MATRONATY

Tradycja i fiksacja
Sławomira Walczewska   
10 października 2012

Znajoma zastanawiała się kiedyś, skąd wzięły się jej feministyczne poglądy i zaangażowanie w ruch kobiecy. Wyszło jej, że zawdzięcza je swojej rodzinie. Była jednym z pięciorga dzieci, wychowana w tradycyjnym środowisku, miała samych braci. Jako dziewczynka pomagała mamusi w zajęciach domowych, a wszyscy czterej bracia podrzucali jej swoje skarpety do prania. Wystarczyło trochę poczucia godności i wyczucia tego, co jest sprawiedliwe i w porządku, a co nie – i z potulnej pomocnicy mamusi wyrosła „wojująca feministka”, bo tak do niedawna nazywało się kobiety, które nie zgadzały się na usługiwanie, schlebianie i nadskakiwanie mężczyznom.

W tym kontekście nasuwa się refleksja, że słowo „tradycyjny” jest często nadużywane. Tradycyjna jest rodzina, role płciowe są tradycyjne, tradycyjne są obowiązki kobiety i mężczyzny w rodzinie. Tymczasem tradycja to zwyczaj uroczyście pielęgnowany przez kolejne pokolenia i społeczności. To coś, co spaja społeczność i co uszlachetnia więzi międzyludzkie. To przekaz dotyczący tego, co jest mądre, piękne i szlachetnie i co uwzniośla relacje społeczne lub przynajmniej je cywilizuje. Nie wszystko w rodzinie „tradycyjnej” jest warte pielęgnowania, na przykład wykorzystywanie kobiet i podporządkowanie ich mężczyznom nie jest niczym ani pięknym, ani szlachetnym. Nie buduje, a jest tylko zarzewiem konfliktów. Nawet jeśli kobiety w domu zawsze sprzątały, prały i gotowały, nie znaczy to, że tak już musi pozostać, ani że jest to najlepsze rozwiązanie. Trzeba odróżnić tradycję jako przekaz międzypokoleniowy, który buduje wspólnotę, od fiksacji na tym, co dotąd było uznawane za oczywiste i niekwestionowalne, choć było niesprawiedliwe i nieprzyzwoite.

Zgadzam się z Krzysztofem Nawratkiem, który w czasopiśmie „Znak” w swoim artykule „Obrońcy hierarchii i grabarze tego, co wspólne” twierdzi, że klincz pomiędzy „obrońcami życia”, a „obrończyniami wolności wyboru” można jedynie wtedy zacząć rozwiązywać, gdy sprowadzi się obydwa stanowiska na całkiem inną płaszczyznę. Tą płaszczyzną jest wspólna wizja społeczeństwa i sposobów rozwiązywania konfliktów pomiędzy jego grupami. Zgadzam się też, że narzucanie siłowych rozwiązań jest barbarzyństwem, także wtedy, gdy stroi się w piórka obrońców tradycji, strażników rodziny i prawowitych synów narodu. Natomiast zupełnie do mnie nie przemawia zestawienie obu stanowisk jako równorzędnie demagogicznych, ukrywających za retoryką współczucia – w jednym przypadku wobec bezbronnych nienarodzonych, w drugim wobec instrumentalizowanych matek – dążenie do władzy i dominacji. Autor pomija niewspółmierność obu dyskursów. Jeden z nich jest dyskursem fiksacji na tym, co dotąd było, drugi jest dyskursem eksperymentu w imię większej sprawiedliwości. Jeden okopał się na dobrze znanych pozycjach i tak trwa, drugi przynosi ze sobą nowe.

Każdy dyskurs ma do czynienia z władzą w tym sensie, że zaprowadza swoje porządki. Porządku dyskursu patriarchalnego nie trzeba wprowadzać, bo siłą rozpędu trwa. Dyskurs feministyczny natomiast przynosi zmiany, które całemu społeczeństwu są potrzebne: jest radykalnie demokratyczny, kwestionuje nieoczywiste hierarchie i sztuczne podziały, odrzuca przywilej urodzenia, znosi niewolnictwo płci i usługiwania „z miłości”. Tradycjonaliści może są w stanie się do nich przymierzyć, fiksaci na pewno nie.

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

fio

© 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www