zadra-na-www

MATRONATY

Lesbijki w Krakowie
Paulina Szkudlarek   
02 kwietnia 2014

W 2012 roku grupa kobiet skupionych wokół inicjatorek Damskiego Tandemu Twórczego zainaugurowała w Warszawie festiwal kultury lesbijskiej. Wprawdzie jego nazwa, O’Less, wzbudzała uzasadnione kontrowersje, ale sama idea przyjęła się i nie skończyło się na jednorazowej imprezie. Rozpoczęło się tzw. tournée, czyli współtworzenie z lokalnymi środowiskami edycji „wyjazdowych”, na przykład w Poznaniu i Trójmieście. Każda odsłona festiwalu jest inna – oczywiście, jeśli wierzyć programom, które dotychczas czytałam. Teraz jednak festiwal O’Less trafia ze swoimi wydarzeniami do Krakowa (4-6 kwietnia tego roku). Planowane jest czytanie utworów dramatycznych, projekcje filmowe, a tematem przewodnim tej edycji festiwalu jest duchowość lesbijska. To przedsięwzięcie to nie tylko okazja do dzielenia się artystycznymi zainteresowaniami i doświadczeniami, nie tylko przestrzeń dla dobrej zabawy. To również okazja, by zadać sobie szereg pytań. Część z nich już zadałam, gdy w niedawnym artykule w „Zadrze” (nr 3-4/ 2013) starałam się uchwycić skomplikowaną matrycę lesbijskich afiliacji, polityk reprezentacji i środowiskowej lojalności.

les1Emma Donoghue, literaturoznawczyni i pisarka, laureatka Lambda Award, finalistka nagrody Bookera, w książce „Inseparable” wysunęła tezę, że za ukształtowanie się nowoczesnego – a pośrednio także współczesnego – lesbijskiego imaginarium odpowiedzialni są mężczyźni. Nie, nie ci niesławni dziewiętnastowieczni seksuolodzy, którzy diagnozowali u kobiet trybadyzm i inwersję. To pisarze, często głównonurtowi, i ci kontrowersyjni, i ci poczytni, rozpowszechnili postać lesbijki jako transwestytki, jako romantycznej przyjaciółki, jako katalizatorki albo odwrotnie: burzycielki szczęścia małżeńskiego.

Diderot, de Sade, Dickens, Balzac – o autorach czystej pornografii nie wspominając – wyznaczyli punkty odniesienia dla „chętnych, by sobie popatrzeć” mężczyzn, oraz dla uczestniczących w kulturze literackiej kobiet. Zgoda, wyobrażenia spopularyzowane przez wymienionych – i innych – pisarzy nie brały się znikąd, ale zasadniczo były fantazją z zewnątrz. W wizjach tych bohaterki często nie wiedziały, co się z nimi samymi działo, gdy się zakochiwały lub wręcz gdy odczuwały rozkosz (orgazm brały na przykład za konwulsje związane z jakąś chorobą). Mężczyźni jako autorzy i narratorzy utrzymywali swoją nadrzędność: oni znakomicie rozumieli, co się działo. Beletrystyka zaś, także „gatunkowa” (fantastyka, romans itd.), jest skuteczną wyrazicielką i nośniczką idei. Nic dziwnego więc, że kobiety twórcze na coraz szerszą skalę same opisywały świat swoich doświadczeń homoerotycznych, niekiedy kwestionując dotychczasowe artystyczne i naukowe autorytety, niekiedy im wtórując. Najdonośniej, jak dotąd, taki „własny głos” zabrzmiał w USA w latach 70. minionego wieku, na feministycznej fali lesbijskiego separatyzmu. Odszedł do historii, lecz choć jego spuścizna bywa lekceważona, wciąż inspiruje i znajduje kontynuacje.

W Polsce sugestia (!) ideowego powrotu do lat 70., czy też ponowne (a zarazem przecież pierwsze) odkrycie wartości wyznawanych wówczas przez lesbijskie separatystki, jest właściwie nie tyle ekstrawagancką, co awangardową propozycją w czasie, kiedy w rodzimym ruchu LGBT formułowana i wdrażana jest strategia asymilacji. Najprościej mówiąc, walka o wprowadzenie regulacji prawnych prowadzących do stabilizacji związków par osób homoseksualnych opiera się na specyficznie rozumianej jednakowości tych par. Nie różnią się od par hetero niczym, jak tylko ukierunkowaniem swojego pożądania emocjonalnego i seksualnego. Dążą więc do tworzenia rodzin analogicznych wobec tych „tradycyjnych”. Chcą ślubów, wspólnych kredytów mieszkaniowych i wzajemnego dostępu do szpitalnego łóżka. Niezorientowanym wyjaśnię, że i kredyty, i odwiedziny w szpitalach, a nawet zasięganie informacji medycznych, są dla par niemałżeńskich dostępne, ale przypominanie o tym nie brzmi najlepiej, jeśli się działa na rzecz asymilacji rozumianej tak, jak to opisałam. Czyli po drobnomieszczańsku.

Tymczasem lesbijka ma jakąś... duchowość. Lesbijską. Co to znaczy? Ta duchowość jest bowiem kluczowa. Slangowe określenia, styl wyglądu i autoekspresji, kanon literacki, filmowy i muzyczny – przy odpowiedniej determinacji czy dobrej woli to wszystko może sobie przyswoić każdy i każda. O’Less pyta o jakieś „coś więcej”. O esencję? Niekoniecznie. W 2014 roku jesteśmy bogatsze o cały historyczny dorobek kulturowy i wiemy, że nie jest się lesbijką na zasadzie stabilnej tożsamości, choć nie brakuje osób w taki sposób odczuwających swoją odrębność. Lesbijstwo jest kategorią wpływającą na życie poszczególnych kobiet poprzez rozmaite, choć nie wszystkie, regulacje życia społecznego, w którym bierzemy udział. Zwykle wpływ ten jest uważany za opresyjny, jednak nie o to chodzi ekipie O’Less. Wspomniane „coś więcej” na gruncie artystycznym to raczej pewien aktualny stan. Mapa możliwości. To nieprzypadkowe określenie. Jednym z elementów pierwotnego projektu O’Less było rozrysowanie topografii twórczości polskich lesbijek na mapie kraju.

Mimo pewnego uspokojenia nastrojów trwa medialne zainteresowanie homoseksualnością i genderem. W miniony weekend przeczytałam od deski do deski „Gazetę Wyborczą” (29-30 marca 2014). Cała „lesbijska obecność”, na jaką trafiłam, sprowadziła się do przytoczenia wypowiedzi Marguerite Yourcenar o Konstandinosie Kawafisie, oczywiście bez żadnego odniesienia do osobistego życia pisarki ani do silnego wyeksponowania w jej twórczości wątków seksualnej i erotycznej alternatywy. Nie było na to miejsca, kontekst tego nie wymagał, czy trzeba wciąż o takich rzeczach mówić? Niekoniecznie „wciąż”. W ten weekend w Krakowie utworzona zostanie szczególnego rodzaju enklawa głośnej obecności. By użyć klasycznej już formy, „własnym głosem o sobie”. Warto go posłuchać.

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

fio

© 2017. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www