| W poszukiwaniu feministy |
|
"Czy tę książkę mógłby napisać mężczyzna?" - tak Dawid Warszawski rozpoczął spóźnioną recenzję Świata bez kobiet Agnieszki Graff ("Gazeta Wyborcza", luty 2003). Zakończył zaś sugestią, że trzeba się "zastanowić, czy w ruchu feministycznym jest miejsce dla mężczyzn. Jeśli nie, to wychodzi na to, że seksiści jednak mają rację, niezależnie od tego, jakiej przypadkiem są płci." Jeśli tak, to warto na dzień dobry wymyślić dla profeministycznych mężczyzn jakąś nazwę. Prawdę powiedziawszy "feministek" - to nie brzmi zbyt dobrze. Autor zadaje dwa pytania, nie zamierza jednak na nie odpowiadać. Na drugie odpowiedzieć jest dość łatwo, ale Dawid Warszawski nie zna słowa "feminista", a pierwsze co mu przychodzi do głowy to "feministek". Nie ma się co dziwić, w końcu skąd ma znać? Samo słowo nie jest używane w mediach zbyt często, a o żywym egzemplarzu to w ogóle nie ma co marzyć. Bożena Umińska pisząc o mężczyznach, którzy osiągnięcia feminizmu uważają za zysk, a nie stratę, zauważa: "Jest bardziej niż pewne, że typ profeministyczny (z odruchu lub/i świadomości) zdarza się również w Polsce, ale nikt i nigdy nie wynosiłby go na plakaty i nie lansował w mediach. Czy bodaj wprowadzał do dyskursu publicznego. Cicho sza, skoro chce się ośmieszać, niech to robi po cichu" ("Przegląd", styczeń 2003). Niedobitki czy zwiastuny nowego? A jednak niewątpliwie istnieją mężczyźni, którzy tak siebie określają. W numerze 3/2003 katowickiego dwumiesięcznika "Opcje" jest opublikowany wywiad z prof. Kazimierzem Ślęczką, zatytułowany Tak, jestem feministą, a swego czasu podobne wyznanie uczynił Maciej Jakubowski, mąż Aleksandry ("Super Express", październik 2002). W tym drugim przypadku, choć rozumienie feminizmu było dość stereotypowe, ujawnienie odbyło się w na tyle popularnym medium, że patriarchat nie mógł przejść nad tym do porządku dziennego i już następnego dnia w osobie Bronisława Wildsteina z "Rzeczpospolitej" zacytował część artykułu ("ma swoje ulubione proszki do prania. Wie, jakie kosmetyki nosi żona, jakie rajstopy. Kupuje jej buty, bieliznę i regularnie przegląda garderobę"), po czym zapytał ironicznie: "Czy to już feministyczny ideał?". Żarty żartami, ale nie jest tajemnicą, że emancypację kobiet wspierało wielu mężczyzn, na przykład John Stuart Mill, a z naszego podwórka trzeba wymienić choćby Edwarda Prądzyńskiego czy Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Prądzyński, autor książki O prawach kobiet, był zwolennikiem równouprawnienia kobiet, choć zajmował jednocześnie wyjątkowo konserwatywne stanowisko w kwestii małżeństwa. Sławomira Walczewska w Damach, rycerzach i feministkach z przekąsem pisała o nim: "Wystarczyło wówczas być mężczyzną i rzecznikiem emancypacji, podnoszącym zasługi kobiet z przeszłości, domagającym się zwiększenia udziału kobiet we współczesnym życiu publicznym, by spotkać się z entuzjazmem i wdzięcznością ze strony kobiet. Tymczasem postępowy rzecznik równouprawnienia był nieprzejednany w kwestii małżeństwa i głosił, że: >...władza mężowska jest nietykalna. Równouprawnienie nie może od niej kobiety uwolnić. Spółka małżeńska zawiązuje się kosztem nieuniknionej ofiary ze strony domowej niezależności kobiety. Wszelkie przeciwko temu protestacyje za wybuch nieokiełznanej swawoli uważać należy.<" Eichelberger - kobiecy Wallenrod Sytuacja Prądzyńskiego z drugiej połowy XIX wieku przypomina trochę dzisiejszy odbiór Wojciecha Eichelbergera. To właśnie tego znanego psychoterapeutę wymieniła Agnieszka Graff zapytana na czacie o polskich feministów. Także w prasie określany jest jako "guru kobiet", a sam zainteresowany charakteryzuje się metaforycznie jako "kobiecy Wallenrod zainstalowany w obozie wroga" ("Wysokie Obcasy", maj 2000). Problem zaczyna się już przy tej definicji. Mam wrażenie, że autor Zdradzonego przez ojca naprawdę widzi i opisuje świat podzielony na dwie, wzajemnie zwalczające się grupy, którym natura (!) nie daje się porozumieć. "Znam feministkę, która twierdzi, że archetypy to tylko zakamuflowane patriarchalne stereotypy, a między mężczyzną i kobietą tak naprawdę nie ma żadnej różnicy. To nieprawda. Na poziomie formy różnimy się, różnimy się pięknie i mamy święte prawo się różnić. Na tej różnicy polega trwanie i urok tego świata. Nie różnimy się natomiast w wymiarze duchowym, który - jak wiadomo - jednoczy wszystkich i wszystko. Jesteśmy jak dwie gałęzie wyrastające z jednego pnia" - powiada psychoterapeuta w wywiadzie dla "Przeglądu" (kwiecień 2003), ale mnie te opowieści o "pięknej różnicy" bardziej przypominają wypowiedzi Ewy Sikorskiej-Treli, posłanki AWS, przy okazji debaty nad projektem ustawy o równym statusie, niż osoby świadomej ograniczeń kultury w której żyjemy. Tym bardziej zaskakujące jest ustawienie się w opozycji do rzekomo absurdalnych tez anonimowej feministki, a także opinia o samym feminizmie: "Wiele kobiet dystansuje się od feminizmu skrajnego, który bywa wrogi wobec samych kobiet, usiłuje dla odmiany uwięzić je w feministycznym stereotypie i odbiera im prawo wyboru drogi życiowej". Szkoda, że Wojciech Eichelberger nie precyzuje czy taki "skrajny feminizm" jest już w Polsce i gdzie go można spotkać. Nie zmienia to jednak faktu, że absurdalnej frazy o feminizmie wrogim samym kobietom nie powstydziłby się Rafał Ziemkiewicz. Podejrzanie wygląda także poświęcenie przez Eichelbergera sporej części artykułu "Naśladownictwo, czyli ucieczka od wolności" ("Wysokie Obcasy", maj 2000) na krytykę kobiet, które uprawiają boks, a jednocześnie przemilczenie nieporównywalnie większej liczby boksujących mężczyzn. Natomiast zupełnie niezrozumiały jest entuzjastyczny list autora "Kobiety bez winy i wstydu" do redakcji "Wysokich Obcasów" (25.1.2003) po artykule "Czy mężczyzna potrzebuje małżeństwa?": "Z uznaniem i satysfakcją przeczytałem tekst Zofii Milskiej-Wrzosińskiej. Dobrze jest usłyszeć z ust kobiety krytyczne i ironiczne uwagi o kobietach, miło jest poczuć się mężczyzną przez kobietę zrozumianym, a nawet wziętym w obronę. Jest to wyraz dojrzałości i prawdziwego partnerstwa w dialogu płci" - zachwyca się Eichelberger, ale wszyscy, którzy czytali choć jeden artykuł mojej ulubionej psycholożki (przepraszam, psychologa) wiedzą na czym ta dojrzałość polega, przepis jest prosty: mizoginia doprawiona homofobią + wizja stosunków międzyludzkich, od której włos się jeży na głowie. Nie chciałbym oczywiście nikogo dyskredytować, pewnie Wojciech Eichelberger nawet nie określa siebie jako feministy, a niewątpliwie wykonuje kawał dobrej roboty, choćby powtarzając, że patriarchat ogranicza także mężczyzn czy namawiając kobiety do pozbycia się winy i wstydu. Trudno jednak nie zgodzić się z Kingą Dunin, która omawiając Zdradzonego przez ojca zauważa: "Eichelberger, który kończąc swoje rozważania wzywa do przezwyciężenia patriarchalnych stereotypów, sam jest zagrzebany w nich po uszy". Na pocieszenie można przytoczyć słowa samego psychoterapeuty: "Bywam słusznie przyłapywany na różnych przejawach mojego męskiego, stereotypowego myślenia i sam je chętnie w sobie tropię. To coś potwornego" - mówił w wywiadzie dla biuletynu Ośki. Tylko przyklasnąć! |







