| SLD-owskie obiecanki |
|
Wykształcenie ekonomiczne oraz kilkanaście lat pracy w instytucie, zajmującym się m.in. statystyką i budową modeli ekonometrycznych, powodują, że nie dowierzam politykom obiecującym swym wyborcom, iż z chwilą, gdy właśnie oni dostaną się do parlamentu, Polska przemieni się w kraj mlekiem i miodem płynący. Zakładając, że gospodarką w skali makro sterują ludzie wykształceni oraz inteligentni, przy danych parametrach ekonomicznych decyzja optymalna może być tylko jedna, niezależnie, czy ją podejmuje polityk z prawicy czy z lewicy. Wierząc w moc prawa i mając nadzieję, że Polska przemieni się w kraj praworządny, skrupulatnie wykorzystuję czynne prawo wyborcze. Bacznie przyglądam się kandydatom. Oddaję głos na osoby (przeważnie płci żeńskiej), które przedstawiają program gwarantujący, że kobiety będą miały zapewnioną prawem swobodę decydowania o swej płodności. Rok 1989 był początkiem wielkich przemian politycznych i ekonomicznych, witanych radośnie przez większość społeczeństwa. Jednak wiosną rozeszły się pogłoski, że w Sejmie został złożony projekt ustawy o ochronie prawnej dziecka poczętego. Projektodawcy przewidywali m.in. karę do trzech lat więzienia dla kobiety przerywającej ciążę i osoby pomagającej. Ten horrendalny w swym absurdzie pomysł wywołał fale protestów, jak Polska długa i szeroka. Potem było zbieranie podpisów pod petycjami kierowanymi do Sejmu lub do Ministerstwa Zdrowia i Opieki Społecznej. Pamiętam demonstracje, marsze oraz pikiety w Bydgoszczy, Poznaniu i Warszawie, gdzie tysiące kobiet i mężczyzn zebrało się od pomnikiem Mikołaja Kopernika. Tam właśnie był początek działalności Stowarzyszenia PRO FEMINA, które dzięki grupie osób związanych z Uniwersytetem Warszawskim zostało założone 6 czerwca 1989 r. i zarejestrowane 15 listopada tegoż roku. Działają w nim zarówno kobiety jak i mężczyźni - ludzie uważający, że odebranie kobietom prawa do decydowania o macierzyństwie oznacza całkowite ich ubezwłasnowolnienie przez sprowadzenie do roli żywego inkubatora. Statut SPF da się sprowadzić do twierdzenia, że nie może być mowy o demokracji ani równouprawnieniu obu płci, gdy na kobietach ciąży przymus macierzyństwa bez względu na okoliczności życiowe i wolę samej kobiety. Na tłumnych i pełnych pomysłów zebraniach SPF poruszaliśmy kwestię stosunku do kościoła rzymskokatolickiego. W naszej walce o niezmienienie obowiązującej od 1956 roku ustawy, dopuszczającej przerywanie ciąży, nie chcieliśmy w żaden sposób krytykować naszego potężnego adwersarza. Była to myślenie naiwne, żeby nie powiedzieć dosadniej. Niebawem się okazało, że mieszkanie w stolicy daje luksus anonimowości, natomiast działaczki z mniejszych miast zostały imiennie zaatakowane z ambony jako morderczynie, spis ich nazwisk wywieszono w kruchcie. Zaszczuwane były ich rodziny, nawet małe dzieci. Tamte organizacje z roku na rok powoli znikały. To wszystko działo się przy milczeniu polityków z dawnej opozycji. Wyraźnie czuli się przymuszeni do wykazania konkretnej wdzięczności za udzielone wsparcie w obaleniu znienawidzonego ustroju, jakie w minionych latach otrzymywali ze strony najpotężniejszej w Polsce organizacji religijnej. Odpłata niewiele ich kosztowała - tylko ciała kobiet w wieku rozrodczym, które miały stać się własnością prawnika, lekarza, polityka i kapłana. Niemal dokładnie dziesięć lat temu - 7 stycznia 1993 r. - Sejm RP uchwalił ustawę "O planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży". Stowarzyszenie PRO FEMINA przetrwało m.in. dzięki temu, że powstała Federacja na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, której niewielka ekipa pracownic, oprócz wielości działań statutowych, konsekwentnie analizuje, w jaki sposób realizowana jest powyższa ustawa. Fałsz i zakłamanie, tchórzostwo i serwilizm wobec jedynie słusznej siły ideologicznej doprowadziły do rozkwitu podziemia aborcyjnego. Dla wkupienia się w łaski hierarchii kościelnej ordynatorzy kolejnych państwowych, publicznych szpitali deklarowali, że sumienie tychże obiektów nie przyzwala na przeprowadzanie w nich zabiegów przerywania ciąży nawet wówczas, gdy są dozwolone ustawą. A że ten sam pan doktor po godzinie 18.00 w swoim prywatnym gabinecie za odpowiednią opłatą "wywoła period" metodą próżniową, to było tajemnicą poliszynela, chyba że zawistny konkurent doniósł na policję. Nie dziwiło mnie, że politycy z nieistniejących już fundamentalistycznych partii, mieniący się "obrońcami życia poczętego" (jak gdyby mogło istnieć życie niepoczęte) doprowadzili do zaostrzenia ustawy, potem znów łagodzonej (na papierze). Ale szokiem było dla mnie włączenie się Unii - najpierw Demokratycznej, potem Wolności - w chór potępiających "immanentne zło aborcji". A właściwie, cóż w tym dziwnego, jeśli jedna z czołowych polityczek UW z rozkoszą całuje upierścienione dłonie najwyższych dostojników Kościoła, to jakież ona może mieć zrozumienie dla nieszczęśnic domagających się przyzwolenia na " mniejsze zło". W tej sytuacji mój wybór opcji politycznej, na którą głosowałam, został bardzo zawężony. Gdy rozpoczęła się akcja przedwyborcza w 2001 roku uczestniczyłam na tyle, na ile pozwalały obowiązki zawodowe, w spotkaniach, w których brała udział Wanda Nowicka, dyrektorka wykonawcza Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Jako wspierana kandydatka startowała z listy SLD. Skrupulatnie czytałam konkurencyjne ulotki, zwłaszcza kobiet. Najczęściej powtarzającym się motywem była troska o los najsłabszych, dość rozmaicie definiowanych. Kandydujący mężczyźni takimi kwestiami się nie zajmowali. Przeczytałam dokładnie kolorową broszurę z programem wyborczym koalicji Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Unii Pracy oraz innych pomniejszych organizacji. Oto co było na wewnętrznej stronie okładki: "Chcemy, by Polska, kraj demokracji, neutralności światopoglądowej i równych szans, miała silną pozycję w zjednoczonej Europie i w świecie." A to zostało napisane na 10 stronie: "Równy status kobiet i mężczyzn jest jednym z celów naszego programu. W tej sprawie za ważne uważamy: (...) zagwarantowanie kobietom prawa do świadomego macierzyństwa." Prawo kobiet do aborcji uważam za papierek lakmusowy do testowania prawdziwości systemu demokratycznego. Zacytowany przeze mnie punkt programu wyborczego SLD zdecydował o moim poparciu dla tej koalicji, o namawianiu bliskich, znajomych, sąsiadów do głosowania na ich listy. Nawet dla osób najmniej zainteresowanych polityką było jasne, że najistotniejszym punktem programu działalności rządu stworzonego przez SLD w koalicji z PSL jest wprowadzenie Polski do Unii Europejskiej. Wytrwale śledziłam większego i mniejszego kalibru wydarzenia polityczne oczekując sygnału, że obietnica zmiany restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej zostanie dotrzymana. 2.
Tymczasem coraz częściej powtarzały się gesty pełnej uniżoności pokory oraz czyny świadczące o tym, że rząd pragnie za wszelką cenę pozyskać akceptację dla swych prounijnych działań ze strony hierarchii triumfującego w Polsce kościoła rzymskokatolickiego. A tą ceną ponownie stało się prawo kobiet do decydowania o swym życiu seksualnym i prokreacyjnym. Czołowi przywódcy SLD po dokonaniu zimnej, męskiej kalkulacji, zważywszy siły obu stron, wybrali poparcie potężnej siły ideologicznej, dysponującej sprawnym aparatem urzędniczym, który przeniknął do wszystkich rodzajów masowych środków przekazu. Szczególnie istotnym atutem jest również możliwość bezpośredniego oddziaływania na ludzi, którzy z dala od wielkich miast nie czytają gazet, nie słuchają radia, nie oglądają telewizyjnych programów informacyjnych, ale za to przynajmniej raz na tydzień idą do kościoła. Cel nadrzędny, jakim jest wejście Polski do Unii Europejskiej, spowodował, że SLD-owska wyborcza obietnica podmiotowego traktowania kobiet okazała się tylko obiecanką - cacanką dla naiwnych ludzi. Postanowiłam prześledzić tok rozumowania polityków SLD, którzy zdecydowali się sprzeniewierzyć słowu danemu swym wyborcom. Policzyłam siły, które są przeciwne liberalizacji ustawy z 1993 r. i te, które tej zmiany domagają się. Stronę przeciwną tworzy aparat kleru kościoła rzymskokatolickiego, potęgi organizacyjnej, finansowej i medialnej, która od kilkunastu lat za pieniądze wszystkich podatników, przy pomocy obrzydliwych w swym kłamstwie filmów antyaborcyjnych, urabia poglądy młodego pokolenia na lekcjach religii w szkołach państwowych, publicznych. Na usługi mają gromadę elokwentnych polityków na każdym szczeblu, podkreślających swą przynależność do jedynie słusznego kościoła. Rozpowszechnianiu ideologicznych kłamstw sprzyja uległość dziennikarzy bezkrytycznie akceptujących nowomowę, z której zniknęło pojęcie "kobieta" oraz naukowa terminologia, za to pełno świętoszkowatej obłudy. Szczyty ideologicznych bredni osiągał ostatni szef AWS, który mianował się obrońcą "najbardziej bezbronnych obywateli Polski" - czyli embrionów. Nikt nie zadał mu pytania, z kim on chce walczyć, kto jest wrogiem, chcącym dokonać "herodowej rzezi niewiniątek". Jego rozumowanie wskazywało na to, że potencjalną armię napastniczą tworzą wszystkie kobiety w wieku rozrodczym. To właśnie przed złem tkwiącym w córach Ewy, przez którą pierwszy mężczyzna został przepędzony z raju, bronili uzależnieni od fundamentalistycznej ideologii sędziowie Trybunału Konstytucyjnego, wydając orzeczenie "o ochronie życia od naturalnego poczęcia do naturalnej śmierci". Pomijam kwestię "natury" w odniesieniu do początku i końca życia w świecie medycyny na przełomie wieków XX i XXI. Jednakże w toczącej się polemice nigdy nie dopuszczono, aby wszystkie media publiczne w sposób przystępny dla ludzi, którzy wiedzę o biologii człowieka mają na poziomie szkoły podstawowej, rozpowszechniły informacje opisujące fizjologię rozrodu homo sapiens. Współczesna embriologia wykazała, że posiadanie ludzkiego genotypu nie decyduje jeszcze o tym, że mamy do czynienia z istotą ludzką oraz że niemal połowa ciąż ulega samoistnemu poronieniu. Otóż w wyniku aberracji chromosomów od 8 do 12 % zygot ludzkich rozwija się w puste jaja płodowe bez zarodka ludzkiego. Nie można zatem twierdzić, że co się poczęło z ludzi, zawsze jest człowiekiem. Sztuczne przerwanie ciąży przez jednego z najczęściej wypowiadających się "ochroniarzy napoczętego" ostatnio zostało nazwane dzieciobójstwem prenatalnym. W jakiej dyskusji publicznej będzie można powiedzieć, że 30 do 50 % embrionów ludzkich ulega naturalnemu poronieniu jeszcze przed zagnieżdżeniem się w macicy, a około 20% już po takim zagnieżdżeniu? (Okrutna morderczyni z tej natury!) Te podstawowe informacje są blokowane, gdyż ich spopularyzowanie wytrąciłoby argument wszystkim, co "embrion" przechrzcili na "dziecko". Musieliby przyznać, że co roku połowa "najbardziej bezbronnych obywateli Polski" znika w sposób niezauważalny dla samych kobiet, prowadzących aktywne życie seksualne bez stosowania najefektywniejszych środków antykoncepcyjnych. Najwyżej mogą one przypuszczać, że miały spóźnioną i obfitszą miesiączkę. Od kilku lat przewodniczę Stowarzyszeniu PRO FEMINA. Powtarzamy, że prawo do aborcji nie jest tematem zastępczym, że im bardziej uczłowiecza się zarodek, tym bardziej kobiecie odbiera się człowieczeństwo. Twierdzimy, że kobieta jest istotą w pełni zdolną do podejmowania słusznych decyzji. Prowadzimy działania na rzecz stworzenia społeczeństwa, w którym system prawny i politycy przestaną się zajmować aborcją. Chcemy, aby to była wyłącznie decyzja samych kobiet, dysponujących pełną wiedzą o swym jestestwie. Ale na progu XXI wieku przeraża mnie łatwość, z jaką przeciwnicy samostanowienia kobiet odmienili słownictwo sporu toczącego się w Polsce oficjalnie od 1989 roku. Smucę się, gdy liczę topniejące szeregi organizacji walczących o liberalne prawo aborcyjne. Nader rzadko udaje się usłyszeć kilka wybitnych uczonych, mówiących o prawach kobiet. Garstka feministek jest pokazywana jako dziwadła raz czy dwa razy do roku przy okazji okolicznościowych manifestacji. Śliczne gwiazdy feministyczne, wybrane spośród tych najbardziej medialnych, zostały łaskawie dopuszczone na salony, gdzie albo są przeciwstawiane tym nie tak ślicznym, albo dokopują im dziennikarki bez krzty poczucia siostrzeństwa. Dzieje się to przy wielkiej uciesze gawiedzi, co lubi, "jak się baby naparzają". Za to zdarza mi się na rozmaitych konferencjach bardzo często słyszeć, że feministki i organizacje kobiece nic nie robią ani nawet nie wypowiadają się w konkretnej sprawie. Absurdalność takich zarzutów irytuje mnie niepomiernie. Jak wiadomo, aby głos był słyszalny, fala dźwiękowa musi rozchodzić się w jakimś ośrodku, w jakimś medium. A gdzież są te media publiczne, gotowe dopuścić feministki do głosu? Za to pełno jest panów pokroju AL, RG i GJ, dających gwarancję, że współczynnik oglądalności i słuchalności wzrośnie. Twórcy programów twierdzą: "Kto by tam chciał słuchać babskiego gadania!" A jeśli zdarzają się kobiety, które znalazły się w strukturach umożliwiających im z racji zdobytych stanowisk dostęp do prasy, radia i telewizji, to po jakimś czasie skutkiem posunięć strategów partyjnych znikają z pierwszych stron gazet. Wszak SLD przeprowadził czystkę we własnych szeregach. Koledzy partyjni skutecznie wykosili takie bojowniczki o kwestię kobiecą, jak Izabela Sierakowska i Danuta Waniek. A co Unia Wolności zrobiła z najodważniejszą ze swych działaczek, Barbarą Labudą? Za to świętoszkowate tchórzostwo los ich pokarał. Ja, stara feministka uliczna, co w grupie innych protestujących wystawała pod siedzibą Sejmu od 1989r., pamiętam, jak posłanka Sierakowska wychodziła do nas z informacjami o przebiegu głosowania. Gdzieś w archiwum Stowarzyszenia PRO FEMINA są kasety wideo z nagraniami polemik telewizyjnych prowadzonych późną nocną porą przez minister Waniek. Gdzie są te działaczki partyjne? Słuch po nich zaginął. Młode "paprotki parytetowe z SLD" milczą w kwestii aborcji. Wiedząc, co się przytrafiło ich starszym koleżankom tak, jak ich rówieśnice, wysyłają sygnał: "Takiego zła to my w życiu nie popełnimy." A zatem powtarzam, rozumiem kalkulację strategów SLD, skoro po jednej stronie mają potęgę kościoła rzymskokatolickiego a po drugiej garstkę "wojujących" feministek, a wokół milcząca na temat aborcji większość społeczeństwa, co to "w razie wpadki sobie poradzi." Wszak to tylko sprawa pieniędzy i dojścia. Przecież panowie posłowie, od prawa do lewa, swoim żonom, siostrom, córkom i kochankom są w stanie zafundować wycieczkę turystyczną do Holandii, pokazując jak się wymija niewygodne prawo. Znam parlamentarzystkę, która podobnie jak jej koledzy przeniosła się do jednej z niedawno utworzonych partii. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że w programie tej nowej jest zakaz aborcji, przeciwko któremu ona ongiś się wypowiadała. No cóż, byleby doczekać do emerytury z poselskich poborów. Środowisko lekarskie, z wyjątkiem grupki desperatów, w żadnym stopniu nie jest zainteresowane nie tylko zmianą obowiązującej ustawy, ale i podjęciem dyskusji. Wniosek: teraz, na początku XXI wieku w Polsce nie ma sił politycznych zainteresowanych zmianą status quo. Wydawałoby się, że taką siłą mogą stworzyć kobiety, traktowane przez twórców prawa jako potencjalne morderczynie. Jednakże jesteśmy za słabe, ulegamy presji konformistycznego, pełnego mizoginii społeczeństwa. Opublikowane przez CBOS 19 listopada 2002 r. wyniki badań opinii publicznej pokazują dobitnie, że zaledwie 28% pytanych przyznaje bezwarunkowo prawo kobietom do aborcji. Zatem dominuje w społeczeństwie przekonanie, że wola kobiety, jej decyzja: być albo nie być matką nie ma żadnego znaczenia. Czyż można się zatem dziwić, że po sukcesie negocjacji zakończonych w Kopenhadze 13 grudnia 2002 roku trzech rządzących Polską panów P - Premier, Prezydent i Prymas - mogło się przygotowywać do wprowadzenia chrześcijan polskich z wartościami do Unii Europejskiej. Aż tu nagle radosną atmosferę zakłóca sekretarz generalny SLD Marek Dyduch, który powiedział, że po referendum koalicja SLD i Unii Pracy zajmie się liberalizacją ustawy aborcyjnej, bo to był element programu SLD. Okazało się, że nie wszystkich polityków dopada amnezja powyborcza i niektórzy mają poczucie honoru, co każe im dotrzymywać danego słowa. Jednakże szybko został pouczony o niestosowności takiego wystąpienia. Na dodatek hierarchowie kościelni zażądali jasnej deklaracji ze strony rządu. Nawet najłagodniejsi krytycy p. Dyducha podkreślali niefortunność jego wypowiedzi. Kłopot w tym, że dla polityków planujących działania od wyborów do wyborów, nigdy nie nadejdzie fortunny termin na odważne, niekoniunkturalne decyzje. Z wielkim przejęciem przysłuchiwałam się wypowiedziom polityków. Szczególnie ciekawie zabrzmiała dyskusja zaproszonych do popularnej niedzielnej audycji radiowej. W studiu, jak zwykle znaleźli się sami mężczyźni, reprezentujący rozmaite partię i władzę. Charakterystyczne, że gospodyni programu nie zadała sobie trudu, by poznać właściwą nazwę ustawy. Powiedziała: "ustawa o ochronie życia". Odpytywani przez nią "na okoliczność sprawy" przedstawiciele władzy wywijali się jak piskorze. Minister Lech Nikolski, skutecznie grał na czas, opowiadając o kwocie mlecznej, o ustaleniach w Kopenhadze. Zbigniew Kuźmiuk, przedstawiciel partii, która nie wprowadziła do sejmu ani jednej kobiety, z oburzeniem odrzucił pomysł, aby rząd wychodził z taką inicjatywą ustawodawczą. Minister Marek Siwiec zręcznie stosował technikę bagatelizowania praw kobiet. Bardzo dobitnie oznajmił, że w najbliższej przyszłości nie widzi ani potrzeby, ani konieczności, by do tego tematu podchodzić. Dopuścił możliwość dyskusji oraz analiz, ale wykluczył projekt nowelizacji legislacyjnej. Podkreślał, że status quo jest do przyjęcia. (Dla niego - z pewnością!) Za takie wypowiedzi otrzymali pochwałę od kolegów z prawicowej opozycji. Po czym wszyscy panowie lekko przeskoczyli do omawiania przygotowań do wojny z Irakiem, o czym dyskutowali z pełnym zrozumieniem i znajomością sprawy. Ilekroć w tejże audycji przychodzi kolej na omawianie rozmaitych nowych nabytków budżetowych - a to transporterek, a to samolocik - służących nie do zabawy na niby, lecz do faktycznego zabijania ludzi, ci duzi chłopcy, prawicowcy i lewicowcy, odnoszą się do wojny z entuzjazmem i pełną aprobatą. A niezadługo nastąpił popis obłudy. Ciż sami politycy, co w różnych tonacjach, ale w sumie zgodnym chórem, odśpiewali apologię obowiązującej ustawy antyaborcyjnej, ze świętym oburzeniem krytykowali ustawę, która wymuszałaby wlewania do ich ukochanych automobili biopaliwa, szkodzącego tym cacuszkom. Szczególną zgrozą zapałali na myśl, że mogą być pozbawieni wyboru, co mają wlewać. Odebrali to jako zamach na wolność osobistą, że nie mogliby wybierać rodzaju benzyny: czysta bezołowiowa czy mieszana rzepakowa. Protest przeciw ograniczaniu możności wyboru dystrybutora zjednoczył panów polityków (rzecz jasna, z wyjątkiem tego, którego partia na realizacji stosownej ustawy ma zarobić). Wiadomo! Samochód - święta rzecz, a baba z wozu precz... Zatem pozostaje mi się cieszyć z faktu ukończenia 55 lat, a jeśli chodzi o moją córkę, synową oraz ich koleżanki, to chyba wezmę przykład z naszych prawodawców. Założę firmę turystyczną. Znam doskonałą klinikę w pewnym kraju europejskim. Obawiam się jedynie, że nasi adwersarze, przy wielkim wsparciu prezydenta i przywódców z pierwszej linii SLD, zainstalują na przejściach granicznych zasieki dla kobiet w wieku reprodukcyjnym, które będą zmuszane do przejścia przez bramki z detektorami ciążowymi. Którakolwiek będzie miała wynik pozytywny, zostanie zatrzymana na ziemi polskiej na 9 miesięcy. Źe tworzę ponure political fiction? Oby! Na czerwcowe referendum w sprawie akcesu Polski do Unii Europejskiej wybiorę się z pewnością. Jednak na kolejne wybory do parlamentu nie pójdę, bo nie mam już z kogo wybierać. Chyba, że młode pokolenie kobiet i mężczyzn stworzyłoby partię, w której programie byłoby stworzenie systemu dającego obu płciom równością wobec prawa. A co do równego statusu kobiet i mężczyzn w szeregach SLD... to już zupełnie inna historyjka. Ewa Dąbrowska - Szulc Przewodnicząca Stowarzyszenia PRO FEMINA, feministka uliczna |







