| O ideologii ideologicznie |
|
Niby już o tym, pisałam, niby wiem, czym to się je, ale coś każe mi wciąż do tego wracać. Czyli do kłopotliwej kwestii ideologii. Coś albo ktoś. Jeden ze słuchaczy mojego wystąpienia na temat feminizmu w Instytucie Socjologii U.W. nadał tej niemiłej sprawie kształt pytania: "Dlaczego właściwie badaniem kobiet i feminizmu zajmują się feministki? Skąd ten monopol?" Pytania pokrewne padają, gdy mowa o roli feministek w mediach. I nie sa to miłe pytania, bo chodzi o "upolitycznianie" tego, co powinno być "obiektywne". Pytający ustawia się w roli stróż prawdy, sprawiedliwości i intelektualnej uczciwości. Otóż kłopot polega na tym, że pytanie o stronniczość milcząco zakłada pewien kanon bezstronności, pewną poza-ideologiczną przestrzeń, zamieszkiwaną przez pozbawionych światopoglądu badaczy i dziennikarzy, którzy obiektywnie badają rozmaite "zjawiska" - w tym kobiety i feminizm. Niestety, taki kanon i taka przestrzeń w naukach społecznych i w dziennikarstwie nie istnieją. Nie istnieją, ponieważ - teoretycy literatury i językoznawcy wiedzą o tym doskonale - nie istnieje wolny od wartościowania język. "Stronniczość" jest niezbywalną cechą komunikacji, bo mowa zawsze pochodzi skądś. Czyli z jakiejś "strony". I nie chodzi tu tylko o słowa, ale także o struktury zdań i większych całości. Swoiście wartościujące są style (potoczny sugeruje poufałość, ale obniża rangę; wzniosły buduje dystans, ale i nobilituje), a także formy przytoczeń (inaczej do przytaczanych poglądów nastawia nas mowa pozornie zależna, inaczej cytat). Znaczenie ma też jawna lub ukryta obecność podmiotu mówiącego, gesty retoryczne implikujące (lub nie) wspólnotę wartości między nadawcą a odbiorcą ("tak, drogie czytelniczki, nie muszę chyba dodawać że..."). Liczą się też elementy pozatekstowe, takie jak ilustracje itd. - ale o tym za chwilę, już na konkretnym przykładzie. Wreszcie - i ten aspekt sprawy wydaje mi się najistotniejszy - sam fakt podjęcia jakiegoś tematu i ilość poświęconej mu uwagi mają wymiar wartościujący. Rzecz w tym, że feminizm - jako ruch społeczny i jako perspektywa badawcza wprowadzona przez ten ruch do nauki - sam wyrasta z buntu przeciw "stronniczości": przeciw unieważnianiu problemów i doświadczeń kobiet, wykluczaniu ich z dyskursu publicznego i naukowego. Na przełomie lat 60. i 70., gdy powstawały wczesne teksty z feministycznej krytyki literatury, psychologii, socjologii, historii, dziedziny te uprawiano tak, jakby historia ludzkość składała się wyłącznie z czynów mężczyzn, a kultura - z wytworów ich aktywności. Rozwój psychiczny dziecka badano na grupach samych chłopców; kanon literatury obejmował niemal wyłącznie męskich autorów; kobiet nie badano w kontekście pracy i polityki, zaś mężczyzn w sferze rodzinnej. Sam pomysł, by uwzględniać kobiety, by płeć czynić przedmiotem badań lub choćby uwzględniać jako zmienną, pojawił się w naukach społecznych dzięki feministkom - i do dziś wielu socjologom wydaje się egzotyczny. Zajrzyjmy teraz w "stronniczy" sposób do indeksu nowego wydania Historii myśli socjologicznej Jerzego Szackiego (2003). Nie ma w nim ani hasła "kobiety", ani "prawa kobiet", ani "płeć". Jest jednak - co za niespodzianka! - jeden odnośnik do gender studies. Uradowana wielce, wędruję za nim na stronę 860 i trafiam na następujące zdanie: "Godny uwagi jest w ogólności problem relatywizmu między dyscyplinami, a także kształtowania się dziedzin, które nie pasują do żadnej z wcześniejszych klasyfikacji nauk społecznych (np. cultural studies, gender studies i wiele innych)". Problem godny uwagi. W ogólności. Jako jeden z przejawów relatywizmu. Tyle dowie się czytelnik tej klasycznej pozycji o miejscu kobiet w socjologii - o ile, rzecz jasna, rozszyfruje nazwę gender studies jako mającą coś wspólnego z kobietami. |







