zadra-na-www

MATRONATY

Czy mężczyzna może być feministą?

Nie jest to bynajmniej pytanie niedorzeczne ani paradoksalne. Postaram się uzasadnić, że to sensowne i pożądane, gdy mężczyzna określa siebie jako feministę. 

Spróbuję to wykazać zaczynając od pojęcia feminizmu. Nie podpisując się pod każdą odmianą feminizmu, ale też nie chcąc zostawić pola możliwym nieporozumieniom, określę to pojęcie feminizmu, które jest dla mnie sympatyczne i bliskie. Takie, w którym feminista nie jest kwadratowym kołem ani chimerą.

Jakie są zasady tego feminizmu? Teoretyczną nadbudową poglądu, jaki chciałbym tu nakreślić, mógłby być ironiczny liberalizm Richarda Rorty'ego. Tytuł jego najpopularniejszej chyba pracy Przygodność, ironia i solidarność jest także najkrótszą charakterystyką jego sposobu myślenia.Opierając się na tych trzech słowach jak na filarach, chciałbym przerzucić most między filozofią a feminizmem, teorią a życiem.

Przygodność tutaj przywoływana jest przygodnością samego człowieka. To, co tworzy każdą jednostkę, nie jest jej dane z góry jako "natura", "dusza" czy coś jeszcze innego. W ciągu życia każdy kształtuje siebie jako indywidualność. Nie jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, bo tacy właśnie musieliśmy być - ale dlatego, że moglibyśmy być z równym powodzeniem inni, choć tak się nie stało. To "przypadki" nas ukształtowały. One też wciąż nas kształtują, póki żyjemy. I żadna nasza prawda, ani też prawda o nas nie jest absolutna. To, co uważaliśmy za słuszne mając lat piętnaście czy dwadzieścia, może już nie być takie w wieku lat czterdziestu, a i te późniejsze prawdy coś może zamazać. Nie znaczy to jednak, że nie możemy poszukiwać własnych prawd (ale właśnie własnych), ani też, że nie powinniśmy tego czynić. Wręcz przeciwnie. Jest tu zachęta do poszukiwań, bezustannych i nie mających granic, choć nigdy nie możemy wiedzieć na pewno, co nam przyniesie kolejny dzień. Jeżeli więc powiemy o sobie: "Teraz jestem taki, jutro mogę być inny", nie sposób brać siebie ze śmiertelną powagą. 

Pojawia się ironia. Nie ta potoczna jednak, związana ze złośliwością czy nawet wzgardliwością, ale dystans. Pogodny dystans - dlaczego nie? - względem własnych prawd, względem własnej osoby oraz ról przez siebie pełnionych, "Teraz jestem taki i takie rzeczy czynię, ale pewno mógłbym być kimś innym i inne rzeczy czynić". Nie mogę mówić o swoich przekonaniach, że są lepsze niż inne, bo są przygodne. Nie mogę nikomu ich narzucać, bo jaką racją miałbym je uzasadnić? Nie ma metafizycznej miary co do przekonań.

Może się tu pojawić wątpliwość: jeżeli nie można powiedzieć, że stosunki patriarchalne są gorsze czy lepsze, bo nie ma absolutnej prawdy, względem której można by to oceniać, w jaki sposób je zmienić, jaka jest w ogóle możliwość jakichkolwiek zmian? Jeżeli nie możemy wiedzieć, co jest bardziej czy mniej prawdziwe, nie możemy też ŹĄDAĆ zmiany, bo wtedy sami stajemy w obronie jedynej prawdy.

To, co możemy zrobić, to być wrażliwymi na cierpienie. Zdolność współczucia w bólu może być wyjściem z impasu. Wiele kobiet w kulturze patriarchalnej cierpi nie mogąc realizować swoich dążeń i aspiracji. Jest to punkt upoważniający mnie do prób zmiany tej sytuacji.. Solidaryzując się z dyskryminowanymi mogę próbować im pomóc przez zmianę warunków wpływających na ich sytuację.

Feminizm, przy którym obstaję, nie jest feminizmem walki ani feminizmem ofiary. W tych wariantach myśli kobiecej zawarte jest silne dążenie do zmiany przez odwoływanie się do domniemanych cech natury kobiecej jako bardziej wartościowych lub oferujących bardziej wartościowy porządek świata. Czy istnieje kobiecość, która jest lepsza od męskości? Tego nie wiem. Czy matriarchat zamiast patriarchatu byłby czymś lepszym, czy byłby jedynie odwróceniem obecnej sytuacji przymusu? Nie jest mi miła perspektywa poddania się jakiemukolwiek dyktatowi. Zarówno sytuacja, kiedy kobiety są poddawane przemocy, jak i ta, gdy ulegają jej mężczyźni, jest w równym stopniu nie do przyjęcia. 

Rzecz chyba w wyjściu poza schematy. W obecnym układzie również mężczyzna nie jest wolny od realizacji pewnych kulturowo ustalonych wzorców. Choć kobiety powiedzą, że mężczyzna ma przecież uprzywilejowaną pozycję, to przecież nie każdemu mężczyźnie musi to odpowiadać. Kiedy system chce mnie uszczęśliwić na siłę, wolę wybrać własną, przez siebie wypracowaną wizję szczęścia, a nie daną odgórnie. D

Dlatego też w feminizmie, który jest mi bliski, a który nawiązywałby do refleksji Naomi Wolf i jej feminizmu siły, nie ma przymusu. Nie trzeba być kobietą w jakimś tajemniczym sensie kobiecości (ani mężczyzną, odwołując się do równie tajemniczej "męskości"), nikt nie może od nikogo tego oczekiwać. Potrzebna jest wiedza o tym, kim mogę być, jakie mam alternatywy, a to, kim będę, jak poukładam elementy łamigłówki, zależy wyłącznie ode mnie. Nie mogę się więc zgodzić z dążeniami, które feminizowałyby każdą kobietę - to przemoc i przymus. Jedyne, co należy dać wszystkim kobietom (a i mężczyznom), to obrazy tego, kim mogą być, jeśli zechcą się zmienić. Proponować, że sami mogą siebie wymyślać, jeśli będzie im to odpowiadało - i nic ponad to. Czy kobieta z tą wiedzą zechce zostać gospodynią domową czy kobietą interesu, to już jej suwerenny wybór, jej droga do szczęścia.

Mam nadzieję, że pytanie zadane na początku utraciło swą paradoksalność. Jestem feministą (ironicznym, dodałbym), bo nie jest mi obojętny los kobiet, które frustruje fakt, że ugrzęzły w kulturowym schemacie. Chciałbym, aby dana im była szansa stworzenia siebie, możliwość, do której odnoszą się przez wolny wybór.

 

fio

© 2022. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www