zadra-na-www

MATRONATY

Tybetanki

Współczesna historia Tybetu okupowanego przez Chiny jest doskonałym przykładem amnezji i hipokryzji międzynarodowego świata polityki - globalnej wioski wzajemnych interesów i zobowiązań. Niestety, światowy stan chorobowy zamiast ustępować pogłębia się. Walkę z terroryzmem po tragicznych wydarzeniach 11 września Chińczycy wykorzystują do zaostrzenia swojej polityki wobec mniejszości, między innymi Tybetańczyków, opisywanych jako terroryści i separatyści. Koalicja antyterrorystyczna i stojący na jej czele Amerykanie poszukują sojuszników w walce z terroryzmem, nie mogą więc sobie pozwolić na rozdrażnianie Chin zachęcaniem ich do przestrzegania praw człowieka. Jest to sprawa politycznych priorytetów. Zresztą wydaje się, że świat polityki zaakceptował obecne status quo Tybetu dużo wcześniej, co chwila pojawiają się na to dowody. W 1993 roku USA oficjalnie oddzieliły problem walki o prawa człowieka w Chinach od handlu z tym krajem. W czerwcu 1999 roku Bank Światowy udzielił Chinom pożyczki na "zwalczenie biedy w regionie zachodnim" - projekt powszechnie krytykowany przez Tybetańczyków na uchodźstwie. Doprowadził on do osiedlenia kolejnych ponad 50 tysięcy rolników chińskich na terenie Tybetu. Wydaje się, że gdyby nie ciągła aktywność międzynarodowych organizacji pozarządowych walczących o prawa człowieka i diaspory tybetańskiej, problem okupacji Tybetu rozmyłby się na międzynarodowym forum. W 1950 roku doszło do "pokojowego wyzwolenia Tybetu" przez armię chińską, ponieważ komunistyczne Chiny chciały uratować go przed obcymi imperialistami, a poza tym uważały, że mają historyczne prawo do tego regionu. Okupacja przywracała więc ziemie utracone macierzy, stąd nazywanie Tybetańczyków walczących o niepodległość separatystami. Po przyłączeniu obszar Tybetu został podzielony, większość tworzy tzw. Tybetański Region Autonomiczny, część weszła w skład ościennych prowincji chińskich (Qinghai, Yunnan, Sichuan i Gansu). Co więcej, Chińczycy legitymizują okupację misją cywilizacyjną - niesieniem komunistycznego postępu i dobrobytu zacofanemu feudalnemu państewku. Postawa ta wynika z odwiecznego przekonania Chin o wyższości ich cywilizacji. Jak dalece "misja cywilizacyjna" Chińczyków w Tybecie powiodła się, nie jesteśmy w stanie zweryfikować, ponieważ rząd komunistyczny ściśle kontroluje przepływ informacji z tego regionu, jak również ruch cudzoziemców. Ze zrozumiałych względów oficjalne statystyki brzmią bardzo optymistycznie, ale świadectwa corocznie powiększającej się grupy tybetańskich uchodźców przeczą rządowej propagandzie sukcesu. We wrześniu 2002 roku odwiedziłam "Małą Lhasę", miejscowość McLeod Gańdź na przedgórzu himalajskim w północnych Indiach, która zasłużyła sobie na przydomek miniaturowej stolicy Tybetu, ponieważ jest siedzibą dalajlamy, rządu tybetańskiego na uchodźstwie i dużym skupiskiem emigrantów tybetańskich. Spotkanie z trzema kobietami: Dordźe Pakmo, Tsering i Dolmą Pasang oraz wysłuchanie ich historii zainspirowało mnie do opisania sytuacji Tybetanek zarówno w domu pod okupacją chińską, jak i na emigracji. 

Dordźe Pakmo: Tybet czy Tybetański Region Autonomiczny? Dordźe ma około 50 lat. Jest nomadką z północno-wschodniego regionu Tybetu, historycznej prowincji Amdo (obecnie część Tybetańskiego Regionu Autonomicznego - TRA oraz prowincji Quinghai i Sichuan), wraz z mężem hoduje stado około 100 owiec i jaków. Jest matką dziewięciorga dorosłych dzieci: 5 synów i 4 córek. Trzej synowie są mnichami, jeden z nich przebywa obecnie w klasztorze w McLeod Gardź. Dordźe przybyła do niego w odwiedziny. Dwaj pozostali synowie pracują wraz z żonami i dziećmi przy hodowli Dordźe. Ta wielka rodzina utrzymuje się ze sprzedaży mleka i masła. Tylko jedna z córek zdobyła wykształcenie, zna chiński i tybetański, pracuje w biurze. Dordźe, będąc w Indiach od kilku miesięcy, odbywa pielgrzymkę, której szczególnie ważnym elementem były spotkania z dalajlamą i uczestniczenie w modlitwach w jego świątyni. W czasie naszych kilku spotkań rozmawiałyśmy głównie przy pomocy tłumacza, ponieważ Dordźe zna tylko język tybetański, potrafi stosunkowo płynnie czytać, ale z trudem pisze. Dordźe jest typową przedstawicielką społeczności tybetańskiej, której znaczna część żyje na obszarach wiejskich (według oficjalnych statystyk 85%), a wiele rodzin prowadzi koczowniczy tryb życia. Chiny włączają Tybetańczyków do grupy 55 mniejszości etnicznych zamieszkujących Chińską Republikę Ludową, którym "teoretycznie" przysługują preferencyjne prawa w zakresie planowania rodziny i zatrudnienia w sektorze państwowym. W rzeczywistości prawa te są przestrzegane wybiórczo. Według oficjalnych statystyk chińskich na obszarze TRA mieszka 95% Tybetańczyków i zaledwie 5% Chińczyków, liczba ta jednak nie obejmuje większości Chińczyków zaliczanych do kategorii "przebywających tymczasowo". Dodatkowo dane te fałszują rzeczywistość poprzez ograniczanie się do obszaru TRA, co wyłącza te części Tybetu, które zostały przydzielone do innych prowincji chińskich. Według szacunkowych danych sporządzonych przez Tybetańczyków na uchodźstwie obecnie na obszarze Tybetu mieszka 6 mln Tybetańczyków i 7,5 mln Chińczyków. Znaczyłoby to, że ponad 50% to ludność napływowa. Dysproporcja między tymi danymi statystycznymi jest ogromna. Jednak nawet jeśli weźmiemy pod uwagę średnią obu tych liczb, to i tak istnieje uzasadniona obawa, że aktywna osiedleńcza polityka chińska doprowadzi (jeśli już nie doprowadziła) do uczynienia z Tybetańczyków mniejszości we własnym kraju. Rząd chiński prowadzi aktywną kampanię osiedleńczą, zachęcając mieszkańców Chin do migracji do Tybetu. Oficjalne statystyki podają, że zaledwie 23,7% ludności TRA zamieszkuje miasta, z czego zaledwie 5% to Tybetańczycy, podczas gdy wydatki rządu (na rozbudowę infrastruktury czy przemysłu) na obszarach miejskich są ponad trzydziestokrotnie większe od wydatków na rozwój obszarów wiejskich. Uderza to bezpośrednio w Tybetańczyków, którzy, tak jak Dordźe, zamieszkują głównie te tereny. Szacuje się, że większość Tybetańczyków z obszarów wiejskich żyje poniżej poziomu ubóstwa, ze średnim zarobkiem dziennym poniżej równowartości 1 dolara. Nie tylko napływ osiedleńców chińskich stanowi zagrożenie dla tybetańskiej kultury, nadmierna eksploatacja złóż naturalnych i karczowanie lasów zaburza naturalny ekosystem Tybetu, który jest podstawą tradycyjnego stylu życia. Nomadowie, tacy jak rodzina Dordźe, zajmujący się wypasem bydła, czy rolnicy utrzymujący się z upraw, z czasem mogą stracić "miejsca" swojej pracy. Postęp, który niesie ChRL Tybetowi, wydaje się ograniczać do terenów zamieszkałych w większości przez chińskich migrantów, jego beneficjentami wbrew deklaracjom nie są więc Tybetańczycy, którym zagraża utrata tradycyjnych źródeł utrzymania.

 

fio

© 2026. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www