zadra-na-www

MATRONATY

Tożsamość Syren
Katarzyna Turaj-Kalińska   
01 października 2012

Było to tuż przed upadkiem PRL-u – okrągło licząc: ćwierć wieku temu. Moja matka, z zawodu aktorka, reżyserka i nauczycielka gry aktorskiej, spędziła trochę czasu w angielskim mieście Cardiff. Właściwie powinnam napisać: walijskim, gdyż Walijczycy mają tylko trochę mniejsze ambicje tożsamościowe niż Szkoci i nie chciałabym ich urazić. Jestem na to uczulona od czasu, gdy pewien Szkot wyzwał mnie od „rosyjskich kurew”, gdy poznawszy go, uczyniłam mu komplement, że mówi świetną angielszczyzną bez śladu akcentu szkockiego.

W Cardiff odbywał się w 1986 roku I Festiwal Eksperymentalnych Teatrów Kobiecych pod nazwą „Magdalena Project”. Matka przywiozła nań z Polski trzyosobowy spektakl - Pokojówki Geneta, które wyreżyserowała, grając jednocześnie rolę Pani. Prowadziła też warsztaty dla obecnych tam aktorek i tak im to wszystkim zasmakowało, że dążyły do nowej wspólnej roboty.

Pomysł, by przedstawić na scenie archetypy kobiece mające największy potencjał dramaturgiczny zaświtał szybko, ale wiadomo, że do realizacji potrzebne jest lokum i kasa. Dziewczyny z „Magdaleny” okazały się niezwykle obrotne i po dwóch latach projekt mógł dojść do skutku dzięki temu, że zrzuciły się na niego: British Council, belgijski teatr „Cirque Divers”, Norweski Teatr „Laboratorium”, a nawet pewien bank i producent kserokopiarek. Lokum udzielił „Odin Teatret” w duńskim miasteczku Holstebro.

Myślę, że jego założyciel i szef, Włoch Eugenio Barba, uczeń Jerzego Grotowskiego, podobnie jak jego guru wierzył w ożywczy wpływ Wschodu na Zachód.

Matka wierzyła chyba w coś odwrotnego: w wychowawczy wpływ Zachodu na Wschód. Grotowski nigdy nie był jej idolem. Jej osobowość jako reżyserki i aktorki ukształtowała się pod wpływem Tadeusza Kantora. On był jej mistrzem, a on fascynował się zachodnimi nurtami i twórcami. Goyą i Velasquezem, surrealizmem i dadaizmem, romantyzmem von Kleista i symbolizmem Maeterlincka.

Wybuchowa mieszanka, jeśli wszystko to było prawdą, ale takie są najbardziej inspirujące. Pewne jest w każdym razie, że Kantor konsekwentnie hołdował przykazaniu „Nie będziesz mieć bogów cudzych przede mną”, oczywiście z sobą samym w roli Boga. Grotowskiego czy też Szajnę tępił z pomocą ostrego szyderstwa w sposób tak sugestywny, że nawet mnie się udzielił jeszcze w latach szkolnych raz na zawsze sceptycyzm w stosunku do ich dokonań artystycznych. A cóż dopiero matce, która była pod stałym i bezpośrednim wrażeniem jego tyrad, pamfletów i paszkwili. Do tego wszystkiego gdy w latach 50. uczęszczała do krakowskiej PWST, była z Grotowskim na jednym roku i pamiętała bambosze, które nosił na gimnastyce, równie obciachowe jak cała sylwetka, a nawet ówczesna osobowość przyszłego guru. Eeeeech, cóż... trudno być prorokiem we własnym kraju, a już na pewno nie da się podbić serc i umysłów tych, którzy widzieli nasze bambosze! Jedyna pociecha, że Kantor miał tu jednak więcej do powiedzenia niż para pantofli gimnastycznych.

(...)
więcej w Zadrze na papierze
 

fio

© 2017. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www