zadra-na-www

MATRONATY

Połowa świata, połowa domu

Rozmowa z Alice Schwarzer

Od dłuższego czasu mówi się w Niemczech o fenomenie Hery Lind. Chodzi tu o zalew książek - Mężczyzna na każdą tonację, Superbaba itp. - których bohaterki są sprytne i zaradne, udaje im się w życiu bardzo dużo, wszystko albo i jeszcze więcej. To taki rodzaj popfeminizmu, w którym więcej jest popu niż feminizmu. Co o tym myślisz?

Kiedy pojawiłyśmy się na początku lat 70., na Zachodzie wszyscy uważali, że miejscem kobiety jest dom. Jeżeli pracowała zawodowo, to był to jej osobisty problem, z którym powinna sobie dyskretnie radzić. Jeśli były kłopoty - mąż ją zdradzał, dzieci się jąkały itd. - wtedy wszyscy mówili: no widzisz, przecież ci mówiliśmy, tak się to właśnie kończy. To my feministki jako pierwsze policzyłyśmy godziny pracy kobiet, te 80, czasem aż 100 godzin tygodniowo. Potem nadeszły czasy, kiedy kobiety zapowiedziały: dość tego. Mężczyźni powinni przejąć połowę odpowiedzialności za dom - a my chcemy połowy świata. Minęło już trochę czasu i nagle to samo kłamstwo o superkobietach, które z wszystkim dają sobie radę, pojawia się w nowym przebraniu. Znowu opowiada się, że kobiety wszystko mogą. Pani Lind sama ma czworo czy pięcioro dzieci, trudno je już zliczyć...

... żadne się nie jąka...

Źadne się nie jąka, o ile wiem. Wszystko układa się świetnie: kariera, dzieci, bycie kochanką, żoną... Jeśli chodzi o panią Lind, to cieszę się, ale - niebezpiecznie jest ogłaszać, że superbaba jest normą. Bo prawda brzmi tak: kobiety nie mogą robić wszystkiego, muszą zawierać kompromisy.

Chętnie opowiada się w Niemczech, że feminizm jest już nieaktualny.

To jest fantazja medialna. Próba skłócenia pokoleń, do której jednak trzeba podejść bardzo poważnie. Utrzymuje się, że feminizm to zeszłoroczny śnieg, że jest przebrzmiały i że nowoczesna młoda kobieta czegoś takiego już nie potrzebuje, bo i tak jest wyemancypowana. Jeżeli młode dziewczyny rzeczywiście nie chciałyby nauczyć się niczego od wcześniejszych feministek, oznaczałoby to, że praca feministek z ostatnich trzydziestu lat, wszystkie ich odkrycia i doświadczenia, pójdą na marne. Oznaczałoby to, że te dziewczyny musiałyby zaczynać wszystko od nowa. Do tego nie można dopuścić! Mogą przecież korzystać z naszych doświadczeń i stanąć na naszych ramionach, żeby móc sięgnąć dalej wzrokiem. 

Ta próba rozdziału pokoleń jest aktualnym wyrazem jednego z pradawnych problemów kobiet i feminizmu: ciągłej utraty historii. Również my, nowe feministki, byłyśmy ofiarami niewiedzy. Kiedy zaczynałyśmy działać, myślałyśmy, że jesteśmy pierwsze. Myślałyśmy, że przed nami było tylko kilka dziwacznych sufrażystek w śmiesznych kapeluszach. A teraz my! Właśnie teraz! Tymczasem pierwszy historyczny ruch kobiet w Niemczech był w niektórych okresach bardziej stanowczy i silny, niż nowy feminizm. Nasze poprzedniczki zajmowały się tymi samymi tematami, którymi my zajmujemy się dzisiaj. Tylko, że - właśnie, my o tym wszystkim po prostu nie wiedziałyśmy. Dlatego musiałyśmy zaczynać od nowa i 10 do 15 lat zajęło nam odkrycie rzeczy, które znane były już sto lat temu. 

Ale na szczęście mamy tu do czynienia z medialną fantazją, bo młode Niemki interesują się feminizmem. W ciągu kilku ostatnich miesięcy przeprowadzono dwie wielkie ankiety, w których zadano m.in. pytanie "Jakie jest Pana/Pani stanowisko wobec feminizmu?" Pięćdziesiąt dwa procent kobiet w wieku poniżej 29 lat odpowiedziało pozytywnie - i 25% młodych mężczyzn. To dodaje wiary. Feminizm jest permanentnie dyskredytowany, opowiada się na jego temat absurdalne stereotypy, a mimo to więcej niż co druga młoda kobieta i co czwarty młody mężczyzna wypowiadają się o nim pozytywnie. Taki sam był wynik drugiej ankiety, w której za potrzebą "silnego ruchu kobiecego" opowiedziało się nawet 2/3 kobiet i połowa mężczyzn. 

Można powiedzieć, że my kobiety spowodowałyśmy na Zachodzie w ciągu tych trzydziestu lat prawdziwą rewolucję kulturalną. Wbrew wielkim oporom zmieniłyśmy sposób myślenia. To, co 30 lat temu było w Niemczech nie do pomyślenia, jest dziś zrozumiałe samo przez się: np. to, że młoda kobieta oczekuje od swego męża przejęcia połowy pracy w domu i opieki nad dziećmi - i to, że ona sama pracuje zawodowo. Tego chce dziś 99, 9% wszystkich kobiet. To oczekiwanie to oczywiście teoria, dopiero później zaczynają się codzienne zmagania. Bo to jest konflikt interesów. Nikt nie odda dobrowolnie swoich przywilejów - mężczyźni też nie.

O tym nieczęsto się w Polsce mówi. Tę oczywistość chętnie się przemilcza.

Szkoda, bo przecież od kwestii władzy nie można się wykręcić. Opór mężczyzn jest nawet zrozumiały, jeszcze nikt nie pozbawił się dobrowolnie przywilejów. 

Utożsamiam się z antybiologistycznym nurtem w feminizmie. Uważamy, że nie istnieje natura człowieka, a tym samym nie ma natury kobiecej. Celem jest człowiek kompletny, a nie zredukowany do postaci "mężczyzny" czy "kobiety". Oczywiście zdajemy sobie sprawę z tego, że trwające przez tysiąclecia odmienne warunki życia miały na ludzi odmienny wpływ i że istnieją dziś głębokie różnice między płciami. Ale to nie jest kwestia biologii, lecz kultury. My, antybiologistki, byłyśmy zawsze w konflikcie z tzw. dyferencjalistkami, których argumentem jest różnica i które lubią powtarzać, że kobiety są lepszą płcią. Nie wierzę w to: kobiety mają coraz mniej władzy. A to władza korumpuje. Nikt nie jest zły z urodzenia, ani kobiety ani mężczyźni.

Ewolucjonizm jest teraz w modzie. Wydaje się u nas wiele książek z opowieściami o genotypach, neuronach i hormonach, które podobno wszystko uzasadniają i z którymi nie można dyskutować, bo są faktami naukowymi. Ludzie wydają się w nich być niewolnikami swoich biologicznych mechanizmów, które o wszystkim decydują.

To jest pozornie biologiczne cementowanie różnicy, która bierze się z kultury. Nie rodzimy się kobietami, kobietami się stajemy - nie można tego ująć lepiej niż Simone de Beauvoir. Z tego podstawowego stanowiska politycznego wynikają nasze żądania: chcemy połowy świata - a dla mężczyzn połowy domu.

Przypomina mi się ładne feministyczne hasło, które usłyszałam kiedyś w Niemczech: nie chcemy połowy tortu, chcemy całej cukierni.

Brzmi nieźle, jest w tym pewność siebie i prowokacja.

Polskim feministkom mówi się, że kobietom w Polsce wiedzie się przecież bardzo dobrze, bo obejmują lub obejmowały wysokie stanowiska: Hanna Suchocka, Hanna Gronkiewicz-Waltz - często wspomina się też Matkę Boską. W Niemczech na stanowisko szefa chadeckiej partii CDU wybrano niedawno Angelę Merkel. Czy feministkom niemieckim również zarzuca się, że wyważają otwarte drzwi żądając większego udziału kobiet w życiu publicznym?

Ogólnie możemy być zadowolone, bo kobiety robią karierę, nawet jeśli tam, gdzie jest skoncentrowana rzeczywista władza, jest ich tylko 2-3%. Mamy teraz w parlamencie

1/3 kobiet, mamy kobiety w randze ministrów - ale kiedy panowie poważnie się za coś zabierają, wtedy zapalają sobie cygaro, idą do pokoju z kominkiem i zamykają za sobą drzwi.

Kariera Angeli Merkel napawa otuchą. CDU leży na łopatkach. Kiedy mężczyźni są na dnie, wtedy wybija godzina kobiet. To one mają wyciągnąć z błota wózek, który mężczyźni tam wpakowali. Bardzo cenię panią Merkel. Kohl poznał ją na Wschodzie i pozyskał w roku 1991 dla polityki. Kalkulacja była taka: otworzymy się na kobiety ze Wschodu, bo nie mają pojęcia o feminizmie i nie będą nam działać na nerwy. Ale Angela Merkel bardzo szybko zaczęła się orientować, sprawia dobre wrażenie i sprawdziła się w czasie kryzysu CDU. Mimo to chadecy, którzy byli u władzy, chwytali się wszystkich sposobów, żeby nie dopuścić do jej przewodnictwa w partii. To "baza" miała dosyć męskiego, skorumpowanego, bezkrytycznego wobec siebie stylu przewodzenia i poparła kobietę o bardzo ludzkim stylu rządzenia. 

Teraz Angela Merkel jest pierwszą przewodniczącą partii w Niemczech - to wstyd dla socjaldemokratów, że to właśnie chadecy zrobili ten krok. Nie znam kobiety, która nie głosowałaby na nią w 2002 roku, włącznie z kobietami, które jeszcze nigdy w życiu nie głosowały na CDU. Niemki mają po prostu dosyć tego, że mężczyźni u władzy nie chcą dopuścić do niej kobiet.

Gdyby do tego doszło, mielibyśmy w Polsce problem językowy. Po polsku kobieca forma od kanclerza brzmi obco.

U nas też. Ale zmagania o język uważam zasadniczo za bardzo ważne, bo jest to w końcu tworzywo, z którego są nasze myśli. Nieobecność kobiecości w języku jest tylko odbiciem naszej nieobecności w świecie.

Niektórym trudno jest pojąć, że występujesz w telewizji w butach na wysokich obcasach. Najwyraźniej nie pasuje to do wyobrażenia typowej feministki. Do jakiego stopnia feminizm może dotrzymywać kroku zmieniającemu się światu bez wypierania się samego siebie?

Rzeczywiście miałam buty na obcasie? To chyba wyjątkowo. A telewizja jest moim medium, bo zawsze byłam zainteresowana popularyzowaniem idei feministycznych. Telewizja jest tutaj nieodzowna.

A więc w żaden sposób nie oddaliłaś się od swoich przekonań.

Nie, wręcz przeciwnie. Reprezentuję dziś to samo stanowisko, co 30 lat temu. Widać to w każdym numerze EMMY i w moich książkach. Ale oczywiste jest, że feminizm powinien pozostać żywotny i że my same musimy radzić sobie ze zmianami w otoczeniu i w sposobie myślenia. Od 25 lat jestem w Niemczech jak gdyby symbolem kwestii kobiet - mogę dziś powiedzieć, że nie tylko było mi trudno, ale że spotykam się także z wielkim poparciem i ogromną sympatią. Ze strony kobiet. A ze strony mężczyzn z coraz większym respektem. Bo szczególnie mężczyźni zdają sobie świetnie sprawę z tego, że my, feministki, mamy rację - tylko, że nie chcą, żeby myślały tak ich żony. Ale już dla swoich córek chcą, żeby feminizm przyniósł im same korzyści.

Rozmawiała: Beata Kozak

 

fio

© 2022. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www