MATRONATY

Kompleks Ojca

Ola Hołubowicz
24 września 2013

Z psychoanalizy rozumianej mainstreamowo wynika, że wszystkiemu winna jest matka. Z obserwacji własnych, nienaukowych, też tak wynika. Wiele dziewczyn narzeka na matkę. Mamy wiele pretensji: że nam nie dosyć pobłażała albo że nie nauczyła dyscypliny, że była zbyt zdystansowana, albo że była kumpelą, a nie matką, że była nadopiekuńcza, albo że się nami nie zajmowała... Można by tak te sprzeczne żale mnożyć w nieskończoność. Wiele z nas w pewnym momencie zaczyna matkę brać za pewnik, opowiadać znajomym, jak to matka nas irytuje i nie rozumie, zrzędzi, nudzi, przesadza, nie ma poczucia humoru, że pierdylion innych skarg. Z drugiej strony, czy własny ojciec (o ile w ogóle istnieje i nie uciekł dawno temu do innej kobiety, za granicę, rozpłynął się w powietrzu lub wolał iść do więzienia zamiast zapłacić alimenty) – czy własny tzw. porządny ojciec irytuje nas w równym stopniu? 

O ile matkę rozliczamy bardzo surowo, nasza cierpliwość do niej wisi na włosku, o tyle ojcu często pobłażamy. Jakoś rozumiemy, że nie ma czasu, by uczestniczyć w ważnych momentach naszego życia – wiadomo, praca, albo że skarpetek nie chowa, praca, praca, albo że generalnie w domu opowiada o swoich problemach i stresach, bo praca, praca, praca. Wybaczamy mu nawet to, że dla innych ludzi bywa czarujący, stara się żartować. W sumie rozumiemy go, bo matka zrzędzi, bo utyła, zastanawiając się, jak nasz wspaniały, przystojny ojciec (choć łysy i brzuchaty, ale przystojny, bo zdjęcia z młodości widziałyśmy) z tą matką wytrzymuje.

No, ojciec to gość! Wali super teksty, zna się na czymś bardzo dobrze, na poziomie eksperta. Czy to na filmie, muzyce czy sporcie – mniejsza o to, ale zyskuje nasz szacun. Jedna kumpela cytuje „zabawne” teksty ojca na Fejsie, jedna z uczennic z tatą ogląda mecze i stara się wiedzieć trochę o piłce nożnej, bo tata mówi, że trzeba, a inna koleżanka uważała swojego ojca przez lata za bezwględny autorytet intelektualny, nawet za swojej intelektualnej (o wiele większej niż ojca) świadomości – takich historii są „pierdyliony”. Wszystko pięknie, ale zazwyczaj poważanie ojca jakoś tak, samo z siebie, zakłada przeciwstawienie go matce, której brak poczucia humoru, o piłce nie ma pojęcia, a intelektualnie też ojcu nie dotrzymuje poziomu.

Ale przecież ojciec jest z założenia intelektualny, logiczny i racjonalny, a do tego biały, jak by powiedziała Chicana Cherrie Moraga, eseistka i akademiczka. Ojciec jest kolonizatorem, który podbija terytoria nie tylko w sensie geograficznym, ale intelektualnym, kulturowym i psychologicznym. Dzierży władzę (symboliczną), nawet jeśli wyznaje równościowe poglądy, a co za tym idzie, reprezentuje wszystko, do czego aspiruje feministka/silna kobieta. Dlatego to z postępowym Ojcem utożsamia się niezależna córka, odrzucając to, co matczyne. Według psychoanalizy, już nie tej domorosłej, ale freudowskiej, również rozważanej przez Butler w eseju Gender i melancholia, mechanizm identyfikacji płciowej tworzy się na zasadzie negacji; chłopiec odrzuca ojca jako przedmiot pożądania, dzięki czemu może traktować go jako wzorzec, w którym rozpoznaje siebie. W przypadku „silnej dziewczynki”, również odrzuca matkę, nie wiem, czy jako obiekt pożądania, bo nie jestem specjalistką od psychoanalizy, ale zdecydowanie jako wzorzec genderowy. A może ojciec staje się jednocześnie obiektem pożądania (na poziomie psychoanalizy) i wzorcem płciowym, podczas gdy matka pozostaje pozbawiona obu tych fukcji?

Tego rodzaju zjawisko wpisuje się w rozumienie modelu męskie/kobiece, jakie przedstawia Luce Irigaray. To, co kobiece, wymazuje się w ogóle z systemu i pozostawia poza nim. Być może dlatego Irigaray naśladuje filozoficznego ojca niczym echo, nie tylko w ramach taktyki kontestacji, ale dlatego, że wiele z nas czuje się w obowiązku odnosić do fallogocentrycznego porządku, a większość z nas nigdy go nie odrzuci, nawet pomimo głośno deklarowanego i „wyznawanego” feminizmu. Nic dziwnego, w końcu matka, jak pisze Moraga, jest zawsze czarna. Rozumiem, że oznacza to właśnie tę drugą płeć, czarną owcę wśród w płci, umiejscowioną w sferze cielesności – naczynie, matrix, z którego wyłania się płód. Do tego targają nią niekontrolowane emocje, czyli co tu dużo mówić – wieczna histeria. Ponadto to poddaństwo wobec ojca-kolonizatora, właściciela całej plantacji niewolników zwanej rodziną, sprawia, że „silna córka” dąży do tego, co ojcowskie.

Nawet córka-ateistka wierzy w (może i mitycznego) Boga-Ojca, bo trudno dowiedzieć się czegoś o Matce-Bogini. Nie każda z nas w wolnych chwilach czytuje Trzy Kolory Bogini Anny Kohli. Twierdzenie, że kobiety są stworzycielkami świata (co chyba nie powinno dziwić, choćby ze względu na rozwój dziecka wewnątrz ciała matki) oburza jeszcze bardziej niż domaganie się aborcji na żądanie albo stosowanie w polszczyźnie żeńskich końcówek.

Może więc najbardziej feministycznym aktem wyzwolenia będzie „zabicie” swojego ojca? Mam na myśli metaforyczne morderstwo literalnie rozumianego ojca jako figury mitycznej. Nie chodzi mi wcale o zerwanie kontaktu z tatą; wręcz przeciwnie, o ile ma się z nim dobry kontakt, warto go pielęgnować. Ale przestańmy wreszcie traktować ojców jak święte krowy. Spójrzmy na nich jak na ludzi ze wszystkimi ich zaletami i niedociągnięciami, jednocześnie odpuszczając matkom. Same nigdy nie będziemy się postrzegać jako pełnoprawnych ludzi, dopóki nie uporządkujemy swojego często nabożnego stosunku do ojca. 

Poprzednie teksty:

[Więcej]

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

fio

© 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www