zadra-na-www

MATRONATY

Gdzie jest Teresa?

Scenariusz filmu, oparty na powieści Emila Zoli Teresa Raquin, napisała Joanna Źółkowska. Sama scenarzystka powiedziała o planowanym filmie: "To melodramat z elementami kryminału. Jest w nim miłość, seks i zbrodnia. Są prawdziwi, nie papierowi bohaterowie. Wszyscy aktorzy zgodnie stwierdzili, że zaproponowano im świetne role". Dodajmy do tego jeszcze wypowiedź Magdaleny azarkiewicz, która charakteryzuje swoje przedsięwzięcie w taki sposób: "Od dawna chodził mi po głowie pomysł nakręcenia filmu o miłości. Dlaczego? Bo istnieje głód takich filmów, a może dlatego, że się starzeję. To jest film do przeżywania. Opowiada o ludzkich emocjach i mam nadzieję, że takie emocje wywoła. Bardzo ważna jest uczuciowość postaci, ich niezwykła emocjonalność. I mnie właśnie to pociąga w tej historii - intensywność przeżywania uczuć i emocji".

Z obu wypowiedzi wynika, że miłosna historia miała tu znaczenie pierwszorzędne. Na początku wieku młoda kobieta, Teresa (Justyna Steczkowska), przyjeżdża wraz z rodziną do Mandżurii. W chaotycznym i obcym dla niej świecie czuje się niepewna i zagubiona. Równie niepewnie czuje się w swojej rodzinie, zdominowanej przez teściową (Joanna Źółkowska), która bezgranicznie kocha swojego syna Kamila (Dariusz Toczek). Małżeństwo Teresy i Kamila ma przedziwny charakter. Wychowani są ze sobą od dzieciństwa, a uczucie, jakie ich łączy, jest czułością brata i siostry, a nie miłością mężczyzny i kobiety. Samotność Teresy, jej poczucie alienacji w rodzinie, której nie czuje się pełnoprawnym członkiem, wreszcie jej namiętna natura, sprawiają, że nie znajdująca zadowolenia w białym małżeństwie kobieta wikła się w romans z ekscentrycznym malarzem Wiktorem (Aleksander Domagarow). Prowadzi to do rodzinnej tragedii.

W założeniu (także w literackim pierwowzorze) mamy więc do czynienia z historią, która przedstawia dramat kobiety samotnej, próbującej wyrwać się z narzuconych reguł i wyjść poza przypisane jej miejsce. Kobiety zmagającej się z dramatem odrzucenia jej przez świat, ale także dojrzewającej do poważnych decyzji i odkrywającej w sobie zdolność do miłości i poświęcenia. Niestety, pierwsza refleksja, która pojawia się po obejrzeniu filmu, a nawet już w trakcie jego oglądania, brzmi właśnie - "w założeniu, a nie w ostatecznej realizacji", a potem jest jeszcze druga - "to mógł być piękny film". Dlaczego więc nie jest?

Można odpowiedzieć na to pytanie dość przewrotnie. To jest piękny film. Wyrafinowane (zwłaszcza we wnętrzach) zdjęcia Tomasza Dobrowolskiego eksponują urodę ekranowego świata. Intensywne kolory, precyzja w kompozycji kadru sprawiają, że film ten ogląda się z dużą przyjemnością, a chwilami nawet z rosnącym podziwem. Ale zaraz, tuż obok tej estetycznej (niewątpliwie) przyjemności w obcowaniu z filmem Magdaleny azarkiewicz, pojawia się drążąca widza wątpliwość, że oto pod tą precyzyjną, chłodną urodą nic więcej się nie kryje. Romans Teresy, jej tragedię, dramat całej rodziny widz obserwuje niezaangażowanym okiem estety i w konsekwencji niewiele obchodzi go sama historia i jej bohaterowie. Ten prymat wizualnej strony nad treścią filmu najlepiej pokazuje sposób, w jaki traktowana jest główna bohaterka. Obsadzenie w tej roli Justyny Steczkowskiej miało być pewnie magnesem przyciągającym do kina zwłaszcza młodą publiczność. Poza tym - jak podkreślała to sama reżyserka - piosenkarka miała wnieść na ekran swoją wyrazistą osobowość, a także intensywną, niebanalną urodę. I pewnie tak się stało -bowiem Steczkowska jest bardzo umiejętnie fotografowana - lecz poza tym nie stało się nic innego. Justyna Steczkowska jest na ekranie i to powinno nam wystarczać. Cóż zrobić, kiedy nie wystarcza. Rozpaczliwie pragniemy Teresy, jej dramatu, jej rozterek, zdrady i odrzucenia. Tego nie otrzymujemy. W zamian dostajemy szereg wystudiowanych kadrów, podkreślających barwny charakter świata i oryginalną urodę bohaterki. Nie jest to zresztą wina nieprofesjonalnej aktorki, nie uważam bowiem, żeby Steczkowska źle wywiązała się ze swojego zadania. Zrobiła dokładnie to, co do niej należało: ubarwiła swoją osobą obsadę filmu i wydaje się, że nikt od niej niczego więcej nie wymagał. A szkoda, bo materiał na rolę był bardzo dobry. Zresztą pozostała część aktorów także niewiele ma do zagrania. Zwłaszcza opromieniony niedawnym sukcesem filmu Jerzego Hoffmana Aleksander Domagarow źle czuje się w roli wymagającej od niego jedynie szelmowskich uśmiechów i nonszalanckiej brutalności w stosunku do zakochanych kobiet. 

Ten sposób traktowania postaci filmowych, ich epizodyczny, znakowy charakter sprawia, że filmowej historii brakuje prawdy i wyrazistości. Można próbować odeprzeć tę krytykę twierdząc, że właśnie takie miało być artystyczne zamierzenie filmu: forma ponad treścią, zabawa formą, przekraczanie formy, artystyczna kalkulacja ponad emocjonalnym zaangażowaniem. Niestety. Podczas oglądania filmu widz odnosi wrażenie, że to zamierzenie miało być zgoła inne, ale sami twórcy nie bardzo umieli zdecydować się na to, czym chcą nas uraczyć: dramatem kobiety, historią miłosną czy wystudiowanym, poetyckim wideoklipem nakręconym do muzyki, którą osobiście napisała odtwórczyni głównej roli. I tak sobie myślę, że w tym tkwi podstawowy błąd filmu Na koniec świata, błąd, który sprawia, że w ostatecznym rozrachunku mamy do czynienia z dziełem nieudanym, o którym zapomina się już w dwie godziny po wyjściu z kina. Tym błędem jest najpierw wyczuwalne przez widza, a potem niestety pogłębiające się podczas trwania całej projekcji odczucie, że mamy tu do czynienia z całkowitym brakiem reżyserskiej konsekwencji, z nieobecnością jasnej wizji tego, o czym się chce widzom opowiedzieć i czym zająć ich uwagę. A to jest poważny zarzut, bo nie takiej postawy oczekuje się od doświadczonej przecież reżyserki, która kiedyś, ponad piętnaście lat temu, przedstawiając swój debiutancki telewizyjny film Przez dotyk, zaostrzyła nasz apetyt na filmy, w których życie i wrażliwość kobiet znajduje obrazowy ekwiwalent w subtelnie dobieranych środkach artystycznych. Niestety, droga jaką od jakiegoś czasu podąża Magdalena azarkiewicz prowadzi artystkę w stronę poetyckiej wprawdzie, ale jakże przy tym zimnej stylizacji świata, sięgającej swoimi korzeniami do estetyki programu Ogród sztuk, którego Magdalena azarkiewicz była współtwórczynią. Ale Teresa Raquin Zoli to nie Ogród sztuk i nie piszę tego po to, aby popisać się złośliwą uwagą czy wytknąć reżyserce brak wrażliwości, której przecież nie można jej odmówić. Chciałabym jedynie zwrócić uwagę na wcale nierzadką w polskim kinie ostatnich lat praktykę pokrywania braku "czegoś" (trudno powiedzieć czego - myśli, osobistego zdania, może dojrzałości, a może umiejętności zbudowania własnego obrazu świata) istotnego, co stanowi o sile sztuki - i to nie tylko filmowej - estetyką choinkowej bombki, błyszczącej i malowanej, ale pustej. Przypadek ostatniego filmu azarkiewicz pogłębia we mnie smutne przekonanie, że i ta artystka nie chciała mnie poruszyć historią, którą przedstawia, opowiedzieć mi o czymś, co zaintrygowało ją samą, i czym właśnie chce się ze mną podzielić, a pragnie jedynie połaskotać moją estetyczną wrażliwość, zakładając oczywiście, że takową wrażliwość posiadam.

W tym wszystkim najbardziej żal zmarnowanego potencjału. Literackiego pierwowzoru, który podsunął pierwszorzędny wyjściowy pomysł, aktorów, którzy nie na wiele się tu przydali, operatorskiego talentu Dobrowolskiego, słowem tego, co mogło złożyć się na bardzo interesujący film. Ale się nie złożyło. A to, o czym mówi scenarzystka w cytowanej przeze mnie na początku wypowiedzi, trudno jest odnaleźć w gotowym dziele. Ani seksu, ani kryminału, ani prawdziwych bohaterów. A na dodatek jeszcze: gdzie w tym wszystkim jest Teresa?

Na koniec świata. Reż. Magdalena azarkiewicz. Polska 1999

 

fio

© 2022. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www