zadra-na-www

MATRONATY

Feminizm jako dziwo

Kilka uwag na marginesie dyskusji feministycznej w Gazecie Wyborczej

Powiem rzecz banalną. W Polsce potrzebny jest feminizm.

Brałam ostatnio udział w dyskusji panelowej, w której występowała też Małgorzata Fuszara, Sławka Walczewska oraz - w charakterze sojusznika feminizmu - Piotr Pacewicz z "Gazety Wyborczej". Na zaproszeniach wypisano (podobno przez pomyłkę!) pytanie: "Czy w Polsce potrzebny jest feminizm?" Trochę mnie to zdziwiło, bo jeśli chodzi o feminizm, to wolę pytania zaczynające się na przykład na "jaki" niż na "czy". Ale trudno, pomyślałam sobie, słuszna racja, potrzebny jest jak nie wiem co. Mogę im coś o tym powiedzieć. No i powiedziałam tak: 

Owszem, w Polsce potrzebny jest feminizm. I to od zaraz. Mój tekst w "Gazecie Wyborczej" był czymś w rodzaju ogłoszenia prasowego o tej właśnie treści. Potrzebny jest w Polsce ruch społeczny, który domagać się będzie respektowania praw kobiet, który uświadomi rządzącym, że w demokratycznym państwie nie tylko nie należy, ale także NIE DA się tych praw lekceważyć. Bo dotyczą one realnej grupy społecznej, która posiada realną siłę politycznego nacisku. Potrzebny jest w Polsce ruch kobiecy, taki jak ten, który wielokrotnie wyprowadzał na ulice Nowego Jorku i Waszyngtonu setki tysięcy kobiet, który stworzył w Stanach system kobiecego lobbingu, ostrego i skutecznego protestowania przeciw dyskryminacji, promowania i finansowania kobiet kandydatek do senatu. Potrzebny jest, widać to chyba gołym okiem. 

Bez tak rozumianego feminizmu jeszcze długo reprezentować nas będą osoby w rodzaju Kazimierza Kapery, Marii Smereczyńskiej lub Alicji Grześkowiak, a zachodnie demokracje trwać będą w błogim przekonaniu, że takich przedstawicieli wybrały sobie same Polki. W Anglii czy Francji nikomu do głowy nie przyjdzie, że nikt nas o zdanie nie pytał. I właśnie po to, żeby nas pytał, potrzebny jest w Polsce feminizm. Nie twierdzę, że brak silnego ruchu kobiecego sprawia, że w Polsce panuje jednolity patriarchalny mrok. Skądże znowu. Przeciwnie, nasza scena polityczna jest pod tym względem niezwykle różnorodna. Interesy kobiet - te najbardziej oczywiste, związane z pozycją na rynku pracy, zdrowiem, planowaniem rodziny - są w III RP traktowane na trzy, jakże różne, sposoby. Prawica lekceważy nas w sposób otwarty i brawurowy: prawa kobiet są wszak sprzeczne z interesami rodziny. Lewica lekceważy nas w sposób zakamuflowany: przed wyborami twierdzi, że dba o kobiety jak najczulszy kochanek, zaś po wyborach, jak po ślubie, zajmuje się ważniejszymi sprawami. Wreszcie tzw. liberalny środek lekceważy prawa kobiet w sposób strategiczny, z żalem składając je na ołtarzu swych związków koalicyjnych z prawicą. Dlaczego? Wiadomo: aby ocalić rzecz jedynie istotną, gospodarkę. Dopóki w Polsce nie pojawi się feminizm rozumiany jako realna siła polityczna reprezentująca interesy kobiet, będziemy miotać się między tymi trzema opcjami.

Bez brody

Feminizm to jednak nie tylko ruch społeczny, to także pewien dyskurs, pewien sposób myślenia o relacjach władzy w społeczeństwie, gotowość do stawiania pewnego rodzaju pytań - słowem - pewien rodzaj świadomości. Świadomość, jak to świadomość, obejmuje różne myśli. Takie na przykład, że to kultura, a nie natura decyduje o podziale obowiązków domowych i że podział ten można zmieniać. Albo taka myśl na przykład, że kobiety NIE CHCĄ być gwałcone, i że sugerowanie, że jest inaczej, samo w sobie jest aktem przemocy. Lub że seksizm to rodzaj nienawiści, a nie gra towarzyska, a molestowanie seksualne jest przestępstwem, a nie formą flirtu. Na Zachodzie świadomość feministyczna ma już długą siwą brodę i chociaż niektóre z tych poglądów wciąż podlegają dyskusji, inne (jak ten o gwałcie) weszły do szerokiego nurtu kultury na stałe, stając się elementem wiedzy potocznej, z której czerpią wszyscy. 

Tymczasem w Polsce takiej wiedzy potocznej po prostu nie ma. I dlatego, nawet w tych rzadkich przypadkach, kiedy pojawia się dobra wola, tak trudno jest nam publicznie na pewne tematy rozmawiać. W naszym dyskursie publicznym - tym w parlamencie i tym w mediach - dyskryminacja kobiet znalazła się w jednym worku z obyczajowością: zajmują się nią nie politycy i prawnicy, lecz moraliści lub dziwacy. Panuje powszechne przekonanie - to właśnie, które w demokracjach zachodnich tak gruntownie podważył feminizm - że relacje między płciami są rzeczą prywatną, ba - nawet nieco wstydliwą. A skoro tak, to wara od tego państwu, wara nauce. Każdy jest facetem albo kobitą, więc każdy coś na ten temat wie, a jako że mamy pluralizm, to chętnie uznajemy, że każdy pogląd jest równie słuszny, wszystkie chwyty dozwolone. W debacie na temat sytuacji kobiet taką samą (jeśli nie większą) wagę przypisuje się obiegowym stereotypom i anegdotkom, co faktom, statystykom czy normom międzynarodowym. Powiem więc rzecz na pozór paradoksalną: feminizm jako pewien sposób myślenia i mówienia o płci jest nam potrzebny po to, byśmy w ogóle byli w stanie o płci poważnie rozmawiać.

Kto jest feministką?

Cóż to za pogląd ten feminizm, którego nam tak bardzo potrzeba? Najszerzej akceptowana definicja feminizmu składa się z dwóch członów: opisu i oceny. Po pierwsze mamy więc przekonanie, że kobiety cierpią dyskryminację z powodu swojej płci, po drugie zaś negatywną ocenę tej sytuacji i chęć, by za pomocą mniej lub bardziej radykalnych środków ją zmieniać. Można się spierać, czy fakt posiadania takich właśnie poglądów to warunek wystarczający, by nazywać kogoś feministką. Osobiście uważam, że wypada poprosić jeszcze o zgodę zainteresowaną/ego, bo feminist(k)a to osoba, która CHCE być identyfikowana z ruchem feministycznym. Źadnych tam zapisów na siłę, nikomu nie zamierzam wmawiać, że jest kimś, kim być sobie nie życzy. Jednak z całą pewnością opisane wyżej poglądy są feminizmu warunkiem koniecznym.

Nie jest więc feministką osoba, która twierdzi, że nie ma dyskryminacji i nic nie należy w relacjach między płciami zmieniać. Nie jest nią też osoba, która utrzymuje, że żyjemy w matriarchacie i temu właśnie trzeba zaradzić. Nie jest wreszcie feministką ktoś, kto uważa, że kobiety owszem, bywają dyskryminowane, ale tak właśnie być powinno, bo taka jest wola boża. 

Te trzy nie-feministyczne poglądy to nie tylko przegląd logicznie możliwych opcji. Stwierdziłam jakiś czas temu z pewnym zdumieniem, że każdy z nich całkiem realnie funkcjonuje w polskim dyskursie publicznym. Można je usłyszeć w radiu, TV, przeczytać w prasie. I bynajmniej nie jest tak, by wizje 1) polskiego matriarchatu, 2) absolutnej równości płci lub 3) słuszności patriarchatu funkcjonowały na równych prawach z poglądem, który określiłam jako feministyczny. Nie, one mają praw znacznie więcej: padają z ust "ekspertów" jako wiedza naukowa, zaś "szary człowiek" wypowiada je jako światopogląd zdroworozsądkowy, pokazując jednocześnie jak bardzo "lud" nie lubi feminizmu. Mądrości te rozbrzmiewają też w ustach patriarchów Kościoła, jako prawda dana od Boga. 

Tymczasem rozsądny, zdawałoby się, bo poparty statystykami i normami prawa międzynarodowego pogląd, że dyskryminacja jest i że to niedobrze, funkcjonuje na wariackich papierach. Z wariatami, jak wiadomo postępuje się rozmaicie, więc i z feminizmem polskie media poczynają sobie różnie. Opiszę dwie strategie, które wydają mi się charakteryzować stosunek mediów do feminizmu, zapraszam jednak wszystkich i wszystkie do zmieniania i poszerzania tej listy.

Co się robi z wariatem

1. Wariata nie dopuszcza się do głosu. Ktoś inny, normalny, występuje w jego imieniu, streszcza jego poglądy. Tym kimś, nawiasem mówiąc, często bywa Janusz Korwin-Mikke, co jest zjawiskiem zastanawiającym. To tak, jakby do każdej dyskusji o sytuacji polskich Źydów zamiast, a w najlepszym wypadku oprócz, Konstantego Geberta zapraszano grupę rozjuszonych skinheadów. O ile jednak od pewnego czasu i w pewnych kręgach nie wypada w Polsce być antysemitą lub z antysemitami publicznie się zadawać, o tyle kwestii kobiecej normy poprawności politycznej w naszym kraju zdają się nie dotyczyć. Kinga Dunin pisała już o tym, że powiedzieć "jestem seksistą" w środowisku liberalnym uważane jest za rzecz w dobrym tonie. Dlatego też "Gazecie Wyborczej", która skądinąd polityczną poprawnością w kwestii kobiet nie grzeszy, można i należy oddać feministyczny hołd. W opublikowanej tego lata debacie, którą zainicjował mój tekst, dopuszczono do głosu feministki. Fakt, że nie wszystkie: i nie jest przypadkiem, że odpadł tekst Sławki Walczewskiej, który sprawnym ruchem odsłonił tandetność wywodu ulubionej "feministki-ale" "Wyborczej", Joanny Bator. Hołd "Gazecie" jednak składam, bo dyskusja się odbyła. Ba, redakcja zdecydowała się nawet (po krótkim wahaniu) zrezygnować z przeplatania naszych tekstów tekstami antyfeministycznymi, wedle reguły jeden na jednego, żeby był pluralizm. W efekcie powstała, po raz pierwszy chyba w wysokonakładowej polskiej prasie, przestrzeń, w której feministki mogły pokazać rozmaitość swoich poglądów, nie będąc zmuszone do zwierania szyków wobec argumentacji polemistów, którzy z upodobaniem określają samych siebie jako Męskie Szowinistyczne Wieprze. Zresztą teksty antyfeministyczne w tej debacie też nie stanowiły spreparowanej redakcyjnie sieczki (takie teksty pojawiają się od czasu do czasu w innych czasopismach), której celem jest rozjuszenie przeciwnika - były wyrazem czyichś rzeczywistych poglądów, z którymi dało się potem - o ile dopuszczono nas do głosu - sensownie polemizować. 

2. Metoda druga to dać się wariatowi wypowiedzieć, ba nawet wykrzyczeć, ale w pomieszczeniu dźwiękoszczelnym. Ta strategia ma w stosunku do wariatów i feministek długą tradycję: zamyka się nas w mniej lub bardziej wygodnym, ale zawsze szczelnie od normalnego świata odizolowanym getcie, a następnie z ulgą o nas zapomina. Takim gettem może być pismo kobiece lub talk show nadawany o dziwnej porze. Tam właśnie, wśród przepisów kulinarnych i reklam kosmetyków albo w fotelu ustawionym naprzeciwko zatroskanego Mariusza Szczygła pojawia się feministka. Pojawia się w całej swojej krasie, pojawia się - po transseksualistach, sześcioraczkach, zdobywcach ośmiotysięczników i dorosłym facecie, którego bije mama - jako godne uwagi dziwo. W piśmie kobiecym bywa też i tak, że feminizmowi pozwala się spełnić pewną edukacyjną rolę. Doceniam to i sama godzę się co pewien czas na gettoizację, po to właśnie, aby rolę te spełniać. Jednak samo usytuowanie praw kobiet wśród innych "kobiecych" spraw - takich jak moda, dzieci, gotowanie - całkiem wyraźnie określa rolę feminizmu: nie jako palącą kwestię polityczną lub nawet istotną debatę intelektualną, ale jako ciekawostkę, coś co można "przejrzeć" w chwili relaksu. W pismach wysokonakładowych i "ogólnoludzkich" również udaje się stworzyć dla feminizmu getta: lokuje się go w ciasnych ramach gatunkowych, które wyznaczają też pewien typ odbioru. Najczęściej ramy te stanowi forma felietonu, a za przykład niech nam posłuży cykl Druga płeć Małgorzaty Domagalik we "Wprost". Już sam sposób prezentowania tych tekstów śle czytelnikowi jasny przekaz: to nic pilnego, ot takie tam michałki. Nie jest to materiał publicystyczny, który mógłby spowodować kompromitację jakiegoś polityka.

Damy i ludzie

Faktach (27.10.1999) pojawił się materiał o sytuacji kobiet na rynku pracy. Nawet solidny. Jednak na ekranie towarzyszył mu "seksowny" tytulik: DAMĄ BYĆ. No i jak te kobiety, myśli sobie widz, traktować poważnie? I tu ponownie, choć nieco ostrożniej, składam hołd "Gazecie". Sposób zaprezentowania debaty, łącznie z zainicjowaniem działu "feminizm", sprawiał wrażenie, jakby temat traktowano poważnie. Hołd mój jest jednak ostrożny, bo dział feministyczny znikł, gdy tylko skończył się sezon ogórkowy, a chodzą słuchy, że od tej pory takim działem mają być "Wysokie Obcasy". I tu, mimo mojej ogromnej dla kobiecego dodatku "Gazety" sympatii, muszę powiedzieć, że to znowu nie jest nic innego jak gettoizacja. Bo gdyby nawet "Obcasy" miały w całości stać się pismem feministycznym (a oczywiście tak się nie stanie), to pozostaną wszak pismem DLA KOBIET. Sam fakt zamknięcia problematyki kobiecej w takich ramach jest, rzecz jasna, znaczący. To tak, jakbyśmy mówili ludziom polityki: prawa kobiet, podobnie jak kuchnia, dotyczą TYLKO kobiet, a wy, panowie, możecie się zajmować sprawami ogólnoludzkimi, takimi jak ekonomia, polityka zagraniczna itd. 

A przecież oni właśnie tak robią! 

Moja diagnoza jest zatem dość smutna. Najczęściej stosuje się metodę nr 1, mówiąc o nas, lecz bez nas. Jeśli przypadkiem zaprasza się nas do udziału w osławionym wolnym rynku idei, to w taki sposób (patrz metoda nr 2), by nikt nie wziął naszego towaru poważnie. To, co mamy do powiedzenia, ginie w ogólnym hałasie, zagłuszone przez dowcipasy ludzi pokroju Korwina-Mikke, lub przez samą jego współobecność zostaje sprowadzone do rangi kuriozum. Te z nas, którym zdarza się w mediach gościć w charakterze feministek właśnie, często wymieniają się spostrzeżeniami, co do roli "baby dziwo", w jakiej wypada nam występować. Zjawisko to jest w sumie dość tajemnicze: nikt nas OSOBIŚCIE do tej roli nie wpycha, same też z własnej woli w nią nie wchodzimy, a jednak takie właśnie miejsce nam w polskich mediach przypadło.

Porównanie feminizmu do wariactwa nie jest jednak przypadkowe. Kultura tradycyjna tak właśnie broni się przed zadawaniem sobie jakichkolwiek ryzykownych pytań: ustawia tych, którzy chcą je stawiać, w roli OBCYCH, pomyleńców, wariatów, a w najlepszym wypadku - dziwaków. Podjęcie z kimś takim poważnej dyskusji jest już przyznaniem, że z NORMĄ, w stosunku do której wariat jest wariatem, a feministka "babą dziwo", coś jest jednak nie tak. Na pocieszenie dodam, że taka dyskusja od pewnego czasu jednak się w Polsce toczy.

 

fio

© 2022. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www