zadra-na-www

MATRONATY

Fasolka czyli dziecko
Magdalena Piekara   
21 grudnia 2013

"Pytam tu obecne Panie,/ By od grubszych zacząć braków:/ Jak mam nazwać «obcowanie»/ Dwojga różnej płci Polaków?/ Czy «dusz bratnich/ pokrewieństwem»?/ Czy «tarzaniem się w rozpuście»?/ «Serc komunią» — czy też «świństwem»,/ Lub czym innym w takim guście? (Tadeusz Boy-Żeleński)

W Polsce zagubił się gdzieś normalny dyskurs dotyczący ciąży i macierzyństwa. Został zastąpiony mistyczno-słodkopierdzącym ględzeniem o fasolce umieszczonej pod serduszkiem i o stanie błogosławionym. Nie mam nic przeciwko temu, gdy kobieta w ciąży personifikuje płód, nazywa go pieszczotliwie, rozmawia z nim czy mówi o jego cechach charakteru. To jest w porządku, bo właśnie w taki sposób przygotowuje się do roli matki, nawiązuje więź psychiczną z dzieckiem, które ma się dopiero urodzić. A poza tym, jej ciąża, jej sprawa – może mówić, jak chce.

embrionNatomiast jeśli w sferze publicznej, w mediach ktoś zaczyna używać „ciążowej nowomowy” czy też szerzej – fizjologicznej mowy ezopowej, to dostaję mdłości. O menstruacji mówi się, że to trudne dni, o ciąży, że to stan błogosławiony. Pewnie niedługo o kopulacji będziemy mówić jako o możliwym powołaniu na świat dzieciątka, a o masturbacji – że to grzech Onana, za który klątwa bezpłodności spadnie na grzesznika kalającego nieczystą dłonią sferę związaną z dzieciopoczęciem.

Posłanka Marzena Wróbel opowiada w telewizji dyrdymały i nawet się nie zarumieni z powodu swej niewiedzy – żeby nie powiedzieć gorzej. Wypowiada się jako spec od językoznawstwa, objawia światu, że słowo „płód” brzmi wedle niej depersonalizująco. Niech najpierw słowniki poczyta ta ekspertka z bożej łaski, która należy do partii Solidarna Polska. Jak ktoś w nazwie partii ma Polskę, to powinien znać język, a nie opowiadać jak głupek, że jemu/ jej coś „brzmi”. Niedługo się okaże, że nie dość, że jej brzmi, to jeszcze głosy słyszała i wieszczyć zacznie, że plemniki to homunkuluski maluteńkie, które mają białe koszuleczki i czerwone majtaski. Od zapłodnienia, co ja mówię, od poczęcia, jesteś człowieku polskim płodem. Co ja mówię, jakim płodem – dzieckiem zaczętym, naczętym, napoczętym, przypiętym? Już wiem: przypiętym do krzyża i flagi narodowej – bo jakże inaczej.

Gdyby pani poseł czytała słowniki, dowiedziała by się, że „płód” to od XIV wieku zarodek, dziecko w łonie matki, stąd też wzięło się słowo – potomek. Ale też słowo to oznaczało „owoc”, „plony ziemi”, skąd już blisko do formuły zawartej w modlitwie „owoc żywota twojego”. Dodam, że „żywot” to brzuch w tym kontekście, a nie owoc życia, żeby żaden mistyk ciążowy znów głupot nie gadał. Sam „płód” pierwotnie pochodzi od pierwiastka *pel-, co oznaczało lać, napełniać, i ma związek również ze słowem „plemię”. Czyli można w skrócie rzec, że płód jest tym, co „napełnia łono kobiety”. I to ma być depersonalizujące? To pokazuje piękno języków słowiańskich i rozwój polszczyzny, droga pani poseł, która zatrzymałaś swoją edukację na „Małym Gościu Niedzielnym” albo „Rycerzu Niepokalanej”, bo jak dobitnie słychać w twojej rozmowie z Kazią Szczuką, słownika nie miałaś w dłoni od wczesnej podstawówki, ba, pewnie nie wiesz, że istnieje inny słownik poza ortograficznym. A o rozwoju swojego języka ojczystego nie masz zielonego pojęcia.

Będziemy zmieniać język, bo jakiejś pani poseł coś tam „brzmi”? Jakże brzmi zażenowaniem w mych uszach pani kompromitacja, droga pani. Jakimże wstydem okryć się pani winna za to brzmienie, które świadczy o nieznajomości języka na poziomie maturalnym. I pani Wróbel reprezentuje mnie w sejmie. O tempora, o mores.

Niby tak bardzo się boimy o utratę polskiej tożsamości, która może „rozpłynąć się” w diabelskich miazmatach unijnych, a tymczasem parlamentarzystka polska demonstruje, że język ojczysty dla niej jest równie mało ważny, co wstyd, że jest niezbyt rozgarnięta.

A teraz skojarzenie: skoro pani poseł wsłuchuje się w brzmienia, to ja sobie skojarzę. Komisja Kodyfikacyjna Prawa Karnego przy Ministerstwie Sprawiedliwości chce zmienić zapis artykułu 152 na: „Kto powoduje śmierć dziecka poczętego niezdolnego do samodzielnego życia poza organizmem matki, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”. W zasadzie jest to zmiana na lepsze, bo dopuści usuwanie ciąży. Dlaczego? Czy na głowę upadłam? Ależ skąd, wystarczy dobra językoznawczyni albo językoznawca na procesie sądowym – i załatwione. Bo jeśli się wdamy w roztrząsanie, co to jest dziecko poczęte i niezdolne, to wykończymy każdego sędziego. Tak to jest, jak do kodeksów prawnych zaczyna się używać nowomowy związanej nawet nie tyle z religią i wiarą, ale będącej myśleniem postulatywnym, a może nawet formułą magiczną. Dlatego – niech wprowadzają, a potem będziemy się procesować, aż do skutku, aż ustalimy zakres słownikowy pojęcia „dziecko poczęte i niezdolne. I właśnie tego Państwu życzę w nadchodzącym roku. Wielu, wielu procesów.

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

fio

© 2020. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www