zadra-na-www

MATRONATY

Feminizm i polityka

Na Zachodzie feminizm drugiej fali najpierw przemaszerował ulicami, a potem okrzepł w partiach politycznych, na uniwersytetach oraz w licznych organizacjach i instytucjach. U nas było odwrotnie: feminizm zaczął się na uniwersytetach, by stopniowo, falami, rozprzestrzeniać się coraz bardziej. 

Początkowo, w połowie lat 80., był pasją niewielkiej grupki kobiet, potem stał się wspólną sprawą coraz większej liczby kobiet, a także mężczyzn.

Dla mojego pokolenia, które wchodziło w dorosłe życie wraz z "Solidarnością", stopniowo stawało się jasne, że sprawa zrównania szans życiowych kobiet i mężczyzn to sprawa polityczna. Polityczna, bo nie jednostkowa, dotycząca nie indywidualnej sytuacji życiowej, lecz całej grupy społecznej, której wspólną cechą jest ta sama płeć. Polityczna, bo odnosząca się do relacji władzy.Wreszcie polityczna, bo znajdująca stopniowo odzwierciedlenie w programach i strategiach partii politycznych. Takie tematy, jak zakaz aborcji, większe bezrobocie kobiet czy przeciwdziałanie przemocy wobec kobiet, stały się tematami debat publicznych, choć do niedawna były przez partie ignorowane.

Postulaty ruchu kobiecego bardzo ostrożnie przejmują partie lewicy i środka. W żadnej partii - ani postkomunistycznej ani postsolidarnościowej - nie ma dotąd konsekwentnych obrończyń spraw kobiet. Ruch kobiecy w Polsce nie ma swej politycznej reprezentacji. Źadna partia nie broni konsekwentnie pierwszego i podstawowego postulatu ruchu kobiecego - prawa do legalnej i bezpiecznej aborcji.

Prorodzinne bajanie

Pod hasłem "polityki prorodzinnej" prawica drastycznie ograniczyła prawa człowieka w odniesieniu do kobiet. Kobiety w niechcianej ciąży tracą prawo do dysponowania swoim ciałem. Ustawa aborcyjna dopuszcza przerwanie ciąży jedynie w nielicznych, szczególnie dramatycznych przypadkach zagrożenia życia matki czy ciąży z gwałtu. Tymczasem większość niechcianych ciąż to wynik niewiedzy o antykoncepcji lub niestosowania jej, względnie presji, z którą kobieta nie potrafiła sobie poradzić. Źądanie, żeby za chwilę zapomnienia lub uległości dziewczyna czy kobieta płaciła przez całe życie, jest żądaniem okrutnym i bezwzględnym. 

Wydłużenie urlopów macierzyńskich - rozwiązanie pozornie prokobiece - skutecznie odsuwa kobiety od rynku pracy. Już teraz pracodawcy uważają kobiety za pracowników gorszych, bo obciążonych ryzykiem długiej absencji. W zawodach, w których procentowo kobiet jest dużo, np. w księgowości, zmiany następują tak szybko, a potrzeba kształcenia się na bieżąco jest tak ważna, że kilkumiesięczny brak kontaktu z zawodem może spowodować znaczne obniżenie kwalifikacji. Dodajmy do tego frustrację kobiety dotąd aktywnej zawodowo, dysponującej swoimi pieniędzmi, mającej znajomych w pracy, która na kilka miesięcy ma zamknąć swoje życie w czterech ścianach domu, frustrację, która w ten czy inny sposób odbije się na relacjach wewnątrz rodziny. W sytuacji, gdy już teraz pracodawcy żądają od kobiet zaświadczeń od lekarza o braku ciąży, wydłużenie urlopów macierzyńskich jest wyrazem planowej polityki wypychania kobiet z rynku pracy i zmniejszania bezrobocia wśród mężczyzn kosztem kobiet. 

Praca kobiet w domu, na rzecz męża i dzieci, nie jest przy tym traktowana jak każda inna praca. Nie ma za nią ustalonego wynagrodzenia, nie ma normowanego czasu pracy, zwolnień chorobowych, urlopów, zastępstwa ani dodatku za pracę na nocnej zmianie. Nie ma też reguł dotyczących sposobu wydawania pieniędzy przyniesionych przez mężczyznę do domu. 

Przemoc w domu najczęściej dotyczy kobiet i dzieci i jest to zjawisko o zasięgu o wiele szerszym, niż się wydaje. Do niedawna nie były prowadzone żadne badania na ten temat, a w statystykach policyjnych taka pozycja nie figurowała. Znęcanie się nad członkami rodziny określano mianem "sprzeczki rodzinnej", policja odmawiała interwencji. Do tej pory nie ma wystarczających środków zaradczych. Politycy "prorodzinni" bagatelizują zjawisko przemocy w domu. Rola, którą wyznaczają kobietom w społeczeństwie to wyłacznie rola żony i matki. Feministki natomiast domagają się wolności wyboru zarówno dla tych kobiet, które chcą się realizować w życiu domowym jak i dla tych, które nie chcą zakładać rodziny. Krytykują naiwność i krótkowzroczność konserwatystów, którzy idealizują tradycyjną rodzinę, odmawiając przyjęcia do wiadomości informacji o obecności w niej przemocy i wyzysku. Domagają się zapewnienia przez państwo ochrony dla członków rodziny, niebagatelizowania dziejących się wewnątrz rodziny aktów bezprawia, nietraktowania rodziny jako obszaru eksterytorialnego, poza państwem, gdzie nie obowiązuje kara za przemoc i gwałt.

Wszyscy chcemy, żeby było pięknie, zdrowo i szczęśliwie, a nie brzydko, biednie i źle, dlatego demagogicznej bajki prawicy o dobrej, zdrowej, normalnej rodzinie słucha się chętnie. Jednak taka rodzina, jaką chciałby widzieć eks-minister Kapera czy jego następczyni, minister Smereczyńska, to rodzina z bajki, wymyślona, pozbawiona kontekstu ekonomicznego i psychologicznego. Groźne w tym wszystkim jest to, że bajkę tę przemocą, przy pomocy ustaw i przepisów prawnych, od dziesięciu lat stopniowo, konsekwentnie wciela się w życie. Kosztem wolności wyboru, której odmawia się kobietom.

Nie wierz, Zosiu, komuniście -

głosiły słowa piosenki z końca lat 40. Tę piosenkę warto przypomnieć i dziś, gdy na największych obrońców interesów kobiet kreują się partie postkomunistyczne. Ich specjalnością jest dawanie obietnic bez pokrycia. Politycy obozu postkomunistycznego, licząc na krótką pamięć wyborczyń, mają zwyczaj przed wyborami mizdrzyć się do kobiet, by po wyborach - nie wracać do tematu. Aleksander Kwaśniewski przed wyborami prezydenckimi w 1995 roku obiecywał liberalizację ustawy antyaborcyjnej, a mimo to ustawa obowiązywała prawie do końca kadencji Sejmu z większością postkomunistów, do 1997 roku. Postkomunistyczny rząd wspierany przez postkomunistycznego prezydenta mógł tę ustawę z łatwością zmienić, tymczasem zrobił to dopiero w roku kolejnych wyborów do Sejmu, gdy rząd postkomunistów oddawał już władzę. 

Gdy okazało się, że ruch kobiecy w Polsce ma coraz więcej zwolenniczek i zwolenników, wśród polityczek i polityków lewicy dało się zauważyć przekonanie, że kobiety potrzebują swej "awangardy" i że należy im ją zapewnić. Pojawiły się polityczki, które "z własnego nadania" zaczęły się poczuwać do reprezentowania ruchu kobiecego. Nie było ich w 1989 roku na akcjach protestacyjnych przeciw wprowadzaniu ustawy antyaborcyjnej ani w ruchu na rzecz referendum aborcyjnego w roku 1992. 

Nieporozumieniem jest również utożsamianie feminizmu z antyklerykalizmem. Niektóre posłanki lewicy, np. Izabela Sierakowska, bywają nazywane "radykalnymi feministkami", bo krytykują Kościół. Tymczasem feminizm wprawdzie stoi politycznie w opozycji do prawicy popieranej przez Kościół, lecz jego celem nie jest zwalczanie Kościoła, a obrona interesów kobiet. Partie lewicowe popierają feministyczną krytykę Kościoła, nie przyjmując jednak do wiadomości, że feministki domagają się czegoś więcej: nie chodzi o kurtuazyjne wpuszczenie na chwilę na mównicę. Chodzi o przyjęcie do wiadomości, że kobiety są pełnoprawnymi uczestniczkami życia publicznego, a nie stawką w politycznej grze o władzę.

Solidarność kobiet

Uczestniczki dyskusji w Res Publice Nowej (? /2000) stwierdziły zgodnie, ze kobiety ciągle jeszcze zamieszkują krainę Peerelu. Panuje w niej powszechna zgoda na ograniczanie praw obywatelskich kobiet. Nie uczestniczą w stanowieniu praw, lecz otrzymują je "z góry" i muszą się im podporządkować. Mężczyźni w Polsce uchwalają konstytucję, ustawy i kodeksy, kobiety natomiast muszą sobie jakoś, po swojemu, radzić z ustanowionymi przez nich prawami. Jak obywatele poprzedniego systemu, tak dzisiejsze kobiety w Polsce wiedzą - po prostu wiedzą - że polityka jest nie dla nich. Znakomicie sobie radzą jako menedżerki w swych firmach czy dyrektorki w szkołach, ale rzadko wpadają na pomysł, by zaangażować się w działalność polityczną.

Opinie kobiet, że feminizm jest teorią - i tylko "interesującą teorią" - to kolejna postać typowego dla kobiet lęku: jeśli powiemy głośno, czego chcemy, to nie dość, że na pewno tego nie dostaniemy, to jeszcze spotka nas jakaś straszna kara za nasz brak pokory, za wychylanie się i bezczelne wymagania. Nam przecież nie wolno żądać, musimy sobie radzić z tym, co jest i cieszyć się, że nie jest gorzej... 

Najwyższy czas wychylić się, przyznać, że i owszem, o politykę również nam chodzi. Teorie feministyczne pomagają lepiej zrozumieć rzeczywistość, w której żyjemy i przez to ułatwiają działania polityczne, pracę na rzecz zmiany świata na taki, który byłby przyjazny dla kobiet. Nie opłaca się bać, nie opłaca się milcząca zgoda na to, by o naszych sprawach decydowali inni, by w naszych interesach występowali politycy i partie, dla których ważniejsze są ich własne cele. Jak długo można biernie przyglądać się niesprawiedliwości i lekceważeniu kobiet? Jak długo można wyczekiwać, że "się" coś zmieni? Kiedy? Gdy siostra, przyjaciółka czy córka przeżyją niebezpieczeństwa i upokorzenia nielegalnej aborcji? Gdy kobiety wykształcone, w pełni sił, odsuwane będą od pracy zarobkowej? Gdy kolejni gwałciciele dostaną wyrok w zawieszeniu? 

"Kobieca solidarność" bywa przedmiotem gorzkich żartów. Jednak zaangażowanie polityczne kobiet i wspieranie się w tym nawzajem jest jedyną drogą wyjścia z Peerelu. Ważne jest budowanie wokół siebie więzi pomiędzy kobietami, które chcą wpłynąć na zmianę rzeczywistości, w której wszystkie żyjemy. Nie ma sensu czekać na instrukcje i odgórne dyrektywy, trzeba liczyć na siebie i swoje najbliższe koleżanki. Nie dajmy się zamknąć w domu politykom prawicy, nie dajmy się "reprezentować" politykom lewicy. Polityka nie jest podium wyłącznie dla mężczyzn, to jest miejsce, z którego zaczyna się zmieniać rzeczywistość. 

Miejsce polityki kobiecej jest wszędzie tam, gdzie my, kobiety, solidarnie, głośno, wyraźnie i konsekwentnie zaczynamy się domagać sprawiedliwości. Nie tylko, jak zwykle, dla innych. Także dla siebie samych.

 

fio

© 2022. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www