| Za męskimi plecami |
|
Przychodzi Rywin do Rapaczyńskiej... Kiedyś, po raz kolejny zmuszona do wypowiadania się w imieniu feminizmu - chociaż, jak wiadomo, feministką nie jestem - powiedziałam: feminizm polega na prostym odruchu, cokolwiek by się działo, feministka zadaje pytanie, a kobiety? Ten uniwersalistyczny i naiwny odruch przypominania, że połowę ludzkości, większą, stanowią kobiety, naraził mnie w końcu na zarzut, że wsadziłabym feminizm nawet do przepisu na zupę ogórkową. Bo dla patriarchatu nastawionego nieco bardziej liberalnie, który chce się jakoś odróżnić od tutejszego kołtuństwa, feminizm jest modny i słuszny, powinien jednak siedzieć w swojej niszy i zajmować się samym sobą. Ale niech no tylko spróbuje wypełznąć na ulicę, chociażby w postaci Manify, nasz lewicowy albo liberalny sojusznik krzywi się i mówi: a cóż to za baby ohydne, czemu nie przypominają w niczym mojej ulubionej kolekcji lalek Barbie albo mojej spracowanej matki. Podobnie traktowany jest każdy zamach na "uniwersalistyczne" - czyli męskie - rewiry. Sprawa Rywina? Tu chodzi o korupcję, interesy, moralność - z pewnością nie o kobiety! Z pewnością, ale również tym wypadku wolno nam zadać to proste pytanie: a kobiety? Czego o ich sytuacji możemy się przy okazji dowiedzieć? Aby afera ta ujrzała światło dzienne, potrzebne było prawie pół roku, podczas którego podobno wszyscy i tak o niej wiedzieli. Każdy, kto nie wiedział, dowiaduje się więc przy okazji, że znajduje się z dala od prawdziwego centrum wydarzeń i nie przynależy do grona prawdziwych "wszystkich". Oczywiście, jeśli jest tylko obserwatorem życia politycznego, może uznać swoją niewiedzę za naturalną. Ciekawa jednak jestem, ile kobiet, związanych ze środowiskami feministycznymi i aktywnie angażujących się politycznie, wiedziało. Myślę, że żadna. (Przecież, jakby wiedziały, to by powiedziały.) Co z tego wynika? Choćby tyle, że choć feministki mogą korzystać z wszelkich legalnych form politycznego uczestnictwa - formalnie mają równe prawa - to do mniej formalnego establishmentu i politycznych elit lub też mafii nie należą. Czy należy tego żałować? Gdy przy okazji przesłuchań przed parlamentarną komisją śledczą powołaną do zbadania sprawy Rywina kurtyna nieco się uniosła, zobaczyłyśmy podszewkę demokracji w nienajlepszym stanie i w mało gustownym kolorku. Mimo to fakt pozostaje faktem, kto do establishmentu tego nie należy, w jakimś sensie jest politycznie wykluczony. Dobrze o tym pamiętać, kiedy wmawia się nam, że o tym, kto rządzi, decydują jedynie demokratyczne procedury oraz, że "wybieramy najlepszych". "Afera Rywina" została sprzedana publiczności pod spektakularnym tytułem: "Przychodzi Rywin do Michnika". Nie jestem z "Trybuny", więc nie twierdzę, że było odwrotnie, ale powiedziałabym, że było nieco inaczej. Otóż, o ile można dziś jeszcze komukolwiek wierzyć, Rywin przyszedł do Wandy Rapaczyńskiej. Oszust albo reprezentant jakiegoś skorumpowanego układu polityczno-biznesowego pojawił się z niemoralną propozycją u pani prezes najpotężniejszej polskiej firmy, u najważniejszej kobiety w Polsce, bo miał coś do zaproponowania jej firmie. Jaki interes mógłby mieć do Michnika, który, według słów Rapaczyńskiej, odgrodzony jest od spraw biznesowych "chińskim murem"? Zajmuje się tylko i wyłącznie redagowaniem gazety, czyli - jak chcielibyśmy wierzyć - obiektywnym informowaniem i wielostronnym komentowaniem. Rapaczyńska przerzuca całą rzecz na barki Michnika podobno dlatego, iż sprawa, ze względu na wmieszanie w nią nazwiska Millera, okazuje się polityczna. To Michnik ostatecznie ma rozmawiać z Rywinem, bohatersko używa aż dwóch magnetofonów i w końcu staje w centrum uwagi. Tu pojawia się pytanie: czy gdyby Rapaczyńska była prezesem spółki działającej, dajmy na to, w sferze zbrojeniowej i została poddana podobnej pokusie, nie powinna reagować, bo nie ma żadnego organu do zajmowania się polityką? Korupcja zazwyczaj pojawia się na styku państwa i biznesu, zawsze więc ma wymiar polityczny, trudno zatem przyjąć takie wyjaśnienie. Powody, dla których symbolicznym przeciwnikiem pana Rywina musiał stać się pan Michnik, a pani Rapaczyńska zostaje usunięta w cień, nie są zapewne powodami seksistowskimi i każdy na własną rękę może się nad nimi zastanowić, mają jednak też swoją symboliczną wymowę. Staje się ona wyrazista, kiedy dowiadujemy się, że, aby uniknąć spotkania z Rywinem podczas imienin prezydenta (na których zapewne nie było żadnych feministek), Rapaczyńska "chowała się za męskimi plecami". Rapaczyńska, a także Helena uczywo, mają w tym kraju władzę i pozycję, którą trudno przecenić, jednak w sferze politycznej i publicznej ich flagowym okrętem i fetyszem jest Adam Michnik. I znowu, można powiedzieć, że ze względu na dawne zasługi, medialność związaną z pełnioną funkcją w Gazecie i ogromną, choć nieformalną, rolę polityczną, świetnie się do tego nadaje. Wolno nam jednak spojrzeć także z innej perspektywy. Wtedy zobaczymy jak dobrze pasuje on do maskulinistycznej kultury ceniącej mężczyzn z jajami. Zawsze jurnych, zainteresowanych sprawami "męsko-damskimi", katujących swój organizm alkoholem. Takich, którzy rządzą innymi, niepokonanych w dżungli życia (publicznego). Tak, niestety, wygląda tutejszy wzorzec mocy i ekspansywności. Nie jest nim nawet najpiękniejszy, wysmarowany oliwą kulturysta, lecz mężczyzna łączący władzę oraz pieniądze ze stylem bycia, który jest jednym wielkim spektaklem nieposkromionego narcyzmu. Realizowanie takiego wzoru ułatwia karierę facetowi, a przede wszystkim ułatwia mu funkcjonowanie w układach nieformalnych. Kobietę naraża na zarzuty. Babo-chłopy, baby-macho. Kobieta powinna robić to inaczej, ale czy ten kobiecy styl, realizowany na przykład przez Jarugę-Nowacką, ma szanse w konkurencji ze stylem "męskim"? Publicznie robi dobre wrażenie. Ale w kuluarach? W rozgrywkach partyjnych? W "normalnym świecie", wciąż przecież zmaskulinizowanym? Tam, gdzie o pozycji decyduje także osobowość, a przecież polityka jest taką spersonalizowaną sferą, wciąż najkorzystniejsze są cechy samca alfa. Podobnym typem jest również Jerzy Urban. Urban ma jednak jeszcze coś, na czym Michnikowi zbywa - "żonę na zapleczu." Źonę taką należy szanować, bo to zdecydowanie lepiej zdobi samca alfa niż żona nieuszanowana. W końcu o mężczyźnie świadczy nie tylko stan konta czy ilość kochanek, ale także jakość żony. Wabi ona gości znakomitą kuchnią, wysłuchuje wszelkich sekretnych rozmów, a w odpowiednim momencie wsiada na rower i udaje się na przejażdżkę, żeby nic nie słyszeć. Można z nią omówić wszystkie ważne sprawy, a nawet liczyć się z jej opinią. Powszechnie drążono problem obaw Rywina przed Michnikiem - mniejszych niż przed Millerem. A przecież najbardziej bał się on swojej żony. Paradoksalnie to też dobrze pasuje do samca alfa. Tak jak łzy i histeria. To po prostu jedna z jego odmian - histeryczny samiec alfa. Uwaga, bardzo atrakcyjny dla kobiet o skłonnościach opiekuńczych! "Źona na zapleczu" może mieć mało wspólnego z rzeczywistą kobietą pełniącą taką funkcję. Mówimy tu bowiem jedynie o pewnym systemowym uzupełnieniu męskiej pozycji. Teraz zaś, myśląc o wszystkich żonach znajdujących się na zapleczu męskiej polityki, wyobraźmy sobie, ile one wiedzą, ile słyszały i jakimi zakulisowymi informacjami dysponują. Chętnie zgłosiłabym w tym miejscu postulat przesłuchania przez komisję wszystkich kobiet związanych z pierwszoplanowymi samcami. Boję się jednak, że niewiele zechciałyby nam zdradzić. W końcu, jako kobiety zawsze mamy możliwość schronienia się w naszym bezpiecznym świecie. Oto do Wandy Rapaczyńskiej wieczorową porą niespodziewanie wpadają Adam Michnik i Leszek Miller (oczywiście z bezimienną małżonką). Afera w toku, Rywin przyszedł do Rapaczyńskiej, ciekawie byłoby posłuchać, o czym rozmawiają, prawda? A co robi Pani Prezes? Idzie "rzucić coś na grill" i niestety nie uczestniczy, ani sama nie próbuje porozmawiać. Przecież chłopcy nie mogą być głodni. Potrzeba karmienia chłopców jest mi dobrze znana, ale w takiej sytuacji zamówiłabym telepizzę. I zauważmy na zakończenie: każdy mężczyzna, który, mając okazję wzięcia udziału w rozmowie między Michnikiem i premierem, zamieniłby ją na kuchenną krzątaninę, zostałby, po pierwsze, wyśmiany, po drugie, nikt by mu nie uwierzył. Co innego kobieta! Ona zawsze może schować się za męskimi plecami, wycofać do kuchni, zniknąć. W pewnych sytuacjach ta kulturowa prerogatywa (albo dyskryminacja) może okazać się niezwykle przydatna. |







