zadra-na-www

MATRONATY

Czy można być katoliczką i feministką?

Wydaje się, że nie. Są to żywioły sobie przeciwne, jak można wnosić z ostrych polemik i świętej zgrozy, która unosi się w powietrzu wraz z kurzem bitewnym.

A jednak - istnieją katoliczki feministki. W Polsce mamy co najmniej jedną. Nie jest to wcale osoba o rozmytej tożsamości i połowiczna w każdej sferze. Nie, to prawdziwa teolożka feministyczna - dr Elżbieta Adamiak, adiunkt w Zakładzie Teologii Fundamentalnej Uniwersytetu A. Mickiewicza w Poznaniu. Jej książka Milcząca obecnośćO roli kobiety w Kościele, wydana w Bibliotece "Więzi" (Warszawa 1999) i opatrzona imprimatur właściwego urzędu kościelnego, świadczy o znakomitej orientacji autorki w problematyce feministycznej, więcej - o własnym przeżyciu i przemyśleniu tych spraw.

Grunt, na który śmiało wkracza, jest grząski, a praca - w naszych warunkach - pionierska. Zazwyczaj tak bywa, że religijni nowatorzy odwołują się do tradycji. Tak też robi Elżbieta Adamiak. Nie ukrywa, jakże licznych i wpływowych, antykobiecych wątków w tradycji chrześcijańskiej, przypomina, z cytatami, co też wypisywali o kobietach Ojcowie Kościoła. Ale chodzi jej przede wszystkim o wydobycie tego, co świadczy o wielkiej roli kobiet w historii chrześcijaństwa (a także w dziejach opisanych w Starym Testamencie), a co zostało zapomniane i zniekształcone.

Udział kobiet

Kobiety obecne na kartach Pisma opisywane są przez mężczyzn i najczęściej milczą. "Skoro słowo jest też atrybutem władzy - to widać, że kobiety przez wieki tej władzy kształtowania świata były pozbawione. Co więcej, w tradycji Kościoła, a także w samym Piśmie Świętym znajdujemy wezwania kobiet do cichości i nakazy milczenia [...]" pisze Adamiak.

A przecież: "...odkrywamy, że dwie największe tajemnice Ewangelii - wcielenie Syna Bożego i Jego śmierć i zmartwychwstanie - zawierzone zostały właśnie kobietom. [...] Można tu nawet mówić o swego rodzaju "pierwszeństwie" kobiet. Jednocześnie jednak zauważamy, jak "rewolucyjne", wyprzedzające swój czas było podejście Jezusa i pierwotnego Kościoła do kobiet. One szły za Nim i usługiwały Mu, a więc należały do grona Jego uczniów - na równi z mężczyznami. I one posłane zostały, by głosić Dobrą Nowinę. Niektóre spośród nich mają ją głosić najpierw Jego uczniom! Posłanie niektórych z nich przez Jezusa budzi zdziwienie Jego uczniów. To zdziwienie nie opuszcza ludzi Kościoła do dziś. Widzimy zatem, że słowa kobiet sprawujących zapewne funkcje przewodnictwa w gminach pierwotnego chrześcijaństwa zostały zapomniane, a sama ich posługa sprowadzona do kulturowo pojętej roli kobiety. Dziś zaczynają przemawiać do nas na nowo, a ich słowo i słowo o nich - zostaje nam przywrócone. Również na ich wierze i na ich słowie wiary zbudowany jest Kościół. [...] Trzeba więc powiedzieć coś zupełnie podstawowego: kobiety współtworzyły słowo Kościoła od współpracowniczek św. Pawła poczynając, przez zastępy męczennic, przez krąg kobiet współpracujących ze św. Hieronimem nad łacińskim przekładem Biblii, przez niezliczone mistyczki, których działalność rozpoczyna się zwłaszcza od wieków średnich, po współcześnie tworzące egzegetki, teolożki czy katechetki".

Kobiety, o których mówi tutaj Elżbieta Adamiak, to oczywiście Maria, Matka Jezusa, dalej Maria Magdalena - Apostołka Apostołów (ona pierwsza spotyka zmartwychwstałego Chrystusa i pierwsza przynosi o tym wiadomość Jego uczniom), potem spotkana przy studni Samarytanka - pierwsza apostołka pogan, a jeszcze Maria i Marta, siostry azarza, realizujące różne, ale ważne powołania. Także w Starym Testamencie pojawia się wiele znakomitych postaci kobiecych: matriarchinie (jak je nazywa autorka, wynajdując słowo analogiczne do patriarchy) narodu Izraela, prorokinie, zbawczynie swojego ludu oraz Debora, która piastowała zastrzeżoną dla mężczyzn funkcję sędziego.

Tradycję przywołuje się więc po to, by dotrzeć do zapomnianego, przemilczanego własnego słowa kobiet, usłyszeć głos pokoleń naszych poprzedniczek, odkryć bogactwo ich dorobku. Zwróceniu się do tradycji towarzyszy przekonanie, że wszelkie wypowiedzi niechętne kobietom, traktujące je jako niższe i gorsze, są uwarunkowane historycznie i kulturowo, a więc nie należą do istoty chrześcijańskiego przesłania. To natomiast, co należy do jego istoty, to rewolucyjna i przez to trudna do przyswojenia nauka o równości wszystkich ludzi, także mężczyzn i kobiet.

Ważne jest też przekonanie, że podstawa tradycji - rozumienie Pisma świętego - nie jest sprawą zamkniętą i można w nim dzięki nowemu spojrzeniu, zmianie perspektywy odnaleźć treści dotąd nie zauważane. Biblia pozwala się nieustannie na nowo interpretować. Przykładem takiej zmienności interpretacji jest rozumienie początkowych scen z Księgi Rodzaju: stworzenia Adama i Ewy, zerwania owocu z Drzewa Wiadomości Dobrego i Złego. Dawniej dostrzegano tam uzasadnienie traktowania kobiet jako istot niższych, skłonnych do grzechu i z natury podległych. Dziś - co widać w nauczaniu obecnego Papieża - wydobywa się to, co świadczy o zamierzonej przez Boga - Stwórcę równości obu płci, dyskryminacja jest tu skutkiem grzechu, ale "nie tak było na początku!". (Przy okazji można porównać wypowiedzi Jana Pawła II i Piusa XI z 1930 roku i zobaczyć, jak bardzo zmienia się nauczanie, które w momencie jego ogłoszenia traktowane jest jako ostateczne).

Rzeczywistość skrzeczy

Ale nawet współcześni, pełni dobrej woli teologowie nie są wolni od ograniczeń męskiego punktu widzenia (co gorsza, same kobiety nieraz bezkrytycznie powielają ten sposób patrzenia na własną płeć). Swój dystans i niewygodę wyraża autorka w ten sposób, że zwierza się z zakłopotania, odczuwanego wobec papieskiej wypowiedzi, w której wyrażać się ma wdzięczność wobec kobiet w ich wymienionych tam różnych rolach życiowych. Skąd to zakłopotanie? Już sama wdzięczność, próby jakiegoś "dowartościowania" - "wskazują na ciągle istniejącą nierównowagę i niesprawiedliwość". Wymieniane role i sytuacje życiowe kobiet "pozostają tylko pewnymi "kategoriami". Źadna kobieta nie odnajdzie się w nich w pełni". Nikomu też nie przyjdzie na myśl, żeby mówić w ten sposób o mężczyznach. Brzmiałoby to sztucznie. Mówienie o "miejscu i roli kobiety [...] zakłada, że miejsce i rola mężczyzny są określone, że to, co "ogólne", dotyczące człowieka, ludzi, faktycznie odnosi się do mężczyzn. A dla kobiet trzeba wyszukiwać jakichś "szczególnych" miejsc spełnienia ich posłannictwa".

Podobnie wygląda dyskusja na temat tego, czym jest kobiecość - tzw. paradygmatu i charyzmatu kobiety, czyli wzorca kobiecości i kobiecego powołania. Teologowie katoliccy (Jan Paweł II) i prawosławni (Paul Evdokimov) chcą widzieć istotę kobiecości w szeroko rozumianym macierzyństwie. Nie traktują tego jako czegoś drugorzędnego, przeciwnie, przypisują mu wielką wartość, niemalże zadanie ocalenia świata. "Zauważmy, że w ten sposób z mężczyzny zdejmuje się niejako odpowiedzialność za jego działanie" komentuje Adamiak podniosłe słowa Evdokimova o tym, że misją kobiety jest przetwarzanie "męskiego instynktu niszczycielskiego" w "instynkt życia". Trudno jest także przyjąć kobietom "sugerowanie, że pewne cechy charakteryzują kobietę tylko dlatego, że jest kobietą, że nie musi ona ich wypracowywać, że nie kosztują one jej wewnętrznego trudu". Chodzi tu o wrażliwość, troskliwość itp. "kobiece" i "macierzyńskie" cechy.

"Czy próbując teologicznie określić charyzmat kobiety - pyta Adamiak - nie popadamy siłą rzeczy w jakieś ograniczanie, określanie z góry tego, kim kobiety mają być i co winny robić, a więc w jakąś formę paternalizmu czy rozporządzania nimi? [...] Czy teologicznie właściwą drogą jest tworzenie idealnego obrazu kobiety, który później zostaje uznany za normę, podczas gdy podobnego wzoru nie stawia się mężczyźnie, zakładając bogactwo, a więc wielość (!) takich wzorców. Dlaczego dla kobiet miałby istnieć tylko jeden?". Autorka proponuje raczej przyjrzeć się temu, jak same kobiety przeżywają swoje kobiece człowieczeństwo, które może realizować się na różne sposoby, niekoniecznie przez macierzyństwo, nawet jeśli ma to być "duchowe macierzyństwo". Tym bardziej, że (i tu znów pomocne jest odwołanie się do Pisma św.): "Jeśli spojrzymy na wybrane nowotestamentalne postacie kobiet, to uderza nas fakt, jak małą rolę w ich życiu odgrywa macierzyństwo. Nawet Ta, której macierzyństwo jest tak wyjątkowe - Matka Pana - sławiona jest nie ze względu na to, że jest Matką Jezusa, lecz dlatego, że w Niego uwierzyła, że jest pierwszą chrześcijanką, wzorem uczennicy (i ucznia!) Pańskiej".

Kapłanki

Wreszcie problem, o którym w polskim Kościele w zasadzie się nie dyskutuje - sprawa kapłaństwa kobiet. Adamiak porusza się na tym trudnym, śliskim terenie bardzo zręcznie i subtelnie. Nie zajmuje bezpośrednio stanowiska w sporze, raczej zdaje sprawę z tego, jak ta dyskusja wygląda i jakie są tu przytaczane racje. Wyraźniej zaznacza, jakie pytania tutaj powstają - pytania o obraz kobiety i jej roli w Kościele, kryjący się za przyjęciem takiej czy innej argumentacji, o - mówiąc językiem teologii - zbawczą treść przyjętej w tej dziedzinie praktyki, wreszcie o to, jak rozumieć odniesienie mężczyzn i kobiet do Chrystusa: "Co w świetle takich stwierdzeń znaczą słowa o tym, że w Chrystusie nie ma już mężczyzny i kobiety?". 

Jakby mimochodem pojawia się ważna i rozumiana także przez niektórych męskich teologów problematyka obrazu Boga, czyli tego, poprzez jakie symbole i metafory próbujemy opisać to, co niepojęte i przekraczające wszelkie ludzkie kategorie Boga. Czy jest On Ojcem i przypisuje Mu się cechy tradycyjnie uważane za męskie, czy może i Matką obdarzoną kobiecymi własnościami? Powiedzieć o Bogu - Matka, nie jest wcale jakąś nowoczesną ekstrawagancją. Okazuje się, że już w Starym Testamencie, np. u proroków Izajasza i Ozeasza, pojawia się tego rodzaju metaforyka, a zostało to przypomniane w wypowiedziach dwu ostatnich papieży. Jasne jest, jak ogromne znaczenie dla kobiet ma to, że "...symbolika odnoszona do obu płci godna jest, by wyrażać tajemnicę Niepojętego. Bo człowiek stworzony "na obraz i podobieństwo Boże" to kobieta i mężczyzna". Nie może już być tak, że "obrazem Boga" jest przede wszystkim mężczyzna, a kobieta dopiero, gdy zaprzeczy swojej kobiecości. 

Książka Elżbiety Adamiak skierowana jest przede wszystkim do środowisk katolickich i ma je oswoić z tym strasznym słowem "feminizm". Czyli uświadomić, o jakie sprawy feministkom chodzi, pokazać wagę tych problemów, wyjaśnić je w taki sposób, żeby mogły być zrozumiane i potraktowane poważnie, także i przez tych, którzy z góry wszelki "feminizm" odrzucają (może na nich dobrze wpłynie to, że sam Papież tym słowem się nie brzydzi). 

Wszystkim czytelnikom, niezależnie od orientacji, pokazuje możliwości, jakie kryją się w tradycji chrześcijańskiej, tej najbardziej podstawowej, ewangelicznej, która, jak tu widzimy na przykładach, okazuje się podatna na nowe interpretacje, zwracające uwagę na to, co jest tam "milcząco obecne" i co okazuje się przynależeć do samej istoty ewangelicznego przesłania, co tę istotę lepiej, bo jaśniej i żywiej ukazuje ludziom współczesnym. Tak ujęta tradycja chrześcijańska nie jest zamkniętym, dla ochrony, "skarbcem" (dla jednych, dla innych "skamienieliną"), lecz żywą inspiracją, czymś, co dopiero zaczynamy rozumieć i wcielać w życie. Takie chrześcijaństwo reprezentuje Elżbieta Adamiak: trzeźwe, krytyczne wobec swojej przeszłości i zwrócone w przyszłość. Do czego jest zdolne właśnie dlatego, że przygląda się swojej przeszłości i widzi w niej ogromne, jeszcze nie wykorzystane możliwości rozwoju tych wątków, które choć od początku obecne, pozostawały niedostrzegane lub zniekształcane. Jest to też po części odpowiedź na pytanie - które by może padło ze strony "laickiej" - dlaczego taka osoba, o wyraźnej świadomości feministycznej, po prostu nie odchodzi od Kościoła katolickiego.

Głos katoliczek

Katoliczki książka i osoba jej autorki ma przede wszystkim zachęcić do tego, żeby przemawiały własnym głosem. Ma pokazać, że można i należy szukać własnego miejsca w Kościele i własnego powołania. Nie jest to żaden grzeszny bunt i nieposłuszeństwo, poprzedzają nas już w tym pokolenia niezwykłych kobiet. Pokazuje też, że przyjęcie feministycznego punktu widzenia nie zmusza automatycznie do odrzucenia swojej katolickiej tożsamości i tradycji, tylko uczy inaczej je rozumieć. Czując łączność z jednym i drugim "izmem" nie musimy doznawać rozdwojenia jaźni ani siadać okrakiem na barykadzie.

To ważne, żeby kobiety przemawiały własnym głosem, w swoim imieniu. Staje się wtedy możliwa bezpośrednia rozmowa - spór lub porozumienie - mówiących własnym głosem katoliczek (a nie tub patriarchatu, jak to się dziś u nas dzieje) i kobiet innych przekonań. 

Jest sprawa, której Elżbieta Adamiak w zasadzie nie porusza. To dziedzina erosa. Czyli tego, czym jest ciało, seksualność, miłość. Temat trudny, obszerny, ważny m.in. dlatego, że tu jest zasadnicza różnica między postawą, powiedzmy: tradycyjną a feministyczną, dla której przemyślenie i nowe ujęcie seksualności kobiecej jest niezwykle istotne; często nawet, dzięki inspiracji psychoanalitycznej, w tej sferze szuka się źródeł kobiecej tożsamości. Różnica dotyczy więc rzeczy bardzo podstawowych dla obrazu człowieka (kobiety i mężczyzny) i dla umieszczenia na skali wartości całych dziedzin życia. Z tymi problemami, jak się zdaje, myśl chrześcijańska musi się jeszcze raz wprost zmierzyć, nie poprzestając na powierzchownej kosmetyce, łagodzącej rzeczy dziś już nie do przyjęcia. Wynik tej konfrontacji będzie niezwykle ważny dla przyszłości naszej kultury. W tym także dla spraw bardziej przyziemnych.

 

fio

© 2020. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www