawym okiem. Ale to było później, gdy byli już skłonni opowiadać cokolwiek. No i w końcu poszła do domu księdza i zapukała grzecznie do drzwi, a on wyszedł do niej i uprzejmie z nią rozmawiał, to każdy przyzna. A więc skierowana, jak można uczciwie przyjąć, przez niego, a nie przez żadną inną siłę, poszła z powrotem przez dziedziniec, przecięła cień kościelnej wieży i zeszła dróżką do naszego domu. To było ciepłe letnie popołudnie i matka siedziała na progu, aby pracować w łagodnym świetle słonecznym, a jej ręce były jak motyle na jej poduszce. Ja byłam koło domu, przewracając schnący len, i śpiewałyśmy razem, jak robiłyśmy to często. Nagle śpiew mojej matki ustał i wydała cichy okrzyk. Gdy się odwróciłam, jej poduszka do wyrobu koronek toczyła się po ziemi, wraz z rozwijającymi się nićmi, poplątanymi klockami i szpilkami pogiętymi wśród brudnej, poplamionej koronki. Moja matka biegła ścieżką pod górę i obejmowała obcą kobietę.

Wróciły razem do chaty, objęte wpół, i razem weszły do środka. W milczeniu podniosłam poduszkę, spróbowałam doprowadzić ją do porządku, a potem powoli poszłam za nimi. Stały tam, całkiem spokojnie, nic nie mówiąc, opierając sobie nawzajem dłonie na ramionach, uśmiechnięte. Nie zwracały na mnie uwagi.

Stałam w drzwiach, zakłopotana. Wreszcie się odwróciły; moja matka o szalonych, błyszczących oczach i Margaret, przyjaciółka, jak mówiono, z jej rodzinnej wsi, z czasów dzieciństwa. Margaret zdjęła swój kaptur i te dziwne rudawe loki, dość krótkie nad jej czołem, wymknęły się spod kontroli jak zawsze. Uśmiechnęła się do mnie słodko jak blask słońca, i tak się zaczęło. 

Tutaj w cichym kościele, w jego chłodzie i spokoju, naprawdę nie pamiętam szaleństwa tamtych kilku miesięcy. To właśnie tej chłodnej ciszy pragnę teraz, nie tamtego szalonego, rozgorączkowanego, triumfującego, strasznego czasu. Matka nie robiła koronek, ale wstawała o świcie, rozśpiewana. Kazała mi wykonywać moją pracę, ale nigdy nie zwracała na mnie uwagi. Przynajmniej tak mi się wydawało. Nadeszły żniwa i jak co roku wynajęłam się do pomocy w zamian za ziarno, którego nie uprawiałyśmy. Nienawidziłam wychodzić w bladym świetle poranka i zostawiać je razem, ale nie wiedziałam, czego właściwie w tym nienawidziłam. Chciałam odzyskać moją matkę, ale nie chodziło tylko o to, bo Margaret... ach, Margaret, Margaret. Ta radość, ten zachwyt, jaki we mnie budziła. Miała pełne, krągłe piersi, a pomiędzy nimi głęboką dolinę, wypełnioną obietnicami, których nawet nie odgadywałam. Nie była podobna do mnie i mojej matki, drobnych, żwawych kobiet; była wysoka, duża, ale nie ociężała; gdy chodziła, a zwłaszcza gdy zamiatała, obserwowałam rytm całego jej ciała i nie wiedziałam, co właściwie wydawało mi się w nim tak bez reszty ujmujące. Śpiewała razem z moją matką, a mój własny śpiew brzmiał przy nich jak dziecięce popiskiwanie. Podnosiła ładne drobiazgi, które moja matka przynosiła do domu, kwiaty, kamienie, stare pióra, i samym swym spokojnym spojrzeniem zmieniała je z ładnych w piękne. Chciałam, żeby odeszła i zostawiła nas w naszej dawnej bliskości i poczuciu bezpieczeństwa. Chciałam, żeby została, została przy mnie. W ciągu dnia chodziłam za nią jak szczeniak i tak mnie też traktowała, nie szczędząc niedbałych klepnięć i czułych gestów, roześmiana i szczęśliwa, że ją zabawiam. W nocy wielkie łóżko wydawało się za małe dla nas trzech; jeśli moja noga dotknęła jej nogi, czy nawet jej pomiętej nocnej koszuli, budziłam się natychmiast, świadoma każdego cala mojej skóry; a jednak nie wiedziałam, dlaczego tak było i czy lubiłam to, czy też nienawidziłam. Przestałam sypiać w łóżku, wymykałam się stamtąd i kładłam obok paleniska, ale tam też nie spałam lepiej, łowiąc uchem każde jej poruszenie, zlękniona i podniecona. Margaret dzieliła z moją matką jakiś sekretny żarcik, który je rośmieszał, a mnie doprowadzał do szaleństwa, bo nie wiedziałam, co to było. 

Tak więc cierpiałam, źle spałam, chichotałam, dąsałam się i tęskniłam tęsknotą, której nie umiałam nazwać. Uważałam, że traktują mnie jak dziecko, którym już nie byłam. Pragnęłam być dzieckiem, siadać im na kolanach, każdej z nich lub obydwu naraz, i być pieszczona, poklepywana 

i głaskana jak dziecko. Gdy pływałyśmy razem, ukradkiem obserwowałam moją matkę, nie chcąc, żeby dotknęła mokrego, gładkiego ciała Margaret. Nie chciałam, żeby Margaret śledziła wzrokiem rybią zwinność mojej matki, chciałam, żeby obie patrzyły na mnie. Ale jeśli patrzyły, wstydziłam się mojego ciała, które wydawało się brzydkie, niezdarne, dziecinne, chociaż zakłócało mój sen i budziło chaos 

w moim sercu. A jednak nie był to smutny czas - był złoty i roześmiany, radosny i pełen zamieszania. 

Po żniwach jak zwykle przyszedł człowiek skupujący koronki. Kupował koronki mojej matki, oglądał też wyroby innych koronczarek z okolicy. Ceny były uzgadniane między nim a matką 

w obecności proboszcza, i zwykle matka wracała do domu rozpromieniona z dumy i satysfakcji. Człowiek skupujący koronki przynosił ze sobą wieści ze świata; matka miewała wtedy mnóstwo nowych historii do opowiadania i była w świetnym humorze. Ale tym razem wróciła z transakcji jakby zaniepokojona. Myślałam, że to dlatego, iż niewiele pracowała od przybycia Margaret, ale nie o to chodziło. Dostała dobrą zapłatę za to, co zrobiła, i poproszono ją o więcej. Udawałam, że śpię, bo wiedziałam, że matka 

i Margaret będą rozmawiać; zamknęłam oczy i słuchałam.

Miała nadejść Inkwizycja.

Nie było ich w naszej wsi, odkąd się urodziłam. Myślałam jak dziecko, że to brzmi ekscytująco, ogień i bezlitosne łowy, ku chwale Jezusa Chrystusa. Zerkałam zmrużonymi oczyma, czekając na więcej. 

Ale moja matka i Margaret wyglądały jak staruszki, skulone nad paleniskiem, pomrukując, pomniejszone przez ciemność i cienie, skurczone strachem.

- Możemy odejść - powiedziała Margaret.

- Już nie - rzekła moja matka - już nie, nie zniosę tego.

- Ja odejdę - powiedziała Margaret, i chciałam krzyknąć, żeby ją zatrzymać. - Nic ci nie grozi, jeśli odejdę.

- Nie wiem, nie wiem.

Zamknęłam oczy. Nie chciałam patrzeć. Moja matka bliska płaczu, pokonana, przestraszona.

Następne dni wydawały się pozbawione blasku. Margaret nie odeszła. Nie mówiła więcej 

o odejściu, ale jakaś jasność opuściła je obie, i opuściła mnie. Chciałam, żeby mi powiedziały, co się dzieje. Chciałam, żeby dostrzegły ten cień, jaki na mnie rzucają, ale one patrzyły tylko na siebie, przerażonym wzrokiem. Chciałam sprawić, by były znów bezpieczne i roześmiane, ale nie mogłam.

Inkwizycja nadeszła. Wezwano wszystkich na Mszę i piękny mężczyzna o bladej, rozpłomienionej twarzy wygłosił do nas kazanie o grożącym piekle i niebezpieczeństwach czarnej magii, błagając, abyśmy wydali nasze czarownice, oczyścili naszą społeczność, sławili Pana Jezusa i pomnożyli chwałę aniołów. Pamiętam, jak myślałam, że chciałabym znać jakąś czarownicę, aby móc wydać ją 

w jego ręce i zostać pobłogosławiona jego uśmiechem i Bożą radością. Po Mszy była uczta dla Inkwizytorów naszego Pana Biskupa, którzy porzucili swe spokojne miejskie życie dla naszej ochrony 

i wstąpili na niebezpieczne drogi, aby odpędzić siły Szatana. To była wspaniała uczta, i gdy Margaret 

z moją matką poszły do domu, zostałam na dziedzińcu.

Rozpalono tam ognisko i tańczyliśmy wokół niego, my młodzi mieszkańcy wioski, podekscytowani kazaniem, które usłyszeliśmy, i obecnością obcych. Na początku nie zauważyłam, 

że coś się zmieniło. Potem poczułam to; gdy próbowałam dołączyć do którejś z grupek rozmawiających ludzi, ludzi których znałam przez całe życie, odsuwali się ode mnie. Tam, dokąd się zbliżałam, 

panowała cisza, i to mnie zaniepokoiło. Wtedy przyszedł proboszcz, wziął mnie za rękę i mówił do mnie, i wydawało mi się, że cała wieś nas słucha, a także ci wspaniali klerycy na swym podwyższeniu. 

Ksiądz mówił dziwnie, głośno, z niezwykłą serdecznością. I nagle poczułam, że bardzo się boję.

Gdy pozwolił mi odejść, odwróciłam się, aby opuścić dziedziniec, bo teraz chciałam być w domu. Ludzie rozstąpili się, abym mogła przejść, i gdy doszłam do rogu, gdzie nasza dróżka stykała się z dziedzińcem, usłyszałam bezcielesny głos, niczyj głos, wołający "diabelski pomiot", i zaczęłam biec.

Biegłam w dół ścieżki, przerażona. Biegłam w dół ścieżki najszybciej jak mogłam, bo potrzebowałam mojej matki. Wbiegłam do domu w poszukiwaniu jej ramion. Matka leżała na łóżku z Margaret i nie miały na sobie ubrań, i ich nogi, korpusy, ramiona, twarze były splecione ze sobą 

w ruchu, gwałtownym i dojmująco pięknym. Gdy zobaczyłam pośladki Margaret w świetle padającym przez próg, zobaczyłam, jak się unoszą i opadają, zobaczyłam silną, drobną, motylą dłoń mojej matki wyciągniętą ponad nimi, rozwartą, obejmującą ją, wtedy zrozumiałam, za czym tęskniłam. Gdy usłyszałam, jak moja matka jęczy cicho, zrozumiałam, czego chciałam. Chciałam dotykać Margaret 

w ten sposób. Chciałam tak jęczeć. Chciałam i wiedziałam od miesięcy, nie wiedząc, czego chcę. Przykucnęłam chwytając się za brzuch w szaleństwie pożądania. Obserwowałam je aż do wspaniałego końca, Margaret klęczącą triumfalnie nad moją matką, i moją matkę jęczącą i roześmianą, machającą nogami swobodnie, w zapamiętaniu, zarzucającą ramiona na szyję Margaret, aby przyciągnąć jej dumną głowę do piersi, gdzie, jak mi się wydawało, tylko ja kiedykolwiek leżałam. Odebrały mi to. Margaret odebrała mi moją matkę, moja matka odebrała mi Margaret. Na moich oczach, śmiejąc się ze mnie, w obliczu mojej tęsknoty, którą wyśmiały. Albo nie wyśmiały, bo nawet nie zauważyły w gorączce miłości do siebie nawzajem. Na czworakach wypełzłam za drzwi, na ścieżkę, a one, otulone swym własnym pięknem i namiętnością, nawet nie słyszały, jak wchodzę i wychodzę.

Przez chwilę leżałam zwinięta, sięgając palcami tak jak one sięgały ku sobie nawzajem, niepewna, czego szukam, a potem znajdując to i nienawidząc tego, i kochając to, i nienawidząc ich, nienawidząc ich, nienawidząc ich.

Potem wstałam, nienawidząc siebie za tę żądzę, nienawidząc ich za to, że ją we mnie wzbudziły, wygładziłam spódnicę, ułożyłam moją dziką nienawiść w skromny uśmiech i poszłam z powrotem w górę ścieżki, płonąc, płonąc od widoku ich podniecenia i niemożności przeżycia tego, co stało się ich udziałem. Przeszłam przez dziedziniec i skrzypek przestał grać, a wtedy w ciszy, wobec tych wszystkich ludzi, wydałam moją matkę jako czarownicę. 

Blady Inkwizytor powiedział, że jestem grzeczną dziewczynką.

Gdy poszli je schwytać, Margaret już nie było. Więc musieli się zadowolić moją matką.

Spalili ją.

Torturowali ją też i zgwałcili ją, i złamali. Przez najbliższe dwie noce słyszeliśmy, jak krzyczała. I bałam się. Bałam się, że mnie wyda i że spłonę. Bałam się, że tego nie zrobi i będę musiała żyć. Gdy wyprowadzili ją wreszcie, było widać, co jej zrobili. Powiedziała im, że ona i Margaret wylatywały przez okno w nocy i pieprzyły się z Diabłem. Powiedziała, że ona i Margaret całowały odbyt Diabła, i że używały jego ekskrementów, aby pozbawiać mężczyzn potencji. Powiedziała, że Margaret stała się niewidzialna dzięki zaklęciom, aby uniknąć sprawiedliwej kary. Powiedziała nawet, że Diabeł robił za nią jej koronki, sieć do chwytania chrześcijańskich dusz, i że przebijała te dusze swymi szpilkami i obciążała je swymi klockami, dusze niemowląt, które właśnie ochrzczono, i że całe jej koronczarstwo było złudą i iluzją. W końcu nie mogła już ustać na nogach, ale nie wydała mnie, chociaż chcieli, żeby to zrobiła. Powiedziała, że jestem niewinna. A kiedy rozpalili ogień i płomienie skoczyły w górę, i nasz proboszcz powiedział mi, żebym tańczyła, i tańczyłam, uśmiechała się do mnie. Wciąż się do mnie uśmiechała, dopóki nie zaczęła krzyczeć. Tylko dwoje ludzi się uśmiechało, chociaż dziedziniec był wypełniony: moja matka i główny Inkwizytor, którego blada twarz jaśniała promienną radością.

Wtedy spalili też trzy inne kobiety z okolicy. Nie znałam ich, nie uśmiechałam się. Zdradziłam moją matkę, bo moje złe pragnienia zdradziły mnie. Ale na łóżku, dłoń mojej matki na pośladku Margaret, wyciągnięta, z rozpostartymi palcami, to nie było złe. To było piękne.

Nic innego w moim życiu nie było piękne. Proboszcz pomógł mi przenieść się tutaj. Potem nastał dla mnie dziwny czas i nie mogłam patrzeć na ogień. Martwił się, że wrócą po mnie. Więc przyszłam tutaj i pracowałam u jego przyjaciela, dopóki mój mąż nie zapragnął się ze mną ożenić. 

Jest dobrym, bezpośrednim człowiekiem, szanują go. To wydawało się najpewniejsze, jak bezpieczne miejsce, możliwie najdalej od wszelkich płomieni. On się nie przejmuje moimi powtarzającymi się co 

jakiś czas koszmarami sennymi. Nigdy nie zadaje pytań. Dopóki spełniam wszystkie moje obowiązki, nie sądzę, czy cokolwiek go obchodzi.

Mam trzech synów, ale cieszę się, że nie mam córek. Mogłabym pokochać córkę.

Mówią, że lepiej wyjść za mąż niż spłonąć, ale myślę, że to naprawdę niewielka różnica.

tłum. Iwona Smarzewska

 

fio

© 2022. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www