zadra-na-www

MATRONATY

"Uniwersytety znieść"!

Wszystko zaczęło się od artykułu Bożeny Umińskiej zamieszczonego w "Res Publice Nowej" (nr 7/8 1999).

Autorka przeczytała Dziennik Krzysztofa Mętraka i zauważyła w nim zastanawiającą zbieżność pogardy wobec Źydów i pogardy wobec kobiet. Zacytowała i przeanalizowała wiele przykładów, a wśród nich notatkę Mętraka na temat Wariacji pocztowych Kazimierza Brandysa ("Co sobie współczesny Srul myśli o polskim XVIII-to wiecznym szlachcicu") oraz aforystyczne mądrości autoraDziennika w rodzaju: "Tam, gdzie chodzi o zasadnicze problemy egzystencji, tam kobiety są niepotrzebne" lub "Z kobietą, jak się zagadasz o sztuce, to niemożliwy jest przerzut na dupę".

Spostrzeżenie o współwystępowaniu antysemityzmu z mizoginizmem ma już swoją długą tradycję. Modelowe wprost połączenie tych postaw opisał w Płci i charakterze na przełomie wieków XIX i XX Otto Weininger. Lista jego zwolenników jest ogromna i zawiera nazwiska bardzo wybitne, a także dość mierne. Samo zjawisko tak zwanego "weiningeryzmu" - jako połączenia antysemityzmu z mizoginią - było wielokrotnie analizowane, np. w książce Jacquesa Le Rider czy w słynnym dziele Hansa Mayera, który stworzył monografię wykluczonych w literaturze i sztuce XIX wieku - byli nimi Źyd, kobieta i homoseksualista. Trzeba więc powiedzieć, że Umińska prochu nie wymyśliła. Ale klasyczne i podstawowe rozpoznania w tej materii wciąż wywierają bulwersujące wrażenie, i to nie tylko w Polsce.

Trochę faktów

Na tekst Bożeny Umińskiej odpowiedziała polemicznym atakiem w numerze 11/12 1999 "Res Publiki Nowej" Agata Bielik-Robson. Zarzuciła autorce zdradę misji wychowawczej wobec narodu oraz uleganie nowinkom z Zachodu, czyli krytycznym, lewicowym modom intelektualnym. Atakowi Agaty Bielik-Robson przeciwstawił się w tym samym numerze redaktor naczelny "Res Publiki Nowej" Marcin Król, a także Bożena Umińska, która szczegółowo i obszernie wytłumaczyła, o co jej chodziło w tekście poprzednim. 

Niestety, ta wiedza nawet na poziomie bibliograficznym okazała się obca kolejnej osobie dramatu, czyli Agnieszce Kołakowskiej. Przeczytawszy przedrukowaną w "Źyciu" (17.1.2000) polemikę Bielik-Robson, która nie poinformowała czytelników, że obok jej tekstu drukowana była w "Res Publice Nowej" odpowiedź, a nawet dwie - Kołakowska chwyciła za pióro. W artykule pt. "Brygady politycznej poprawności" ("Plus Minus", dodatek do "Rzeczypospolitej" z 29/30.1. 2000) Agnieszka Kołakowska opisuje, jak doznała szoku z powodu "artykułu pani Umińskiej", a przede wszystkim z powodu zawartej w nim (marginalnie zresztą) wiadomości o istnieniu na Uniwersytecie Warszawskim "wydziału o nazwie Gender Sudies". Tekst Kołakowskiej kończy się apelem o zamknięcie tego "wydziału", póki jeszcze czas, póki nie jest za późno. Co bardziej napastliwe wobec "genderów" fragmenty artykułu Kołakowskiej przedrukowuje "Źycie" (31.1.2000). Następnego dnia (1.2.2000) ten sam dziennik w przeglądzie prasy zatytułowanym "Farbowane lisice" cytuje z lutowego numeru "Informatora OŚKi", wiadomości o zajęciach Bożeny Umińskiej i Agnieszki Graff na "genderach". Komentarz stanowią ostrzeżenia przed "bezmyślnym niszczycielstwem w sferze kultury i instytucji publicznych" i "jawnym neobarbarzyństwem" feminizmu. Tekst kończy się ostrymi zarzutami wobec "farbowanych lisic", określonych jako "profesorki od "Lesbian Studies" i "snobki-filantropki". W numerze "Plusa Minusa" z 19/20.2.2000 zamieszczono listy nadesłane do redakcji w związku z artykułem Agnieszki Kołakowskiej, a wśród nich żądanie skierowane pod adresem władz UW, aby "ograniczyły spotkania młodzieży z tak niebezpieczną osobą", jak pani Umińska. (Pisze pani Elżbieta Abbot, Glenwood Springs, USA.) 

Zaczęło się od upublicznienia wrażeń odniesionych podczas lektury Dziennika Mętraka, a skończyło na żądaniach izolacji Bożeny Umińskiej. Redakcja "Rzeczypospolitej", jak do tej pory, nie opublikowała niestety wyjaśniającego listu opiekunki Gender Studies, prof. Małgorzaty Fuszary, którego rzeczowy ton i zawarte w nim konkretne sprostowania nieporozumień mogłyby wyjaśnić i zakończyć sprawę.

Między skowronkiem a wołem

Plotka wylatuje skowronkiem, a powraca wołem. A. Kołakowska przyznaje, że nie wie dokładnie, jakie zajęcia są prowadzone na rzekomym wydziale UW. (Warszawskie "dżendery" nie są zresztą wydziałem, lecz płatnymi studiami podyplomowymi.) Nie przeszkadza jej to oskarżać Gender Studies, wychodząc od swych zagranicznych doświadczeń. A. Kołakowska studiowała (nie wiadomo, z jakim formalnym skutkiem, choć widać, że skutek merytoryczny jest raczej mizerny) na uniwersytetach w USA i w Anglii, a mieszka w Paryżu, jak głosi notka zamieszczona pod jej tekstem. Co ją skłania do zabrania w podobny sposób głosu w sprawach toczących się w Warszawie? Ogarnięta poczuciem grozy, chce nas ostrzec przez "falą terroru" ze strony "feminizmu, antyrasizmu, antyseksizmu, antyelitaryzmu". Z Paryża ostrzega nas przez wpływami zgniłego Zachodu, które powinny być tropione i ścigane metodami administracyjnymi (likwidacja "wydziału"?). Fantazmaty grozy odbierają Kołakowskiej rozum, bo najwyraźniej nie wie co pisze. Ostrzegając przed widmem totalitaryzmu popada w stylistykę pastiszu języka propagandy komunistycznej. Oto kilka przykładów: "po Polsce krąży groźna amerykańska choroba", "słowo "studies" powinno wzbudzić naszą czujność", "słowo "gender" powinno wzbudzać naszą czujność". Odczytanie artykułu metodą analizy języka stosowaną przez Michała Głowińskiego do tekstów okresu PRL-u umieściłoby autorkę wśród twórców i użytkowników nowomowy, której zasadniczym rysem było operowanie zbitkami językowymi piętnującymi nieuchwytnego wroga ( "choroba", "zagrożenie", "zdrada" "dać odpór" - to dalsze przykłady stylu Agnieszki Kołakowskiej). 

Z artykułu znawczyni nurtujących Amerykę prądów ideowych nie możemy się dowiedzieć, czy zjawisko politycznej poprawności wymiera tam, czy wręcz przeciwnie - szaleje. Można się domyślić, że Kołakowska nie ma pojęcia o występujących w myśli feministycznej dwóch najbardziej podstawowych tradycjach rozumowania. Jedna z nich to egalitaryzm, obecny zarówno w feministycznej liberalnej myśli politycznej rodem z Ameryki, jak i np. we francuskiej, zorientowanej feministycznie humanistyce (Mona Ozouf, Elizabeth Badinter). Druga tradycja to "myślenie różnicą", rozpoznawalne i u radykalnych autorek amerykańskich takich, jak Mary Daly czy Kate Millett, a także we francuskiej filozofii i psychoanalizie (Luce Irigaray). Podawanie za przykład głupoty i upadku feminizmu tego, że zaczynał od haseł równościowych, a kończy na wywyższeniu kobiet (?), nie świadczy o absurdalności tej myśli, lecz o kompletnej ignorancji osoby, która w ten sposób przedstawia sprawę.

Niewiedza i groza

Feminizm nie jest według Kołakowskiej jedynym schorzeniem zachodniej ideologii, która mianuje się humanistyką. Obok niego, utrzymuje Kołakowska, istnieją na przykład samozwańcze "wydziały" o podejrzanych nazwach, gdzie "uczymy się, że kultura Zulusów jest o wiele więcej warta od zachodniej". Cóż, wiemy, że każdy wykształcony Europejczyk powinien sądzić, że dzikus śmierdzi i że jego miejsce jest w slumsach. Niemniej jednak wiemy również, że tacy wykształceni biali Europejczycy jak Bronisław Malinowski i Claude Levi-Strauss, a także Margaret Mead i Ruth Benedict, badali odległe od naszej cywilizacji "dzikie" plemiona, kierując się założeniem, że mają własną, skomplikowaną kulturę. Niebezpieczne, wedle Kołakowskiej, założenie że "wszystko jest względne" musiało być w zasadniczy sposób wykorzystane przez takie nauki jak etnologia. Wykazanie różnicy między kulturami nie musi prowadzić, jak sądzi Kołakowska, do wywyższenia lub poniżenia jednych kosztem drugich.

Przekonanie autorki, że wedle Gender Studies "płeć tłumaczy wszystko" jest grubym nieporozumieniem. Obok przyjętych, np. w nauce o literaturze, etnicznych bądź społecznych rozróżnień w sferze języka, można jednak wprowadzić rozróżnienia ujawniające zależność kształtu tekstów od płci piszących. Czyżby fakt, że kobiety w Polsce zostały dopuszczone do nauki na uniwersytetach zaledwie 103 lata temu, był ideologicznym wymysłem współczesnych feministek? Czy nie można z tego wysnuć wniosku, że pisanie kobiet pozostaje w związku z ich sytuacją historyczną i kulturową?

Rodzaje poczucia humoru

Przypominanie o tym i wyciąganie z tego wniosków jest zapewne owym rażącym brakiem poczucia humoru, któremu tyle uwagi poświęca tak humorystyczna Kołakowska. Bożena Umińska razi ją i mierzi dlatego, że zamiast dać się porwać cudownemu poczuciu humoru Mętraka, którego próbki, w rodzaju "współczesny Srul" i "przerzut na dupę" cytowałam na początku - obraża się i naburmusza. Nazywa wspaniałego autora mizoginem i antysemitą, a przecież on... tylko żartował. Jeśli od tych żartów robi ci się niedobrze, Czytelniczko lub Czytelniku "Zadry", to znaczy że jesteś osobą niewyrobioną towarzysko. Dla humorystki Agnieszki Kołakowskiej bardzo śmieszne jest "uczenie o tym, że Beethoven był czarny", które jej zdaniem odbywa się na wydziałach "Afro-American Studies". Murzyn prawdziwie dowcipny powinien śmiać się ze stuleci niewolnictwa, dając w ten sposób świadectwo, że jest człowiekiem nadającym się na salony. Do czego aspirować powinna również blondynka, a także Źyd. Źyd powinien wykazać się pojętnością i łapać w lot pointę antysemickiego dowcipu, aby wybuchnąć śmiechem w porę razem ze wszystkimi. 

Wyobrażam sobie taką oto filmową scenę: grono oxfordzkich profesorów w tweedowych marynarkach w pepitkę z zmaszowymi łatami na łokciach pali fajki i popija whisky przy kominku. Ktoś z nich opowiada odwieczną angdotę o głupocie studentki, której pomyliła się teoria komunikacji z rozkładem jazdy. W tym momencie podająca profesorom herbatę córka, żona, asystentka albo sekretarka jednego z Uczonych rumieni się troszkę i grzechocze leciutko tacą, ale dzielnie wtóruje swym śmiechem rozbawionemu gronu. I opuszcza pokój w poczuciu znaczenia uniwersalnych wartości. 

Plotka, jako się rzekło, powraca wołem. Nikt nie wie dokładnie o co chodziło, ale nie zaszkodzi zaprotestować przeciwko wrażej feministycznej ideologii. Panie Abbot z Glenwood Springs zawsze napiszą odpowiedni list, a "Źycie" Wołka odtrąbi ochoczo polowanie na "farbowane lisice". Najbardziej dramatyczne jest to, że artykuł Kołakowskiej (ze względu również na nazwisko) może zostać potraktowany poważnie przez jakiegoś urzędnika uniwersyteckiego czy ministerialnego.

Oni wyszukają przyczyny,

By uniwersytety znieść,

Krzyknąć, że ucznie jakubiny...

Tak mówi Bestużew do Polaków podczas balu u Senatora w III części Dziadów Mickiewicza.

 

fio

© 2022. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www