zadra-na-www

MATRONATY

Niemki kontra trzy K

Kinder, Kťche, Kirche - dzieci, kuchnia i Kościół - tak brzmiał przepis na posłuszną domową służebnicę. Dzisiaj to już na szczęście nic więcej, jak tylko rząd trzech liter.

Niemiecki feminizm drugiej fali pojawił się w roku 1968, w czasach studenckiej rewolty. Wiele Niemek zaangażowało się wtedy w działalność SDS-u, Niemieckiego Socjalistycznego Związku Studentów, ale już wkrótce okazało się, że brodaci towarzysze lekceważą ich pracę, a ich uwagi kwitują roztargnionym uśmiechem lub milczeniem. Rewolucyjni studenci są pochłonięci teorią walki klasowej, studiowaniem dzieł Marksa i politycznymi naradami, jak więc mają znaleźć czas na opiekę nad swoimi dziećmi? Od tego są przecież dziewczyny, towarzyszki w marksizmie, a ich niezadowolenie jest tylko problemem ubocznym. Cóż im to szkodzi, że oprócz zajmowania się wspólnymi dziećmi, po nocach piszą młodym socjalistom na maszynie płomienne przemówienia, a w dzień podają im kawę, piorą i gotują. Do powinności rewolucjonistki należy ponadto dyspozycyjność seksualna w ramach praktykowanej niemal obowiązkowo wolnej miłości. "Kto dwa razy śpi z tą samą, zalicza się do establishmentu" - przestrzega popularne hasło i rewolucjoniści starają się, jak mogą. 

Na kolejnym zebraniu SDS-u jedna z kobiet próbuje zwrócić uwagę towarzyszy na specyficzną sytuację kobiet, zostaje jednak zbojkotowana. Wtedy na głowy Zarządu - składającego się wyłącznie z mężczyzn - lecą zgniłe pomidory. Zaangażowane politycznie Niemki w większości odcinają się od swoich kolegów-marksistów i zaczynają działać na własny rachunek. Zaczyna się okres spektakularnych, prowokacyjnych akcji feministycznych.

Paragraf na kobiety

Ideałem kobiety była wtedy perfekcyjna gospodyni domowa, która jest jednocześnie pełną fantazji kochanką, poświęcającą się matką i do tego pracuje gdzieś na ćwierć lub pół etatu. Wiele Niemek miało tego niedościgłego wzoru powyżej uszu. Iskrą, przez którą wybuchła beczka z prochem, był paragraf 218 Kodeksu Karnego - zakaz aborcji. 

W czerwcu 1971 roku 374 kobiety ogłosiły w popularnym tygodniku "Stern": "Usunęłyśmy ciążę! Źądamy bezapelacyjnego zniesienia paragrafu 218!" Były wśród nich aktorki (np. Romy Schneider), gospodynie domowe, intelektualistki, studentki, fryzjerki. W ciągu najbliższych miesięcy zgłosiły się jeszcze tysiące kolejnych kobiet, które chciały poprzeć tę akcję i okazać swoją solidarność w sprzeciwie wobec zakazu aborcji. Do akcji odtabuizowania aborcji przyłączyli się też lekarze i profesorowie ginekologii. Powstało hasło "Mój brzuch należy do mnie". Paragraf 218 stał się powszechnym tematem debat, a policja zaczęła przeprowadzać rewizje w mieszkaniach niektórych uczestniczek akcji w "Sternie".

Feministki niemieckie umyślnie nie stworzyły żadnej organizacji parasolowej, żeby nie doprowadzać do kumulacji władzy. Ich ruch składał się z olbrzymiej ilości pojedynczych grup i inicjatyw kobiecych, które na początku lat 70. walczyły ze znienawidzonym paragrafem 218. W roku 1972 odbył się we Frankfurcie pierwszy Krajowy Kongres Kobiet. 

Socjaldemokracja, która była wtedy partią opozycyjną, pod naciskiem kobiet poparła ich żądania, ale wycofała się szybko, kiedy Kościół oskarżył ją o chęć legalizacji morderstwa. W tej fazie ruchu kobiecego batalia o legalną aborcję zakończyła się w roku 1976 zezwoleniem na przerwanie ciąży w ściśle określonych okolicznościach.

Czas wielkiego ruchu

W całych Niemczech powstała gęsta sieć Centrów Kobiet i feministycznych projektów. Feministki zaczęły zakładać pierwsze schroniska dla kobiet i dzieci bitych w rodzinie. W 1979 roku było takich domów już ponad 30. Powołały do życia telefony zaufania dla kobiet i ośrodki dla ofiar gwałtu. Podniosły kwestię pensji dla gospodyń domowych i równej płacy za równą pracę. Oprócz inicjatyw socjalnych powstała też niezliczona ilość kulturalnych: kobiece wydawnictwa, czasopisma, księgarnie, kalendarze, kawiarnie, zespoły muzyczne, teatry. Grupa kobiet związanych z mediami przyznała w roku 1979 nagrodę Kiszonego Ogórka trzem starszym panom - kardynałowi, ministrowi sprawiedliwości i redaktorowi programu radiowego- którzy "w swoim ściśle męskim (a dzięki temu jak najbardziej obiektywnym) gronie roztrząsali na antenie radia kwestię aborcji, dotyczącą 17 milionów kobiet w Niemczech." W 1976 roku feministki niemieckie zorganizowały w Berlinie po raz pierwszy Uniwersytet Letni, w którym odtąd brało co roku udział kilka tysięcy kobiet. Uniwersytet był otwarty dla wszystkich kobiet, a jego tematami były m.in. "Kobiety i matki", "Autonomia a instytucja", "Kiepska codzienność - radykalne marzenia", "Kobiety a nauka". 

Mocną stroną niemieckiego ruchu kobiecego było, jak widać, działanie: organizowanie i przeprowadzanie widowiskowych akcji, demonstracji, manifestacji, zbieranie podpisów pod petycjami i protestami, tworzenie grup, ośrodków itp. Jedną z feministycznych idei, która w Niemczech "chwyciła" bardzo słabo, był nurt feministycznego spirytualizmu, który przywędrował do Niemiec z Wielkiej Brytanii i USA. W celebrowaniu rytuałów menstruacji i odwoływaniu się do boskich cech w kobiecie większość feministek niemieckich widziała niebezpieczeństwo kolejnej "kobiecej mistyki".

Błędy, które feministki niemieckie popełniły na początku swojej działalności, to m.in. odcięcie się od mężczyzn i całkowite ich wykluczenie ze swych inicjatyw. Dziś wygląda to już całkiem inaczej: znani aktorzy reklamują feministyczne pismo "Emma", a autorem artykułu wstępnego jest czasem ten czy ów zaprzyjaźniony z redakcją dziennikarz.

Pokój, radość, naleśniki

Z początkiem lat 80. wiele Niemek zaangażowało się w pracę na rzecz pokoju na świecie. W epoce zbrojeń i groźby wojny atomowej udział w marszach pokoju i inicjatywach pacyfistycznych wydawał się naturalny. Była tu jednak ukryta pułapka, przed którą ostrzegały feministki. Pułapką tą była retoryka, zgodnie z którą kobiety jako kochające pokój, łagodne istoty są z natury przeznaczone do ratowania świata przed zagładą. Zagłada oznaczała tu rezultat agresywnej, nierozważnej polityki mężczyzn. Nowa mistyfikacja kobiecości wyzierała z hasła politycznego "Kobiety i pokój". Dlaczego kobiety? - pytały feministki. Czy dlatego, że w interesie patriarchalnego społeczeństwa jest kobieta z dzieckiem na rękach maszerująca w pochodzie na rzecz pokoju, a nie kobieta u steru władzy? Oraz przekonanie kobiet, że jako płeć stworzona rzekomo do miłości i pokoju, a więc lepsza od mężczyzn, nie nadaje się do czegoś tak brudnego i obcego jej istocie jak polityka? Friede, Freude, Eierkuchen - "pokój, radość, naleśniki" - drwiły feministki ze słodkiej atmosfery wokół "ogólnoludzkiej" kobiet walki o pokój.

Stawianie kobiety na piedestale obrończyni pokoju szło w parze z gloryfikacją macierzyństwa. W 1987 roku część działaczek Partii Zielonych opracowała kontrowersyjny "Manifest Matek". Feministki krytykowały w nim lansowanie macierzyństwa zamiast rodzicielstwa i dzielenie kobiet na matki i nie-matki.

Druga połowa lat 80. przyniosła zwiększoną obecność kobiet w instytucjach takich, jak ministerstwa i uniwersytety. Okazało się, że feministyczne cele można osiągać łatwiej będąc wewnątrz struktur decyzyjnych i mając na nie wpływ, niż stojąc z boku i krytykując je w autonomicznych czasopismach. Feministyczny "marsz przez instytucje" nie oznaczał jednak, że władza dostała się w ręce kobiet, ale jego skutkiem było - zwłaszcza na poziomie landów i gmin - powołanie urzędu rzeczniczki do spraw równego statusu. Kontrowersyjnym tematem stał się za to parytet, który jako pierwsi wprowadzili w swoich szeregach Zieloni.

Hamowanie

Z czasem wielkie wydawnictwa zaczęły wydawać serie poświęcone sprawom kobiet, a książki feministyczne można było kupić w każdej większej księgarni. Alternatywna kultura kobieca została w większości wchłonięta i rozwodniona przez biznes "ogólnoludzki". Feministyczna lokomotywa w latach 90. zwolniła swój bieg, ale nie zniknęła z rozkładu jazdy. Skutki zaangażowania feministek z lat 70. i 80. zaczęły być widoczne, mimo że "Emanze" nadal jest przezwiskiem wyemancypowanej, silnej kobiety. 

Po zjednoczeniu Niemiec w ogólnym zawirowaniu sytuacja kobiet pogorszyła się. Zaczęło brakować miejsc w przedszkolach, rosło bezrobocie wśród kobiet, a na Wschodzie w obliczu niepewnej sytuacji socjalnej kobiety rodziły coraz mniej dzieci. W prasie rozpisywano się ze zgrozą o "strajku rozrodczym" i o wymieraniu narodu. Media lansowały obraz młodej, pewnej siebie kobiety, nastawionej głównie na "sex, fun and rock and roll", dbającej o to, żeby jej szczupły brzuch prezentował się jak najlepiej spod przykrótkiej bluzeczki. Feminizm uważano za zamknięty rozdział, a "Emma" pod koniec lat 90. z miesięcznika stała się dwumiesięcznikiem. 

W ostatnim roku lat 90. media pokusiły się o podsumowanie minionej dekady pod kątem dokonań kobiet. Opiniotwórczy tygodnik "Der Spiegel" proklamował w listopadzie 1999 roku "nowy ruch kobiecy", który z feminizmem swoich matek nie chce mieć wspólnego, mimo że w oczywisty sposób korzysta z jego osiągnięć. Ten rzekomy nowy ruch, raczej wyraz chciejstwa mediów niż rzeczywiste zjawisko społeczne o randze ruchu, polega na organizowaniu się kobiet w sieci doradcze i funkcjonuje wśród jego obserwatorów pod nazwą "networking". W Niemczech istnieje ponad 300 kobiecych giełd kontaktowych, gdzie kobiety, które biorą kurs na karierę, mogą nawiązać korzystne kontakty, dostać informacje, poradę itd. Kobiety są zmęczone ideologiami i mają dosyć współczesnej polityki. Ani im się śni zmieniać hierarchię wartości w kulturze sukcesu, a zamiast tego chcą w tej hierarchii znaleźć dla siebie jak najlepsze miejsce. Wpasowują się w istniejące struktury i zamiast pielęgnowania ideałów działają pragmatycznie, taktycznie i realistycznie. Nie krytykują korupcji i mechanizmów, które rządzą "republiką kolesi", lecz je imitują. Tak pod koniec dekady postrzegają "nowe kobiety" media, a Alice Schwarzer, uważana za główną niemiecką feministkę, mówi w wywiadzie dla "Spiegla": "Kobieta nie może przecież codziennie rano przy kawie zastanawiać się nad tym, jak zmieni dziś cały świat."

Feministki drugiej fali przypomniały się ze swoim podstawowym postulatem - "Mój brzuch należy do mnie" i "Źądamy zniesienia paragrafu 218" - w burzliwej dyskusji liberalnych biskupów, popieranych przez zdecydowaną większość społeczeństwa niemieckiego, z papieżem nakazującym zamknięcie poradni aborcyjnych w Niemczech. 

Herta Däubler-Gmelin, minister sprawiedliwości, zaproponowała w marcu w parlamencie, żeby mężczyzna, który bije swoją żonę i dzieci, był na mocy prawa usuwany ze wspólnego mieszkania i żeby przez określony czas zabroniono mu nawet się do nich zbliżać. Jest to inicjatywa ustawodawcza, która ma spore szanse na akceptację. Schroniska dla ofiar przemocy są w Niemczech zawsze przepełnione.

Tygodnik "Die Woche" opublikował w styczniu 2000 roku wyniki ankiety, w której co czwarta pytana osoba uważa, że przyszłe stulecie będzie należało do kobiet i że prezydentka Stanów Zjednoczonych, kanclerka Niemiec czy generalna sekretarz (sekretarka?) ONZ na pewno ich nie zdziwi, a wręcz ucieszy. Połowa ankietowanych w wyścigu do władzy daje kobietom i mężczyznom równe szanse.

I to również jest efektem ruchu kobiecego.

 

fio

© 2022. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www