zadra-na-www

MATRONATY

Dziewczynki się biją

Równouprawnienie płci staje się czymś coraz bardziej oczywistym, ale wciąż istnieją przyczółki, a nawet bastiony seksizmu. Jeden z takich bastionów odkryłam przez przypadek, szukając informacji o kobietach w sztukach walki.

Natknęłam się na internetowe dyskusje, w których padają kuriozalne stwierdzenia o prawdziwej naturze kobiety, a także na artykuły straszące wzrastającą wśród kobiet agresją. W wielu tekstach pojawia się powiązanie: równouprawnienie = kobieca agresja = brak kobiecości. Przekaz jest jasny: gdy kobiety biorą się za tak "męskie" zajęcie, jakim są sztuki walki czy też boks, nic dobrego z tego wyniknąć nie może. I w tym momencie zaczyna się straszenie: "Wyrastały im wąsy, na całym ciele pojawiał się trądzik, zanikał biust (...) - od czasów enerdowskich babochłopów uprawiających męskie sporty niewiele się zmieniło. Nasze zawodniczki także są gotowe zapłacić za zwycięstwo każdą cenę" - tak rozpoczyna się tekst Gladiatorki XXI wieku zamieszczony na łamach poznańskiego bezpłatnego tygodnika "Dzień dobry" w sierpniu 2003 roku. Autor wylicza negatywne strony tego zjawiska: skrajne wycieńczenie, zaburzenia hormonalne, anaboliki. Najgorzej jest w boksie: "Mikrourazy, powstające na skutek wstrząsów po uderzeniach w głowę, powodują nieodwracalne zmiany. Żaden kask nie uchroni przed nimi. Mózgi bokserek byłyby bezpieczne w czasie walki tylko pod warunkiem, że głowy owinęłyby sobie kołdrami". To wyjaśnienie dra Ernesta Kuchara, specjalisty medycyny sportowej z Wrocławia, zaskakuje przede wszystkim z jednego powodu: czyżby specjalista medycyny sportowej uważał, że kobiece czaszki zbudowane są z jakiegoś innego rodzaju kości niż męskie? Jakoś nigdy czytając o sporcie w wydaniu męskim nie natknęłam się na propozycję owijania sobie przez pięściarzy głów kołdrami. O co więc chodzi? Nasuwa się pewna analogia z artykułami na łamach "Wprost" czy "Newsweeka" o manowcach emancypacji: pracujące kobiety żyją w stresie, wzrasta zachorowalność na zawały, więcej piją i palą - prowadzi to do tego, że w przyszłości osierocą miliony dzieci. Doprawdy smutne, ale dlaczego nikt nie pyta o straty wśród mężczyzn? Dlaczego o negatywnych skutkach pracy w kapitalizmie pisze się dopiero przy okazji tematu emancypacji, a o negatywnych skutkach uprawiania boksu przy okazji tematu kobiet w tym sporcie? Pachnie to oszustwem szytym grubymi nićmi, najzwyczajniejszą mizoginiczną manipulacją. Przeglądając popularną prasę możemy dowiedzieć się, że emancypacja sprowadziła na kobiety setki nieszczęść. Popularny ostatnio był temat alkoholizmu kobiet, a także kobiecej agresji. Dowiadujemy się między innymi, że lawinowo wzrasta liczba przestępstw popełnianych przez nastoletnie dziewczęta. Według cytowanego w artykule Violetty Ozimowskiej Dziewczyny są bardziej okrutne od mężczyzn ("Newsweek" Polska, sierpień 2003) prof. Adama Frączka z Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie, wzrastająca przestępczość dziewczyn "to ciemna strona procesu emancypacji kobiet, który objął wszystkie sfery życia społecznego. - Kobiety coraz częściej są autorytetami w wielu dziedzinach, zajmują wysokie stanowiska w biznesie i polityce; a teraz także w grupach przestępczych". I znowu ta sama logika: przestępczość dziewczyn nie jest wiązana ze zjawiskiem wzrastającej przemocy wśród młodzieży, ale z emancypacją! Bezmyślność czy manipulacja?

Co wypada, a co nie?

Czy dziewczynom w ogóle wypada się bić? Proszę nie zrozumieć mnie źle, potępiam przemoc wśród dzieci, zjawisko kobiecych gangów smuci mnie tak samo, jak cały problem przestępczości nieletnich. Jest to jednak margines. Myślę tu raczej o pewnych stereotypach, a także o odbiorze zjawiska, jakim jest uprawianie przez kobiety sportów walki. W potocznym przekonaniu bowiem są to sporty typowo męskie. Ale przecież obecnie, jak napisała Kinga Dunin, zastrzegając przy tym, że boksu nie znosi, "dziewczynki, tak samo jak chłopcy marzą, by zostać jakimś Tysonem" . Czytajmy więc dalej o pięściarkach: autor pisze o "koksowaniu", znowu, jakby był to problem jedynie tytułowych "gladiatorek", a nie sportu w ogóle. "Konsekwencje >koksowania< dla wielu kobiet są dramatyczne. Medycyna zna przypadki występowania u sportsmenek androgynii, czyli pojawienia się radykalnych zmian w budowie ciała. Zmiany te czasami są trwałe i nieodwracalne. Obniża się im nie tylko tembr głosu, ale także pojawiają się męskie gruczoły mięśniowe. U zawodniczek biorących sterydy występują także bardzo poważne zmiany psychiczne. Tracą one instynkt macierzyński, są agresywne i podejrzliwe". Nie tylko sterydy jednak przyczyniają się do tych "przerażających" zmian. Zawodniczki stosują też różne diety, a w konsekwencji: "Na przykład miesiączka pojawia się dopiero w osiemnastym roku życia, a do tego jest nieregularna. Doprowadza to do problemów z zajściem w ciążę lub jej nieprawidłowym rozwojem". Powraca więc jak refren stara wiktoriańska bajka przeciwników emancypacji o uschniętych jajnikach i macicach, do których prowadzić miała zarówno umysłowa stymulacja kobiet, które chciały studiować, jak i ćwiczenia fizyczne oraz sport. Pisze o tym między innymi Anna Kohli na łamach "Zadry", wskazując, że gdy kobiety żądały możliwości udziału w olimpiadach, straszone były właśnie fatalnymi skutkami dla zdrowia reprodukcyjnego. Gdy argument o uschniętej macicy okazał się jednak zbyt absurdalny, straszono na inne sposoby: "Przestrzegano przed maskulinizacją sylwetki, przed utratą kobiecości, >nieestetycznym< wyglądem, a co za tym idzie - brakiem powodzenia u płci przeciwnej". Te argumenty są wciąż popularne w przypadku dyskusji na temat kobiet uprawiających sporty walki. Można się zastanawiać, dlaczego zaakceptowano kobiety uprawiające lekkoatletykę, ale już nie te, które trenują boks czy karate. W tekstach pojawiają się pytania: "Co powoduje, że mimo niebezpieczeństwa obrażeń i poważnych kontuzji młode kobiety decydują się na uprawianie judo, boksu, zapasów czy podnoszenia ciężarów? Pragnienie udowodnienia czegoś mężczyznom?" Autorzy przypuszczają, że zawodniczki chcą się nobilitować zajmując się tym, co uważane jest za "męskie". Padają i inne domysły, na przykład, że chcą na siłę dorównać mężczyznom. Pojawia się też ironia, jak w tekście Siłaczki zamieszczonym w "Playboyu": "W wyjaśnianiu kobiecych zachowań logika okazuje się nieprzydatna. Dlatego nie da się logicznie wytłumaczyć, skąd w ładnych, zgrabnych dziewczynach chęć do uprawiania typowo męskich sportów." Tekst kończy zdanie mówiące, że kobiety "trenują i startują trochę z przekory. Im częściej ktoś je pyta, dlaczego wybrały męski sport, z tym większą pasją ćwiczą i z tym większą ambicją dążą do kolejnych sukcesów". Wyrażone jest tu przekonanie, że do tego sportu motywuje je właśnie to, że jest męski. Warto zatrzymać się na chwilę i zwrócić uwagę na dwa problemy. Po pierwsze, rzeczywiście jest tak, że tzw. "męskie sporty" uchodzą za bardziej prestiżowe, spotykają się z większym uznaniem, a w przypadku sportów zawodowych wiążą się z większymi pieniędzmi (tu króluje zawodowy boks). Po drugie, warto zauważyć, że przez podkreślanie, iż zawodniczki te zajmują się tzw. męskim sportem, następuje ciągłe odnoszenie tego zagadnienia do "męskości": mówi się o naśladowaniu mężczyzn, dorównaniu mężczyznom, udowadnianiu czegoś mężczyznom, rywalizowaniu z mężczyznami itd. Dlatego też sportsmenki podkreślają często, że nie powinno być w gruncie rzeczy ważne, że są kobietami; a ocena powinna być im wystawiana za ich pracę, a nie za kobiecość. Tu warto powtórzyć za Kingą Dunin: "A gdyby tak przyjąć, że kobiety mogą być różne i że to, co robią, robią z rozmaitych powodów, a nie tylko ze względu na męski wzorzec? Realizują po prostu własne, indywidualne cele". W przypadku kobiet w sportach walki, najważniejsze powinny być ich osiągnięcia, można jednak przypuszczać, że w tekstach kultury popularnej, w wywiadach, pytane są najczęściej o to, dlaczego uprawiają "męski" sport. Kwestionują przecież przez to tzw. naturalny podział płci. Niekiedy może to wzbudzać nawet strach i obawy. Justyna Kujawa, wicemistrzyni Europy w karate w stylu Kempo mówi w wywiadzie, że uprawianie przez nią karate full contact odbierane jest niekiedy przez otoczenie ze zdziwieniem, a nawet z obawami. "Mówię im wtedy, że posiadanie czarnego pasa nie oznacza, iż jestem agresywna i niebezpieczna. Przecież przysięga dojo mówi o tym, że nie będziemy stosować i rozpowszechniać zasad karate poza dojo. Dziwią się jednak, że kobieta zajmuje się takim męskim sportem".

 

fio

© 2026. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www