zadra-na-www

MATRONATY

Anna Walentynowicz - apokryf historii

Nazwisko Anny Walentynowicz pojawia się częściej w zachodnich niż polskich opracowaniach współczesnej historii Polski. Może dlatego, że - jak uznał pewien czytelnik "Gazety Polskiej" odkrywający ze zdumieniem jej nazwisko we francuskim podręczniku - wymienianie jakiejś Walentynowicz obok Wałęsy jest "absurdalne i ośmieszające". Poniższy tekst nie jest laurką, lecz raczej próbą złożenia rzetelnej biografii jednej z najważniejszych osób naszej współczesnej historii.

W czerwcu 1999 roku w dyskusji na temat roli kobiet w "Solidarności" Agnieszka Graff zauważyła: "Fakt, że historia "Solidarności" zaczęła się od sprawy Walentynowicz, został z mitu tego ruchu właściwie wymazany, pozostał gdzieś w tle, jako anegdota, swego rodzaju apokryf". A przecież Walentynowicz była bohaterką filmów i gościem głów państwa. Obok Wałęsy pojawiła się w epizodach Człowieka z żelaza Andrzeja Wajdy. W marcu 1981 roku w przedstawieniu Relacja Hanny Krall w Teatrze Małym w Warszawie Annę Walentynowicz grała Zofia Kucówna. W 1992 roku krakowski plastyk Roman Skowron pokazał efekt swojej wieloletniej pracy - Drogę Krzyżową z bohaterami Sierpnia. Jedna z postaci miała twarz Walentynowicz. W 1995 roku została bohaterką szkolnego filmu Marka Ciecierskiego Anna Proletariuszka. W Buffalo władze miasta otworzyły ośrodek dla uchodźców nazwany od jej imienia. W drugoobiegowym Źyciu Anny Walentynowicz Tomasz Jastrun zdumiewał się, że "nieszczęśliwa wiejska dziewczyna, maltretowana przez okrutnych gospodarzy, stała się niebezpieczna dla totalitarnego państwa. By prezydent tego państwa groził jej palcem, a premier innego państwa przyjmował ją z uśmiechem w pałacach Paryża." 

Osierocona w czasie wojny, musiała pracować od 10 roku życia, najpierw jako służąca, potem traktorzystka i pakowaczka. "Ja do szkoły nie chodziłam, tyle co przed wojną, skończyłam wtedy cztery klasy, choć w papierach podaję, że siedem" - powie w roku 1981 Hannie Krall. W 1950 zapisała się na kurs spawaczy. Zatrudniła się w Stoczni Gdańskiej, gdzie przepracowała 30 lat. Należała do ZMP i Ligi Kobiet. Była przodowniczką pracy, robotnicą z propagandowych plakatów. Nie zapisała się do PZPR. "Najpierw odmawiałam, bo uznałam, że ja, prosta robotnica, jeszcze nie jestem godna takiego zaszczytu. Wówczas sekretarz partii był dla mnie autorytetem, co najmniej jak ksiądz proboszcz. Później doszłam do wniosku, że to właśnie poczucie godności nie pozwala mi podpisać deklaracji" - pisze we wspomnieniach.

Została suwnicową

Problemy w pracy zaczęły się pod koniec lat 60. W roku 1968 po raz pierwszy usiłowano ją wyrzucić ze stoczni. Domagała się ukarania członka kierownictwa, który przywłaszczone pieniądze pracowników przegrał w Toto-Lotka. Kierownictwo uznało, że Walentynowicz przeszkadza w pracy kolektywu. Wtedy po raz pierwszy 65 stoczniowców podpisało list w jej obronie. Za karę przeniesiono ją na inny wydział - została suwnicową. 

Po masakrze robotników Wybrzeża, w Grudniu 70, zaczęła kontaktować się z uczestnikami tamtego protestu, były to jednak bardziej spotkania towarzyskie, w mieszkaniach. "Już nie byłam entuzjastką z plakatów. Nie podobałam się już kierownictwu, ale moja popularność wśród kolegów chroniła mnie jeszcze przed wyrzuceniem z pracy". W 1971 roku znów znalazła się na liście pracowników przeznaczonych do zwolnienia. Pracodawcy starali się ją izolować: wyznaczono jej teren, po którym mogła się poruszać, poddawano rewizjom osobistym. Zabroniono jej rozmawiać z innymi pracownikami. 

O Komitecie Obrony Robotników i powstaniu Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża dowiedziała się z radia Wolna Europa. W roku 1979 zadebiutowała w "Robotniku". Dwudziestego ósmego kwietnia 1978 r., z inicjatywy m.in. Walentynowicz i Wałęsy, powstał Komitet Założycielski Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża.

Brama Numer 3

Dziewiątego sierpnia 1980 roku zwolniono ją z pracy. Był to sygnał, że władze zamierzają ostro zareagować na aktywność Wolnych Związków, których działacze coraz bardziej otwarcie występowali w Stoczni Gdańskiej. Tydzień później w Stoczni wybuchł strajk. Strajkujący żądali przywrócenia do pracy Lecha Wałęsy i Walentynowicz, podwyżki płac i budowy pomnika ofiar Grudnia 70. Na czele protestu stanęli elektryk Wałęsa i suwnicowa Anna Walentynowicz. "Nie byłoby Sierpnia, "Solidarności" i wyborów w czerwcu 1989 roku, gdyby kilka osób nie zaprotestowało przeciw zwolnieniu działaczki Wolnych Związków Zawodowych Anny Walentynowicz z pracy w Stoczni Lenina w Gdańsku. Wszystko zaczęło się od gestu solidarności, który - jak się potem okazało - miał olbrzymi wpływ na całą współczesną historię" - napisze osiemnaście lat później Grzegorz Sieczkowski. Bardzo szybko stało się jasne, że strajk nie będzie kolejnym, stłumionym przez władze protestem. 

Już wówczas zarysował się jej konflikt z Wałęsą. Konflikt, który dla Anny Walentynowicz stał się obsesją życia. Wałęsa chciał przerwać strajk czwartego dnia, po spełnieniu przez dyrekcję żądań przywrócenia do pracy niesłusznie zwolnionych osób i obietnicy podwyżki. Wtedy Anna Walentynowicz z Aliną Pieńkowską doprowadziły do podtrzymania strajku. Świadkowie tamtych wydarzeń pamiętają, jak ze łzami w oczach wzywały robotników do kontynuowania protestu, bez którego wygasłyby solidarnościowe strajki w Trójmieście. "Pamiętam jak idąc do budynku dyrekcji Wałęsa pokrzykiwał na ludzi, że strajk jest skończony i żeby szli do domów. To samo powtarzały głośniki zakładowe. Ludzie, rzeka ludzi, opuszczali stocznię", wspomina Anna Walentynowicz. "Wtedy zaczepił mnie oficer marynarki Tadeusz Szczudłowski, powiedział: załatwiliście swoje sprawy, a co z tymi co was wspierali. Przecież ich teraz rozwalcują. Razem z Aliną Pieńkowską pobiegłyśmy do sali BHP wzywać ludzi do powrotu, ale głośniki były już wyłączone, więc skierowałyśmy się do bramy numer 3. Myślałam, że wezwania nie poskutkują. Ludzi było coraz mniej. Wreszcie jakoś udało się zamknąć tę bramę, a potem jeszcze dwie następne. Bałam się, że jest za późno. Z 16 tysięcy strajkujących zostało 300 osób. Przy bramie numer 2 stał Wałęsa na wózku akumulatorowym. Ściągnęłam go stamtąd. Kiedy zobaczył, że ludzie wracają poprosił, żeby mógł prowadzić dalej strajk" - opowiada o tamtych wydarzeniach.

Rozejście z "Solidarnością"

Jako współzałożycielka "NSZZ Solidarność" gościła w brytyjskim parlamencie i w gabinecie premiera Francji. W Holandii przyznano jej tytuł Kobiety Roku. W swojej wspomnieniowej książce Cień przeszłości pisze, że należała do związku "od początku do czasu, gdy zauważyła, że staje się on częścią systemu, z którym walczyła, walczy i będzie walczyć". 

Spory z Wałęsą doprowadziły do jej wykluczenia z kierownictwa "Solidarności" wiosną 1981 roku Walentynowicz wspomina, że już wtedy Wałęsa uświadomił jej, że "kobieta jest do garnków i kwiatów". "Mnie chyba widział przy garnkach - pisała - jego żona była kwiaciarką, więc dla mnie zarezerwował chyba to pierwsze."

Wśród pięciu zarzutów postawionych jej po strajku znalazło się niejasne oskarżenie o niegodne reprezentowanie Związku i udzielanie korespondentom zagranicznym wywiadów, w których szkaluje Wałęsę i szkodzi Związkowi. Została oczyszczona z oskarżeń przez specjalną komisję związkową, ale dawni koledzy z "Solidarności" zaczęli się od niej odsuwać. Nie było jej na I Zjeździe związku w Oliwie. Zdaniem Jastruna "niechęć do Wałęsy jest bodajże jedynym grzechem pani Ani, której dobroć promieniuje światłem widzialnym. "Solidarność" była dla pani Ani rzeczą świętą. Uważała więc, że człowiek, który stanął na czele tego ruchu też powinien być święty. A Wałęsa jest człowiekiem trudnym. [...] I nie jest przypadkiem, że niemal wszyscy działacze dawnych Wolnych Związków Zawodowych mieli ostre konflikty z Wałęsą i zostali odsunięci. Odsunięto także Annę Walentynowicz. Wróciła wtedy do stoczni, gdzie wrogo przyjęła ją tym razem nie dyrekcja, ale "Solidarność"". Działaczy "Solidarności" coraz bardziej drażniły jej skłonności do moralizowania i sprzeciw wobec traktowania kobiet w związku wyłącznie jako pogotowia seksualnego. Wspominają o tym zarówno biografowie Wałęsy, jak i rozmówcy autorów kontrowersyjnej Konspiry.

Do końca w podziemiu

W obozie dla internowanych w Gołdapi, gdzie trafiła 18 grudnia 1981 roku SB podrzuciło jej dokumenty kompromitujące Wałęsę. Spaliła je wówczas, choć nadal oskarżała go o zdradę ideałów Sierpnia. Aresztowano jej syna. Kiedy ją wypuszczano, naczelnik więzienia napisał w raporcie: "Siedmiomiesięczny okres przebywania w areszcie tymczasowym pozwolił jej przemyśleć swe postępowanie i oskarżona dojdzie do przekonania, że droga odrodzenia narodowego nie prowadzi przez sianie fermentów i niepokojów społecznych, a przez codzienną pracę". Ponownie trafiła do więzienia 4 grudnia 1983 roku za udział w próbie wmurowania tablicy upamiętniającej ofiary górników kopalni "Wujek". Z więzienia w Lubińcu zwolniono ją w kwietniu następnego roku ze względu na zły stan zdrowia. Odtąd wielokrotnie zatrzymywano ją na 48 godzin. W 1984 roku napisała do Kancelarii Rady Państwa: "Nie mogę dłużej uznawać odznaczeń nadanych mi przez Radę Państwa za długoletnią (30 lat) pracę w Stoczni Gdańskiej na stanowisku spawacza elektrycznego, ponieważ decyzją tej samej Rady Państwa byłam 3-krotnie uwięziona. Od dwóch lat pozbawiono mnie prawa do pracy i do tej pory nie mam emerytury". 

Od lutego do sierpnia 1985 roku była organizatorką trwającej 194 dni rotacyjnej głodówki protestacyjnej przeciw zbrodniom stanu wojennego i w obronie więźniów politycznych w krakowskim kościele w Bieżanowie. Była to spektakularna akcja - w głodówce uczestniczyło łącznie 370 osób z całej Polski. W następnych latach nadal pozostawała na marginesie głównego nurtu opozycji związanego z "Solidarnością". Sympatyzowała m.in. z radykalną "Solidarnością Walczącą" Kornela Morawieckiego. Władze pozwoliły jej wyjechać do USA, gdzie w ramach zbiórki pieniędzy na pomnik Jerzego Popiełuszki kwestowała pół roku wśród Polonii amerykańskiej.

Odrzucona propozycja Wałęsy.

W roku 1989 znalazła się wśród przeciwników Okrągłego Stołu. Latem tego roku organizowała bez powodzenia strajk w Stoczni Gdańskiej. W drugiej połowie 1990 roku doprowadziła wraz Andrzejem Gwiazdą i Joanną Duda-Gwiazdą do reaktywacji WZZW.

Pod jej kierownictwem w Stoczni Gdańskiej wybuchł w marcu 1991 roku kolejny strajk. Po podpisaniu porozumienia z zarządem stoczni Walentynowicz powiedziała Radiu Wolna Europa, że sukcesem strajku było wyszkolenie młodych ludzi do walki o swoje prawa. Po strajku przeszła na emeryturę, ale nie wycofała się z życia publicznego. Została, jak sama o sobie mówiła, "emerytką walczącą", 

W książce Cień przeszłości opisuje, jak wybrany na prezydenta Wałęsa zadzwonił do niej i innych członków pierwszej "Solidarności" z propozycją współpracy. Twierdzi, że otrzymała wówczas propozycję objęcia teki ministra spraw zagranicznych, co zinterpretowała jako próbę "unieszkodliwiania przeciwnika". Odpowiedziała, że ich drogi się już rozeszły i zaprzeczyłaby swoim ideałom, gdyby współpracowała z ekipą Wałęsy i Balcerowicza. Powiedziała: "Zgoda, podróże kształcą, ale nie aż tak skutecznie, żeby suwnicowa ze stoczni po odwiedzeniu kilku obcych krajów zdobyła kwalifikacje dyplomaty. Rozumiem, że prezydentowi-elektrykowi byłoby zręczniej reprezentować swój kraj w towarzystwie suwnicowego-ministra, ale ja się kompromitować nie zamierzam." Również obecnie potwierdza, że taka propozycja padła: "Wałęsa chciał się mną podeprzeć, chciał, żebym chociaż przyszła do Belwederu i żeby zrobiono nam razem zdjęcie. Nie dałam się kupić". Były prezydent, który Annę Walentynowicz zawsze traktował na pół z niechęcią, a na pół lekceważąco, w jednym z wywiadów powiedział, że faktycznie chciał sobie zjednać dawnych kolegów. Propozycję objęcia teki ministerialnej przez Annę Walentynowicz, określił jako "oczywisty żart".

Za mało na barykady

Startowała w wyborach do Sejmu w 1993 roku z gdańskiej listy "Otwarta Kampania Niezależnych - Poza układem". Otrzymała 1500 głosów, a cała lista 6 tysięcy. "Zrozumiałam, że 6 tysięcy na 40 milionów to za mało, żeby budować barykady" - wspomina. W deklaracji programowej grupa "Poza układem" opowiadała się za referendum w sprawie roli prezydenta, krytykowała politykę gospodarczą Balcerowicza i stosowanie zaleceń Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego. Była krytyczna wobec Unii Europejskiej, ale także wobec nadmiernego zaangażowania Kościoła w życie polityczne. Środowisko "Poza układem" stworzyło specyficzną formację ideową, która była mieszanką skrajnego antykomunizmu w sferze politycznej i lewicowości w sferze socjalnej. Jako pierwsza gazeta, "Poza układem" opublikowało w 1992 roku "Listę Macierewicza", domagając się lustracji i postawienia przed Trybunałem Stanu Lecha Wałęsy. "Osoba prezydenta, skład kolejnych gabinetów, rządu i parlamentu nasuwają podejrzenia, że o obsadzeniu najwyższych stanowisk w państwie decydowała tajna policja polityczna, a skład personalny władz Polski wyznaczyło ościenne mocarstwo"- czytamy w jednej z deklaracji "Poza układem".

W wyborach prezydenckich w roku 1995 grupa Walentynowicz opowiedziała się przeciwko kandydaturze Wałęsy. Lepszą alternatywą był ich zdaniem nawet postkomunista Kwaśniewski. "Zarówno jeden jak i drugi reprezentowali opcję agenturalną i promoskiewską, ale Kwaśniewski przynajmniej się z tym nie krył, a Wałęsa udaje przyjaciela Polski" - mówi dzisiaj Anna Walentynowicz.

Bój się Boga, Lechu

Na początku roku 1993 Anna Walentynowicz, Andrzej Gwiazda, Kazimierz Świtoń i Kornel Morawiecki zażądali, by prokuratura ścigała ich za, to, że publicznie oskarżyli Lecha Wałęsę o współpracę z SB. Liczyli na to, że w trakcie procesu sądowego o znieważenia głowy państwa zostaną odtajnione dokumenty mające świadczyć o agenturalnych powiązaniach prezydenta. Prokurator odmówił jednak wszczęcia wobec nich postępowania. W maju 1994 roku w czasie promocji swojej książki w Poznaniu Anna Walentynowicz oskarżyła Wałęsę o złodziejstwo i przynależność do SB. W czasie kampanii prezydenckiej 1995 roku w lewicowej prasie ukazał się list otwarty do Wałęsy: "Ty się naprawdę nie boisz Boga, Lechu?". Składał się z 17 oskarżycielskich pytań, w których Walentynowicz zarzucała prezydentowi współpracę z SB, obyczajowe ekscesy, złodziejstwo i kłamstwa. Twierdziła, że jego - i SB - współpracownik Wachowski szantażuje go zdjęciami ze wspólnych orgii. Policja, na wniosek sądu, skonfiskowała cały nakład wadowickiego miesięcznika "Nad Skawą", w którym miał ukazać się list. Anna Walentynowicz konsekwentnie odmawiała udziału w spotkaniach organizowanych przez "Solidarność": nie przyjęła zaproszenia gdańskiej "S" na obchody rocznic porozumień gdańskich w 1995 i w 1998 roku.

Agentura jest wszędzie

Nadal aktywna w życiu publicznym, w dziesiątą rocznicę protestacyjnej głodówki w krakowskim Bieżanowie, upomniała się o Polaków na Wschodzie i wezwała do zorganizowania sympozjum przeciwko eutanazji i aborcji. Broniła księdza Jankowskiego oskarżanego o antysemityzm. Jej obecne poglądy są charakterystyczne dla całej grupy byłych działaczy i współzałożycieli "Solidarności", którzy po Okrągłym Stole znaleźli się poza związkową elitą: "To, co robi dzisiejsza, fałszywa "Solidarność" to bandytyzm. Zarzuca się mnie i Andrzejowi Gwieździe, że jesteśmy nieudacznikami i nie odnaleźliśmy się w nowej rzeczywistości. A jak miałam się odnaleźć? Kraść razem z nimi?" - pyta. 

W rozmowie Anna Walentynowicz utrzymuje, że od 1989 roku elity polityczne rządzące Polską przesycone sa wzajemnie wspierającą się byłą agenturą. "Nie uczestniczę w żadnych oficjalnych obchodach, bo nie chcę firmować tych ludzi swoim nazwiskiem" - oświadcza. Z biegiem lat rozbudowuje również swoje oskarżenia pod adresem Lecha Wałęsy. Obecnie utrzymuje, że w momencie rozpoczęcia strajku był on już kadrowym pracownikiem Służby Bezpieczeństwa i miał doprowadzić do wygaśnięcia protestu. Przypomina sobie, że Wałęsa dostał się do strajkującej Stoczni przywieziony od strony morza, motorówką Marynarki Wojennej. 

Dzisiaj Anna Walentynowicz przyznaje, że chociaż nadal prowadzi działalność publiczną, to robi to na własną rękę. "Szukam, jak w 1978 roku, ludzi do walki. Organizuję sympozja "W trosce o dom ojczysty". Materiały z nich przesyłam do bibliotek, żeby pozostało świadectwo, że nie wszyscy zgadzali się z obecną rzeczywistością. Twierdzi, że nie będzie już startować w wyborach. "Chyba udało im się wyeliminować mnie z życia publicznego" - mówi o swoich przeciwnikach.


Gdańsk 17.03.1980

Obywatelka

Anna Walentynowicz

Nr ewid. 13334/Gs

[...] W dniu 10 b. m. Po ukończeniu szkolenia w zespołowej obsłudze suwnic, zamiast wrócić niezwłocznie do swego stanowiska pracy, udała się Obywatelka na Wydział K-3, gdzie zakłóciła porządek przez rozdanie ulotek i odrywanie tym samym ludzi od pracy. Tym postępowaniem dopuściła się Obywatelka naruszenia podstawowych obowiązków pracowniczych dając podstawę do rozwiązania umowy o pracę bez wypowiedzenia. Biorąc pod uwagę wieloletni staż pracy Obywatelki i Jej zaawansowany wiek, tym razem Kierownictwo Stoczni nie zastosowało sankcji przewidzianej w art. 52 kp, lecz ograniczyło się do udzielenia kary nagany. 

W przypadku dopuszczenia się przez Obywatelkę jeszcze raz podobnego wykroczenia lub naruszenia w inny sposób dyscypliny pracy, umowa o pracę zostanie rozwiązana z jej winy bez wypowiedzenia.

Kierownik Biura

d/s Osobowych i Analiz Społecznych 

Stoczni Gdańskiej im. Lenina

mgr Zbigniew Szczypiński

 

fio

© 2022. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www